en filmfilm film film
banner

Salezjanie

Sny Księdza Bosko

foto

Drodzy Czytelnicy!
A oto istotne wyjaśnienie, dotyczące snów św. Jana Bosko: TO PAN BÓG PRZEMAWIAŁ DO NIEGO W SNACH !
Najbliżsi współpracownicy i słuchacze ks. Bosko zebrali ponad 150 jego snów, które my możemy nazwać wizjami. Niektóre z nich mają charakter proroczy, inne wychowawczy, jeszcze inne to prawdziwe parabole czyli przypowieści. Niektóre odnoszą się do Kościoła i jego dziejów, inne dotyczą różnych narodów, ale większość koncentruje się na Zgromadzeniu Salezjańskim, misji prowadzonej przez duchownych synów ks. Bosko, i na sprawach Oratorium, które Apostoł młodzieży zapoczątkował i uważał za podstawową formę oddziaływania wychowawczego.

Sny ks. Bosko po większej części noszą na sobie znamię nadprzyrodzoności.
Wskazują na to następujące okoliczności:

1. Ksiądz Bosko mówił niekiedy, że „był to sen, w którym wiedział dokładnie, co robi, słyszał i rozumiał słowa wokół wypowiadane, mógł pytać i odpowiadać na pytania”. W zwyczajnych, normalnych snach to się przecież nie zdarza.

2. Bardzo często podczas „snu” podstawową rolę odgrywał Przewodnik lub Przewodniczka i komentator. Kim Oni byli? To sam JEZUS CHRYSTUS lub MARYJA WSPOMOŻYCIELKA.
Czasem jego święty wychowanek Dominik Savio, Alojzy Comollo albo inny wychowanek; kiedy indziej Anioł lub św. Franciszek Salezy, Patron Zgromadzenia założonego przez św. Jana Bosko, czy też kto inny.
Wyjaśnienia Przewodnika czy Przewodniczki oraz komentatora były zawsze precyzyjne i pouczające. Taki stan rzeczy również nie ma miejsca w zwyczajnych snach.

3. Często widział ks. Bosko ukryte sprawy sumienia. Kiedy indziej oglądał we śnie różne wydarzenia, które miały nastąpić dopiero w przyszłości lub nawet po śmierci zainteresowanej osoby. Te wizje uważał za „nadprzyrodzoną łaskę daną dla dobra wszystkich wychowanków Oratorium”.

4. Apostoł młodzieży zwykł był opowiadać swoje sny z właściwą sobie wielką pokorą, mając na względzie jedynie duchowe korzyści swoich słuchaczy. Opowiadania te wywoływały wyraźne skutki: budziły w duszach młodych większy wstręt do grzechu, nastrajały je do odbycia szczerej spowiedzi zwyczajnej czy generalnej i zachęcały do coraz częstszej Komunii św. Ksiądz Bosko widział w tym „bankructwo szatana”.

5. W snach zwyczajnych trudno dopatrywać się jakiegoś logicznego ładu. Zupełnie inaczej było w snach ks. Bosko. Obrazy i słowa stanowiły tak zwartą całość, że wywoływały wrażenia zdarzeń odbywających się na jawie.

6. Niektóre sny ks. Bosko ujawniały jasno i dokładnie wydarzenia, które dopiero miały zaistnieć. Z tylu widzeń odnoszących się do najrozmaitszych spraw, niektóre sprawdziły się jeszcze za jego życia, inne już po śmierci. Liczne przykłady na to przytaczają stronice w Pamiętnikach Biograficznych.

7. 17 lutego 1871 r. ks. Bosko powiedział niektórym salezjanom, że „te sprawy są na pewno niezwykłe i dlatego winny być przekazywane tylko «swoim» (tzn. w domach salezjańskich), gdyby bowiem opowiadało się je ludziom z zewnątrz, to przyjęli by oni je za bajki. Dla nas jednak - mówił dalej apostoł młodzieży - jeżeli coś wychodzi na korzyść duszy, to pochodzi od Boga, a nie od szatana”.

W tomie jedenastym Memorie Biografiche * - Pamiętników Biograficznych na stronicy 239 czytamy: „Sny ks. Bosko stały się nieodłącznym składnikiem życia w Oratorium. Wyczekiwano zawsze na nowe sny z bardzo żywym zainteresowaniem. Nowo opowiadane przez ks. Bosko poruszały do głębi zarówno młodych jak i starszych: wszyscy słuchali z wielkim napięciem, a na duchowe skutki nie trzeba było długo czekać”.

Dziękujemy za pomoc w przybliżaniu snów Ks.Bosko licznym czytelnikom
www.oratorium.lublin.pl

Oby czytanie obecnego wyboru snów - wizji ks. Bosko przyniosło podobne korzyści.

Sen Ksiądz Bosko nad konfesją świętego Piotra w Watykanie

Pewnego dnia, nie wiadomo w którym roku, księdzu Bosko przyśniło się, że znajduje się w Bazylice Świętego Piotra, w wielkiej niszy otwierającej się pod gzymsem, po prawej stronie nawy głównej, ponad brązową statuą Księcia Apostołów i mozaikowym medalionem Piusa IX. Nie wiedział, jak się tam dostał i nie mógł się uspokoić. Rozglądał się wokoło, szukając sposobu, aby zejść, jednak nie mógł go znaleźć. Wołał, krzyczał, nikt mu jednak nie odpowiadał. Wreszcie, złamany rozpaczą, obudził się.

Gdyby ktoś, słysząc ten sen, uwierzył wtedy w jego proroczy sens, mógłby powiedzieć, że ksiądz Bosko śnił na jawie. Dziś, właśnie z tego miejsca, uśmiecha się wspaniały posąg księdza Bosko dłuta Canonica.
Ten monument, godny Bazyliki Świętego Piotra, to kolosalna rzeźba z marmuru. Postać księdza Bosko ma 4,80 metra wysokości, nie licząc ponad metrowego piedestału. Święty przedstawiony jest w momencie, gdy w szlachetnym geście prawą ręką wskazuje papieski ołtarz dwóm chłopcom, których po ojcowsku obejmuje. Są to Dominik Savio i czcigodny młodzieniec Zefiryn Namuncurra, syn Wielkiego Kacyka, nawróconego wraz z całym plemieniem przez kardynała Cagliero.
Chłopcy zdają się wpatrywać w usta Świętego, zasłuchani w uwiecznione w marmurze jego wyznanie wierności papieżowi, co było niezłomną dewizą księdza Bosko. Ten gest, odpowiadający historycznej prawdzie, nie izoluje posągu w jego niszy, przez co pozostałby on wyłącznie elementem dekoracyjnym, ale zmienia go w integralną część świątyni watykańskiej.
„W tym posągu koncepcja i jej realizacja sięgają szczytów sztuki. Canonica, rzeźbiarz światowej sławy i włoski akademik, uwalniając się od fotograficznej skrupulatności, pomijając tradycyjne formy przedstawiania księdza Bosko w malarstwie i rzeźbie, nakreślił z rozmachem jego duchową wielkość w dziele, które naprawdę należy do sztuki godnej tego miana" (E. Ceria, M.B. XIX, 364).

Wyłania się bowiem z tego posągu „medytacyjny charakter Świętego, jego intelektualna siła oraz dar przewidywania przyszłości; a to wszystko w połączeniu z ojcowskim uśmiechem mocnych warg doskonale oddaje jego naturę, przelewającą się miłością i miłosierdziem" (G. De Mori).
Pomnik odsłonięto 31 stycznia 1936 roku. Pobłogosławił go kardynał Pacelli, przyszły Pius XII, w obecności 20 tysięcy rozentuzjazmowanej młodzieży, z czego 10 tysięcy z polecenia Ministra reprezentowało szkoły w Rzymie (M.B. XIX, 363).

★ ★ ★
Miejsce wyznaczone księdzu Bosko przez Piusa Xl można nazwać rzeczywiście honorowym, ponieważ znajduje się ono ponad konfesją świętego Piotra i przez wieki pozostawało puste. Ci, którzy żyli w ostatnich latach życia Świętego, podziwiając go tam później, nie mogli powstrzymać się od wspomnienia snu, który usłyszeli jako chłopcy. Nikt, a on najmniej ze wszystkich, nigdy nie wyobraziłby sobie, jaka tajemnica kryła się pod zasłoną tego dziwnego snu.

Sen Matka Boża przepowiada uzdrowienie kleryka Ludwika Olive'a

W grudniu 1886 roku salezjański kleryk, Francuz Ludwik Olive'a, ciężko zachorował na tyfus. W Wigilię Bożego Narodzenia ksiądz Bosko poszedł go odwiedzić i powiedział:
- Zapewniam cię, że Matka Boża cię uzdrowi.
Tymczasem lekarze Vignolo, Gallenga, Fissore i Albertotti po konsultacjach obwieścili, że nie ma już szans na jego powrót do zdrowia.
W nocy z 3 na 4 stycznia 1887 roku księdzu Bosko przyśnił się taki sen: „Nie wiem, czy było to we śnie, czy na jawie, gdy jakieś światło zaczęło rozjaśniać pomieszczenie, w którym się znajdowałem.
Długo słychać było jakieś głosy, a potem ukazała się postać w otoczeniu wielu innych - wszyscy zbliżali się do mnie. Sylwetki były tak lśniące, że każde światło przy nich wydałoby się mrokiem, a ich blask tak bardzo porażał oczy, iż nie można było im się przyjrzeć.
Wtedy jakaś postać, jak się wydaje - przewodniczka pozostałych - wysunęła się naprzód i tak odezwała się po łacinie:

- Jestem pokorną Służebnicą, którą Pan posłał, abym uzdrowiła twojego chorego Ludwika. Był już wezwany na wieczny odpoczynek; teraz jednak - aby objawiła się w nim chwała Boga - będzie mu dane pomyśleć jeszcze o swej duszy i duszach tych, którzy należą do niego. Ja jestem Służebnicą, której wielkie rzeczy uczynił Wszechmocny i wielkie jest Jego Imię. Zastanów się uważnie nad tym, a zrozumiesz, co ma się zdarzyć. Amen.

Po tych słowach w pomieszczeniu znowu zapadła ciemność, a ja przez resztę nocy to spałem, to czuwałem, ale jakby bez sił i przytomności. Rankiem natychmiast zapytałem o zdrowie Ludwika Olive'a i zapewniono mnie, że po spokojnej nocy przyszło prawdziwe polepszenie".
Następnej nocy ksiądz Bosko zobaczył tę samą postać, która dla dobra Zgromadzenia i chłopców udzieliła mu po łacinie wielu wskazówek:
-Nadal mówi do ciebie Ta, która nazwała się Służebnicą Pańską. W najwyższych niebiosach mam swoje mieszkanie, aby uczynić bogatymi tych, którzy Mnie kochają, i aby napełnić ich skarbce. Skarbem młodych jest czystość słów i czynów. Dlatego wy, duszpasterze Boga, podnieście głos i nie przestawajcie wołać: unikajcie tego, co sprzeczne z czystością i unikajcie złych rozmów. Złe rozmowy niszczą dobre obyczaje. Tym, którzy wyrażają się bez sensu i wulgarnie, z trudem udaje się poprawić. Jeśli chcecie mi się przypodobać, to zadbajcie o utrzymanie dobrych rozmów między wami i bądźcie dla siebie nawzajem przykładem dobrych czynów. Wielu z was obiecuje kwiaty, a tymczasem Mnie i mojemu Synowi przynosi ciernie.
Dlaczego tak często się spowiadacie, a wasze serca są ciągle daleko ode Mnie? Mówcie i czyńcie dobrze, a nie źle. Ja jestem Matką, która kocha swoje dzieci i nienawidzi ich win. Powrócę do was, aby zabrać niektórych na wieczny odpoczynek. Zatroszczę się o nich jak kwoka troszczy się o swoje pisklęta.
A wy, rzemieślnicy, bądźcie sprawcami dobrych uczynków, a nie niegodziwości. Zła mowa to pełzająca między wami zaraza. A wy, wezwani do zarządzania dziedzictwem Pana, podnieście głos, nie przestawajcie wołać, aż przyjdzie Ten, który wezwie was, abyście zdali Mu rachunek z waszego zarządzania. Moją radością jest przebywanie z synami ludzkimi; czas jednak jest krótki, dopóki więc macie czas, postępujcie mężnie.

Rano 5 stycznia ksiądz Bosko wyjawił wszystko księdzu Lemoyne, prowadząc z nim taką rozmowę:
Wezwałem cię, abyś mi doradził. Czy mam opowiedzieć rodzinie kleryka Ludwika Olive'a to, co mi się przyśniło?
Ksiądz wie lepiej ode mnie, że Matka Boża była zawsze dla księdza bardzo łaskawa.
Tak, to prawda.
-I że wiele z tych snów spełniło się co do joty.
To prawda.
A zatem, za księdza pozwoleniem i dla chwały Bożej, nazwę je wizjami, bo nimi są.
Masz rację.
Mamy więc rację, wierząc, że ten sen jest sprawą nadnaturalną i że się spełni; i że Olive'a , chociaż przez lekarzy spisany na straty, wyzdrowieje.
Jaka więc jest twoja rada?
Zachować - jeśli ksiądz uważa za słuszne - odrobinę ludzkiej ostrożności; ja radziłbym mówić, że księdzu Bosko przyśnił się Olive'a ; i że ten sen zrodził radosne nadzieje.
Zgoda, niech tak będzie.
Ale proszę mi zrobić przyjemność i zapisać ten sen: chodzi tu o Matkę Bożą. Jeśli wszystko się sprawdzi, będzie to dokument macierzyńskiej dobroci Maryi.
Dobrze, zapiszę.
I zapisał to, co opowiedzieliśmy.

Należy ujawnić tu jeszcze jedną okoliczność.
Klerykowi Olive'a, kiedy czuł się bardzo źle, przyśniło się, że ksiądz Bosko wszedł do jego pokoju i powiedział:
Bądź spokojny: za dziesięć dni ty przyjdziesz odwiedzić mnie w moim pokoju.
Wyrazistość tego snu pozostawiła w chorym przekonanie, że sam ksiądz Bosko przyszedł go odwiedzić i nie wierzył tym, którzy mówili, że się myli.
10 stycznia Ludwikowi tak się polepszyło, że jego ojciec mógł powrócić do Francji. 12 stycznia wstał, a 24. pojawił się w refektarzu przełożonych na obiedzie, przyjęty z oznakami wielkiej radości (M.B. XVIII, 253).

★ ★ ★
Możemy dodać, że jego zdrowie było tak doskonałe, że pozwoliło mu wziąć udział w roku 1906 w pierwszej ekspedycji misjonarzy salezjańskich do Chin, gdzie owocnie pracował aż do roku 1921, roku swojej świętej śmierci.

Sen Kleryk 0' Donnellan i Archimedes Accornero

Było to w październiku 1885 roku. W izbie chorych leżał irlandzki kleryk, 0'Donnellan.
Wieczorem dziewiętnastego ksiądz Bosko poszedł go odwiedzić i znalazł go w bardzo ciężkim stanie, chociaż chory był spokojny.
Powiedz - zapytał - czy pozostawisz mi coś do załatwienia na tej ziemi? A może chciałbyś załatwić coś w raju?
Jestem spokojny - odpowiedział - Na tym świecie nie mam już spraw; co się tyczy tamtego świata, niech ksiądz mi powie, co mogę uczynić.
Będziemy się za ciebie modlić, abyś szybko znalazł się w raju; tam powiesz Matce Bożej, że bardzo, ale to bardzo Ją kochamy.
Kleryk umarł wieczorem, dnia następnego. Kolejnej nocy ksiądz Bosko miał sen. Oto w skrócie jego opowiadanie.

„Udałem się na spoczynek z umysłem zaprzątnięty myślami o 0'Donnellanie, o jego spokoju; miałem nadzieję, że jest w raju. Kiedy zasnąłem, zacząłem śnić. Zdawało mi się, że spaceruję sobie, a u mego boku idzie 0'Donnellan, tak piękny jak anioł. Nie mogłem nasycić się jego widokiem. Tymczasem po mojej lewej stronie szedł chłopiec ze spuszczoną głową, tak że nie mogłem go rozpoznać: miał wykrzywioną twarz. Zapytałem go:
Kim jesteś?
Nie odpowiedział. Nalegałem, ale uparcie milczał.
Po długiej drodze stanąłem przed pięknym pałacem. Zza otwartych na oścież drzwi widać było ogromny portyk, zwieńczony wspaniałą kopułą, z której spływały potoki światła tak jasnego, że nie można by ich porównać ani ze światłem słonecznym, ani z jakimkolwiek innym ludzkim światłem.
Zgromadziło się tam całe mnóstwo ludzi spowitych blaskiem. Pośród nich siedziała jakaś Pani, odziana z ogromną prostotą, jednak jej szaty lśniły tysiącami promieni, odbijającymi się żywo od tych wszystkich wspaniałości.
Całe to zgromadzenie zdawało się na kogoś czekać. Zauważyłem też, że chłopiec z mojej lewej strony usiłował skryć się za mną. Wtedy ponownie go zapytałem:
Powiedz mi: kim jesteś? Jak się nazywasz?
Wkrótce ksiądz się dowie.
Ale powiedz mi: co ci jest, dlaczego jesteś taki smutny?
Wkrótce ksiądz się dowie! - powtórzył rozzłoszczony.
W międzyczasie 0'Donnellan podszedł do drzwi pałacu, a piękna Pani ruszyła mu na spotkanie, wołając:
- To jest syn wybrany, który zajaśnieje niczym słońce na całą wieczność!
Zabrzmiała pieśń, w której powtarzały się te same słowa: nie był to ludzki głos, ale tak słodka harmonia, że wypełniała nie tylko uszy, ale całą osobę.
0'Donnellan wszedł do środka.
Wtedy z parowu wyszły dwa przerażające potwory i podeszły do tego chłopca, który stał za mną. Całe światło zniknęło, widziałem już tylko jaśniejące wokół mnie promienie tej Pani.
Co to ma znaczyć? - zapytałem - Co to za potwory?
A za mną odezwał się ten sam głuchy i rozzłoszczony głos:
- Wkrótce ksiądz się dowie, wkrótce ksiądz się dowie! Pani zawołała:
Filium enutrivi et educam; ipse autem factus est tanąuam iumen-tum insipiens! (Wykarmiłam i wychowałam syna; ale on stał się jak głupie zwierzę!)
Natychmiast te dwa potwory rzuciły się na chłopca: jeden złapał go za ramię, drugi za kark i szyję. Kości zaczęły trzeszczeć, jakby gniecione w moździerzu. Rzuciłem się ku potworom, ale one odwróciły się w moją stronę, rozdziawiając paszcze. Zobaczyłem wtedy białe zęby i ognistą czerwień ich dziąseł. Moje przerażenie było tak wielkie, że się obudziłem".

Sekretarz, śpiący w sąsiednim pokoju, obudzony wołaniami
pomoc, nadbiegł i znalazł księdza Bosko, który jak ktoś bardzo przerażony miotał się, chcąc wyrwać się z tego sennego koszmaru. Machał rękoma, siadał, dotykał łóżka, miął kołdrę, jakby chciał sobie uświadomić, czy to sen, czy rzeczywistość.

Dwudziestego piątego ksiądz Bosko opowiedział sen salezjanom, ale nie wyjawił imienia chłopca. Przełożeni jednak zaczęli podejrzewać jednego, który nigdy nie chciał przyjąć sakramentów. Księdzu Stefanowi Trione, opiekunowi duchowemu uczniów, który odprowadzał księdza Bosko do jego pokoju, udało się wyrwać tę tajemnicę. Chłopak nazywał się Archimedes Accornero. Już rok wcześniej, z powodu jego złego prowadzenia przełożeni zdecydowali, że po wakacjach pozostanie w swym domu. Ksiądz Trione, żarliwy kapłan, nie zaznał spokoju, dopóki łagodną perswazją nie skłonił go do spowiedzi.
Był przewidujący. Po południu tego samego dnia biedny chłopak bawił się jak zwykle, opierając się o żelazne rusztowanie, znajdujące się pod krużgankiem, kiedy nagle cała konstrukcja runęła
przygniotła go. Uwolniony i zaniesiony do izby chorych, zachował przytomność od wpół do drugiej aż do godziny trzeciej, skarżąc się jednak na coraz to nowe bóle. O czwartej nic już do niego nie docierało, a około północy wyzionął ducha. Jego wezwana pilnie matka, kiedy tylko znalazła się w Oratorium, zapytała, czy jej syn nie popełnił samobójstwa! Ona też była przekonana, że jej syn szedł drogą zła (M.B. XVII, 504).

★ ★ ★
Jego tragiczny koniec dopełnił całkowicie przepowiedni księdza Bosko, który w przemowie na rozpoczęcie roku 1885 zapowiedział między innymi śmierć sześciu chłopców. W październiku wśród chłopców krążyło takie powiedzenie: „Pięciu już umarło; kto będzie szósty?" Szóstym był Accornero.

Sen Walka z demonem o uratowanie chłopców

W kwietniu 1885 roku ksiądz Bosko był przejazdem w Marsylii. Dochodziła północ. Towarzyszący mu ksiądz Cerruti właśnie miał udać się na spoczynek, kiedy usłyszał krzyk. Na początku pomyślał, że dochodzi on z pokoju pewnego chorowitego księdza, gościa tego domu. Ale za drugim razem krzyk przerodził się we wrzask. Bez wątpienia krzyki te dochodziły z sąsiedniego pokoju księdza Bosko. Ksiądz Cerruti ubrał się i udał się tam, wszedł do środka i zobaczył księdza Bosko siedzącego na łóżku.
Księże Bosko, czy ksiądz się źle czuje?
Nie - odpowiedział - idź spać.
Rano, kiedy tylko wstał, udał się znowu do księdza Bosko i zastał go siedzącego na sofie w stanie ogromnego wyczerpania.
Księże Bosko, to ksiądz krzyczał tej nocy?
Tak, to ja - odpowiedział mu, zmieniony na twarzy.
Ale co się stało?
- Widziałem - powiedział z całą powagą - demona, wchodzącego do tego domu. Był w sypialni i przechodził od jednego łóżka do drugiego, powtarzając od czasu do czasu: „Ten jest mój!" Ja protestowałem. I nagle rzucił się na jednego z tych chłopców, aby go zabrać ze sobą. Zacząłem krzyczeć, a on skoczył na mnie, żeby mnie udusić.
To powiedziawszy, ksiądz Bosko, wzruszony, z płaczem kontynuował:
Kochany księże Cerruti, pomóż mi! Przyjechałem do Francji w poszukiwaniu pieniędzy dla naszych chłopców i na świątynię Najświętszego Serca, jednak teraz widzę, że tutaj potrzeby są dużo większe: trzeba ocalić tych biednych chłopców. Zostawię wszystko i zajmę się nimi. Przeprowadzimy Ćwiczenie Dobrej Śmierci.
Tamtego wieczoru dyrektor domu obwieścił chłopcom, iż odbędzie się Ćwiczenie Dobrej Śmierci, dodając, że ksiądz Bosko będzie spowiadać. Rzeczywiście, spowiadał w swoim pokoju, siedząc na sofie, ponieważ wyczerpanie nie pozwalało mu nawet usiąść na krześle. Wszystko poszło tak dobrze, że ksiądz Bosko potem powiedział w żartach:
Widzisz, przez demona straciłem całą noc, ale on w zamian za to dostał porządne kije.
Również ksiądz dyrektor Paweł Albera, przyszły drugi następca księdza Bosko, powiadomiony przez księdza Cerrutiego o śnie, potwierdził:
Ksiądz Bosko ma niestety rację, jest wielu chłopców, którzy przez swoje postępowanie doprowadzają mnie do łez (M.B. XVII, 448).
★ ★ ★
Później ksiądz Cerruti zapytał księdza Bosko:
- Czy chłopcy, których chciał zabrać demon, nie chodzą do spowiedzi?
Nie - odpowiedział ksiądz Bosko - to ci, którzy spowiadają się źle, którzy podczas spowiedzi popełniają świętokradztwo. Zapamiętaj sobie: kiedy nauczasz, szczególnie młodzież, kładź przede wszystkim nacisk na konieczność dobrej spowiedzi, a głównie na konieczność żalu za grzechy (M.B. XVII, 449).

Sen Założenie drugiej Rodziny Zakonnej - Córki Maryi Wspomożycielki

Gwoli historycznej ścisłości należy powiedzieć, że na początku ksiądz Bosko nie zamierzał założyć żeńskiej gałęzi swojego zgromadzenia; dopiero powtarzające się niebieskie wizje oraz nieustanne rady Piusa IX przekonały go, że taka jest wola Boża.
Proroczy sygnał do stworzenia drugiej Rodziny Zakonnej otrzymał we śnie, który opowiedział 6 lipca 1862 roku.

„Tej nocy, powiedział, miałem szczególny sen. Śniło mi się, że jestem razem z markizą Barolo . Przechadzaliśmy się po jakimś placyku, wychodzącym na rozległą równinę. Widziałem tam chłopców z Oratorium, którzy biegali, skakali, odpoczywali. Markiza zaczęła rozmawiać o nich ze mną i powiedziała:
To bardzo dobrze, że ksiądz zajmuje się młodymi, ale proszę powierzyć wyłącznie mnie troskę o dziewczęta: w ten sposób się uzupełnimy.
Odpowiedziałem jej:
Proszę mi powiedzieć, proszę mi coś powiedzieć: czy nasz Pan Jezus Chrystus przyszedł na świat, aby odkupić wyłącznie chłopców, czy dziewczęta też?
Wiem - odpowiedziała - że nasz Pan odkupił wszystkich, dziewczęta i chłopców.
A zatem muszę zadbać o to, aby Jego krew nie została przelana na darmo zarówno za dziewczęta, jak i za chłopców" (M.B. VII, 217).
Ksiądz Francesia wspomina, że słyszał od samego księdza Bosko, iż dwa razy śniło mu się, że jest na Piazza Vittorio w Turynie i że widzi mnóstwo bawiących się i jakby pozostawionych samym sobie dziewcząt. Kiedy tylko ujrzały księdza Bosko, porzuciły swoje zabawy i podbiegły do niego, wołając: „Niech żyje ksiądz Bosko!" I błagały go, żeby się nimi zajął. Ksiądz Bosko, opowiadając ten sen, powiedział: „Usiłowałem się oddalić, mówiąc, że nie mogę, że ktoś inny przyjdzie im z pomocą, ponieważ moja misja nie jest przeznaczona dla dziewcząt, ale dla chłopców; jednak one nalegały. Była też grupa dojrzalszych dziewcząt, którym te zabawy zdawały się być obce. One to, zwracając się do mnie, żałośnie mówiły:
Jak ksiądz widzi, jesteśmy opuszczone!
Wtedy ujrzałem jakąś szlachetną Panią, z jej twarzy bił nieopisany blask. W pięknych słowach zachęcała mnie, abym zaspokoił ich pragnienia. I kiedy się wydawało, że już znika między nimi, powtórzyła:
„Opiekuj się nimi: to moje córki!"

A tak wyglądała rozmowa, którą wieczorem 24 czerwca 1866 roku, w dzień swoich imienin, ksiądz Bosko odbył z księdzem Lemoyne:
Czy nie wydaje się księdzu, że czegoś jeszcze brakuje w naszym dziele?
Co chcesz przez to powiedzieć?
Ksiądz Lemoyne przez chwilę się wahał, a potem odezwał się:
Dla dziewcząt ksiądz niczego nie uczyni? Czy nie wydaje się księdzu, że gdybyśmy mieli i siostry zakonne, byłoby to ukoronowaniem naszego dzieła? Mogłyby one robić dla dziewcząt to, co my robimy dla chłopców.
Ksiądz Lemoyne wahał się z ujawnieniem swych przemyśleń, ponieważ obawiał się, że ksiądz Bosko będzie temu przeciwny. Tymczasem, ku jego zdumieniu, Święty odpowiedział:
Tak, to też uczynimy, ale nie zaraz (M.B. VIII, 418; XVII, 487).

★ ★ ★
Ksiądz Franciszek Cerruti, dyrektor kolegium w Alassio, kiedy dowiedział się, że ksiądz Bosko postanowił założyć żeńską gałąź swojego Dzieła, zapytał:
A zatem chce ksiądz założyć zgromadzenie sióstr?
Zauważ - odpowiedział mu Święty - rewolucja posłużyła się kobietami, aby uczynić wiele zła, a my za ich pośrednictwem uczynimy wiele dobra.
I dodał, że będą nazywać się „Córkami Maryi Wspomożycielki", ponieważ chciał, aby nowy Instytut był żywym pomnikiem wiecznej wdzięczności za otrzymane łaski od tak dobrej Matki (M.B. X, 600).


Julia Colbert, markiza Barolo (1785-1864). Wykształcona patrycjuszka z Wandei, zajmująca się działalnością charytatywną; zamieszkawszy w Turynie, ufundowała Instytuty Miłości, które stanowiły „Pobożne dzieło Barolo". Gościła w swoim pałacu Silvio Pellico, zwolnionego z więzienia, i przyjęła księdza Bosko, podówczas młodego kapłana, na kapelana ufundowanego przez siebie „Przytułku". Trwa obecnie proces beatyfikacyjny.

Sen Tajemne zebranie demonów

W nocy 1 grudnia 1884 roku kleryka Vigliettiego, sekretarza księdza Bosko, obudziły nagle rozdzierające krzyki dochodzące z pokoju Świętego. Natychmiast wyskoczył z łóżka i nasłuchiwał. Ksiądz Bosko zduszonym przez szloch głosem krzyczał:
Pomocy, pomocy!
Viglietti wszedł do jego pokoju i zapytał:
Księże Bosko, czy czuje się ksiądz źle?
Och, Viglietti - odpowiedział, budząc się - nie, nie czuję się źle. Ale nie mogłem już oddychać. Wszystko w porządku: wracaj spokojnie do łóżka i śpij.
Rano, po mszy, powiedział:
Och, Viglietti, jestem wykończony, mam całe gardło zdarte od tych nocnych krzyków. Przez cztery noce z rzędu pojawiają się sny, które zmuszają mnie do krzyku i potwornie wyczerpują.
I opowiedział, że między innymi przyśniła mu się śmierć najdroższych mu salezjanów. Sen, który najbardziej go poruszył, przedstawiał się tak:

Wydawało mu się, że jest w wielkiej sali, gdzie mnóstwo diabłów zebrało się na obrady i rozprawiało o tym, jak zniszczyć Zgromadzenie Salezjańskie. Ich postacie były nieokreślone, zbliżone do postaci ludzkich. Wydawały się cieniami, które to wydłużały się, to skracały, to podnosiły, to przysiadały; jednym słowem zachowywały się tak, jak ludzkie ciała, które mają za sobą światło przenoszone z miejsca na miejsce, raz stawiane na ziemi, a raz podnoszone do góry. Ta fantasmagoria napawała lękiem.
I oto jeden z demonów otworzył posiedzenie. Aby zniszczyć Zgromadzenie Salezjańskie, zaproponował użyć do tego celu jednego środka: brzucha. Ukazał konsekwencje pozostawania we władzy brzucha: niechęć do dobra, zepsucie obyczajów, zgorszenie, brak ducha poświęcenia, brak troski o młodzież.
Ale inny diabeł zaoponował:
Twój środek nie jest skuteczny, ponieważ stół zakonników zawsze będzie oszczędny, a wino dozowane. Reguła określa ich codzienny wikt. A przełożeni czuwają, aby uniemożliwić ewentualne odstępstwa. Nie jest to dobra broń do pokonania Salezjanów. Znam lepszy środek, który pozwoli nam osiągnąć zamierzony efekt: zamiłowanie do bogactwa. Kiedy zgromadzenie zakonne opanowuje umiłowanie bogactwa, pojawia się też skłonność do wygód, dążenie do uciułania dla siebie jakiegoś grosza, zostaje zerwana więź miłości, ponieważ każdy myśli wyłącznie o sobie; zaniedbuje się biednych, aby zajmować się tylko bogatymi, okrada się Zgromadzenie.
Chciał mówić dalej, ale pojawił się trzeci demon:
Jaki brzuch! - zawołał - Jakie bogactwa! Wśród salezjanów niewielu jest takich, których może uwieść zamiłowanie do bogactw. Wszyscy salezjanie są biedni. A zresztą tak ogromne są potrzeby młodzieży i ich domów, że każdą, nawet największą sumę wydadzą właśnie na to. Gromadzenie bogactw nie jest możliwe. Ja znam niezawodny środek, który pomoże zniszczyć salezjańską wspólnotę - to wolność. Trzeba skłonić salezjanów do nieposzanowania Reguły, do odrzucenia pewnych uciążliwych i mało zaszczytnych zajęć, do schizmy, odmiennych poglądów, do wyjazdów do rodziny pod pretekstem zaproszeń, i tym podobnych.
Kiedy tak demony rozprawiały, ksiądz Bosko myślał: „Słucham uważnie tego, co mówicie. Mówcie, mówcie sobie, w ten sposób będę mógł udaremnić wasze zasadzki".
Tymczasem wyskoczył na środek czwarty demon:
- Co za bzdury! - zawołał - Wasza broń na nic się zda. Przełożeni będą umieli powstrzymać tę swobodę: wypędzą z domu każdego, kto odważy się zbuntować przeciwko Regule. Być może kogoś uwiedzie umiłowanie wolności, ale większość pozostanie wierna. Ja znam doskonały środek, który zniszczy wszystko do samych fundamentów; środek, przed którym trudno będzie się ustrzec Salezjanom: to będzie zniszczenie aż do korzeni. Słuchajcie mnie uważnie: trzeba ich przekonać, że ich największą cnotą będzie wykształcenie. Trzeba ich skłonić, aby uczyli się dużo dla siebie, a nie po to, aby wykorzystać tę wiedzę na potrzeby bliźniego. Stąd narodzi się poczucie wyższości względem ubogich i niewykształconych oraz lenistwo w sprawowaniu świętych obrzędów. Nie będzie już radosnych mówców, nie będzie dziecięcych katechetów, prostych szkół dla biednych, porzuconych chłopców; nie będzie już długich godzin spędzonych w konfesjonale. Będą wygłaszać kazania, ale z rzadka, ich mowa będzie jałowa, ponieważ będzie dawać upust wyłącznie zarozumiałości, a to w celu wzbudzenia ludzkich pochwał, a nie zbawienia dusz.
Jego propozycja została przyjęta ogólnym aplauzem. Wtedy ksiądz Bosko zobaczył dzień, w którym Salezjanie ulegną złudzeniu, że dobro Zgromadzenia polega wyłącznie na wiedzy, i przeraził się, że nie tylko będą tak postępować, ale że takiego postępowania będą nauczać.
Ksiądz Bosko stał sobie cały czas w kącie sali, wszystkiemu się przysłuchując i przyglądając; nagle jeden z demonów odkrył go i, krzycząc, wskazał pozostałym. Na ten krzyk wszyscy rzucili się na niego z wrzaskiem:
Załatwimy go!
To był piekielny wir widm, które potrącały go, chwytały za ramiona, a on krzyczał:
Zostawcie mnie! Pomocy!
Wreszcie obudził się z gardłem bolącym od wielkiego krzyku (M.B. XVII, 384).
★ ★ ★
Ksiądz Bosko, opowiadając ten sen, płakał. Kleryk Viglietti wziął go za rękę i przyciskając ją do serca, powiedział:
Księże Bosko, my z Bożą pomocą zawsze będziemy wiernymi i dobrymi dziećmi!
Drogi Viglietti - odpowiedział ksiądz Bosko - bądź dobry i przygotuj się na różne wydarzenia... Znajdą się wśród was tacy, którzy będą pragnąć jedynie wiedzy, co wzbudza pychę, przynosi ludzkie pochwały i pogardę dla tych, którzy nie są wykształceni (M.B. XVII, 388).

Sen Pieśń o czystości

Ten sen zredagował ksiądz Lemoyne. Nie miał on okazji pokazać swojego tekstu księdzu Bosko; my zatem ograniczymy się do przedstawienia wyłącznie streszczenia snu.

Pewnej lipcowej nocy 1884 roku księdzu Bosko śniło się, że stoi przed bezkresnym i łagodnym stokiem, wspaniale oświetlonym światłem czystszym i żywszym od światła słonecznego, porośniętym zieloną trawą, zdobnym w kwiaty i ocienionym mnóstwem drzew, których gałęzie, splątane między sobą, tworzyły jakby girlandy. Prawdziwy raj na ziemi.
Jednak bardziej niż ten zaczarowany ogród jego uwagę przyciągnęły dwie śliczne, dwunastoletnie dziewczynki, siedzące nad brzegiem rzeki niedaleko ścieżki. Niebiańska skromność widniała na ich twarzach i przebijała z całej ich postawy. W ich oczach, wzniesionych do góry, jaśniała czysta, gołębia prostota i radość nadludzkiego szczęścia. Wdzięk, z jakim się poruszały, przydawał im szlachetności, co kontrastowało z ich młodym wiekiem. Śnieżnobiałe szaty sięgały im aż do ziemi. Były przepasane purpurowymi wstęgami, zdobionymi na brzegach złotem, liliami, fiołkami i różami. Podobne ozdoby - coś w rodzaju kolii - miały na szyi. Po dwa rzędy margerytek otaczały im nadgarstki niczym bransolety Ich pantofelki były śnieżnobiałe i wyszywane przetykaną złotem wstążką. Włosy miały długie, miękko falujące na ramionach, podwinięte do góry, na głowach przytrzymywały je wianki.
Prowadziły one jakiś dialog, mówiły, pytały, wykrzykiwały -to siedząc, to stojąc, to chodząc powoli tam i z powrotem.
Ksiądz Bosko słuchał w milczeniu ich rozmów, które trwały nieprzerwanie, a dziewczynki nie dawały po sobie poznać, czy zauważyły jego obecność. Wyśpiewywały one pochwały czystości, sposoby jej ustrzeżenia oraz nagrody wyznaczone na tym i na tamtym świecie za jej zachowanie.
Na koniec odwróciły się i weszły na stok - stąpając po kwiatach, których nie podeptały - śpiewając anielski hymn, na który odpowiedziały całe zastępy niebieskich duchów, które wyszły im na spotkanie. Do pierwszych dołączały ciągle następne, wznosząc do nieba przecudną i harmonijną pieśń, a gdy skończyli śpiewać, wszyscy powoli wznieśli się do góry i zniknęli wraz z wizją. Wtedy ksiądz Bosko się obudził (M.B. XVII, 722).

★ ★ ★
Wiadomo, że ksiądz Bosko należy do grona najukochańszych świętych wychowawców, i że na młodzież oddziałuje on właściwym sobie czarem żarliwego, zdobywczego ojcostwa.
Ale wiadomo też, że kochał swoich chłopców z anielską czystością. W tym śnie doznał cudownej wizji aniołów i dziewic, którzy emanują czystością i wyśpiewują na jej cześć pochwały.

List z Rzymu z roku 1884

W tym liście, powszechnie znanym w środowiskach salezjańskich, ksiądz Bosko opowiada o pewnym swoim śnie w dwóch odcinkach, który przyśnił mu się w ciągu dwóch kolejnych nocy. Tematem jest Oratorium na Valdocco wraz z mieszkającymi tam chłopcami i panującą tam atmosferą nauki: przede wszystkim szczęśliwą atmosferą pierwszych lat Oratorium, tak już inną w roku 1884. Z uwagi na pedagogiczną doniosłość snu publikujemy cały jego tekst. Niewielkie pominięcia oznaczyliśmy wielokropkiem w kwadratowym nawiasie. Podtytuły są naszym dziełem.

Rzym, 10 maja 1884 roku

Moje Kochane Dzieci w Jezusie Chrystusie,
czy jestem daleko, czy blisko, zawsze o was myślę. Mam tylko jedno pragnienie: chcę widzieć was szczęśliwych teraz i w wieczności. Ta myśl, to pragnienie, skłaniają mnie do napisania tego listu. Czuję, moi drodzy, ciężar mojego oddalenia; nie widzieć was i nie słyszeć to dla mnie wielka udręka, jakiej wy nie możecie sobie nawet wyobrazić. Dlatego chciałem napisać ten list już tydzień temu, ale natłok zajęć przeszkodził mi w tym. I chociaż niewiele dni pozostało do mojego powrotu, pragnę zapowiedzieć mój przyjazd do was przynajmniej listownie, nie mogąc uczynić tego osobiście. To słowa kogoś, kto kocha was czule w Jezusie Chrystusie i ma obowiązek mówić do was jak ojciec. Pozwolicie mi na to, nieprawdaż? Poświęćcie mi swoją uwagę i zastosujcie się do tego, co mam wam do powiedzenia.

Oratorium przed rokiem 1870

Powiedziałem, że myśl o was towarzyszy mi nieustannie.
Pewnego wieczoru poszedłem do pokoju i szykując się do snu zacząłem odmawiać modlitwy, których nauczyła mnie moja dobra mama. Wtedy - nie wiem dokładnie, czy już usnąłem, czy też myślałem o czymś innym - wydało mi się, że stanęło przede mną dwóch dawnych chłopców z Oratorium. Jeden z nich podszedł do mnie i serdecznie witając się ze mną, powiedział:
Czy ksiądz Bosko mnie poznaje?
Tak, poznaję cię - odpowiedziałem. -I jeszcze o mnie pamięta? - dodał.
O tobie i o wszystkich pozostałych. Ty jesteś Valfre i byłeś w Oratorium przed rokiem 1870.
Proszę powiedzieć - ciągnął - czy chce ksiądz zobaczyć chłopców, którzy byli w Oratorium za moich czasów?
Tak, pokaż mi ich - odpowiedziałem - sprawi mi to wielką przyjemność.
Wtedy Valfre pokazał mi chłopców: wszyscy wyglądali tak jak dawniej i byli w tym samym wieku.
Zdawało mi się, że jestem w moim dawnym Oratorium podczas rekreacji. To była scena pełna życia, ruchu, radości. Jedni biegali, inni podskakiwali, jeszcze inni grali: w berka, w czarnego luda, w piłkę. W jednym miejscu skupili się chłopcy zasłuchani w słowa księdza, który opowiadał im historyjkę. Gdzie indziej jakiś kleryk z innymi chłopcami grał w dwa ognie. Śpiewano, zewsząd dobiegały śmiechy, wszędzie widać było księży i kleryków, a wokół nich wesoło pokrzykujących chłopców. Dawało się odczuć, że między nimi a przełożonymi panowała ogromna serdeczność i zażyłość. Byłem oczarowany tym widokiem, a Valfre powiedział mi:
Proszę spojrzeć, zażyłość prowadzi do uczucia, a uczucie niesie zaufanie. To otwiera serca, a chłopcy bez lęku wyjawiają wszystko swoim nauczycielom, opiekunom i przełożonym. Stają się szczerzy podczas spowiedzi i łagodnie poddają się wszystkim poleceniom tego, którego miłości są pewni.

Oratorium w roku 1884

Wtedy podszedł do mnie mój drugi dawny uczeń, z długą białą brodą, i powiedział:
Czy chce ksiądz z kolei poznać i zobaczyć chłopców aktualnie przebywających w Oratorium?
To był Józef Buzzetti.
Tak - odpowiedziałem - nie widziałem ich już od miesiąca. I pokazał mi ich: zobaczyłem Oratorium i was wszystkich na
rekreacji. Nie słyszałem już jednak radosnych okrzyków i śpiewów, nie widziałem tego życia i ruchu, który dostrzegłem w pierwszej scenie. W ruchach i twarzach wielu chłopców można było odczytać wielkie znudzenie, wyczerpanie, dąsy i nieufność, która boleśnie dotknęła moje serce. [...]
Czy widział ksiądz swoich podopiecznych? - zapytał ten drugi uczeń.
Widziałem - odpowiedziałem z westchnieniem.
Jak bardzo różnią się od nas! - zawołał.
Niestety! Co za apatia na tej rekreacji! [...]
Brakuje najlepszego
Ale jak pobudzić tych moich kochanych chłopców, aby od¬zyskali dawną żywość, radość i szczerość?
Miłością.
Miłością? Czy moi chłopcy nie mają dość miłości? Wiesz, że ich kocham. Wiesz, ile dla nich wycierpiałem i znosiłem przez ponad 40 lat, i ile teraz jeszcze dla nich znoszę i cierpię. Ileż wyrzeczeń, ile poniżenia, ile sprzeciwów, ileż prześladowań, aby dać im chleb, dom, nauczycieli, i aby zapewnić zdrowie ich duszom. Zrobiłem wszystko, co mogłem i co umiałem dla tych, którzy są miłością mojego życia.
Nie mówię o księdzu.
A więc o kim? O moich zastępcach? O dyrektorach, prefektach, nauczycielach, opiekunach? Czy nie widzisz, że są męczennikami nauki i pracy? Jak poświęcają swoje młodzieńcze lata dla tych, których powierzyła im Boska Opatrzność?
Widzę i wiem; ale to nie wystarczy, brakuje najważniejszego.
Czego więc brakuje?
Chłopcy powinni wiedzieć, że są kochani - powinni to od¬czuć.
Nie mają oczu? Nie mają rozumu? Nie widzą, że wszystko, co się dla nich robi, czyni się z miłości?
Nie, powtarzam: to nie wystarczy.
Czego więc potrzeba?
Kiedy poczują, że są kochani w tym, co lubią - jeśli dorośli będą dzielili z nimi ich dziecięce zamiłowania - nauczą się dostrzegać miłość także w tym, czego z natury nie lubią - w dyscyplinie, nauce, umartwieniu; będą podchodzić do tego z miłością i zapałem.
Salezjanin „duszą zabawy"
Wyjaśnij mi to!
Niech ksiądz przyjrzy się chłopcom na rekreacji. Przyjrzałem się i odparłem:
A co tu jest szczególnego do oglądania?
Przez tyle lat ksiądz wychowuje młodzież i nie rozumie? Niech ksiądz przyjrzy się lepiej. Gdzie są nasi salezjanie?
Przyjrzałem się dokładniej i zobaczyłem, że niewielu księży i kleryków wmieszało się między chłopców, a jeszcze mniej brało udział w ich zabawach. Przełożeni nie byli już duszą zabawy. Większość z nich przechadzała się, rozprawiając między sobą i nie zwracając uwagi na to, co robili uczniowie; inni spoglądali na chłopców bez szczególnej troski; jeszcze inni czuwali, ale byli tak daleko, że nie mogli dostrzec popełnianych błędów; niektórzy ich upominali, groźnie i z rzadka. Byli też salezjanie, którzy pragnęli przyłączyć się do jakiejś grupki chłopców, ale spostrzegłem, że młodzi bardzo zręcznie unikali nauczycieli i przełożonych. Wtedy mój przyjaciel odezwał się:
Czy w dawnych czasach Oratorium nie był ksiądz razem z młodzieżą, a szczególnie podczas przerw? Czy pamięta ksiądz te piękne lata? To była niebiańska radość, czas, który wspominamy zawsze z miłością, bo to ona była naszą regułą, i nie mieliśmy przed księdzem tajemnic.
Oczywiście! Wszystko było dla mnie radością, a młodzi z zapałem szukali kontaktu ze mną, rozmowy, gorąco pragnęli słuchać moich rad i wprowadzać je w życie. Teraz jednak widzisz, że ciągłe audiencje, mnóstwo spraw i moje zdrowie nie pozwalają mi na to.
W porządku. Ale skoro ksiądz nie może, dlaczego inni salezjanie księdza nie naśladują? Dlaczego ksiądz nie nalega, nie wymaga, aby traktowali młodzież tak, jak ksiądz ją traktował?
Mówię o tym, zdzieram sobie gardło, ale niestety wielu nie chce podejmować dawnych trudów.
A zatem zaniedbując małe sprawy, dużo tracą; a potem kosztuje ich to wiele trudu. Niechaj kochają to, co podoba się młodzieży, a młodzież pokocha to, co podoba się przełożonym. W ten sposób łatwe stanie się to, co wymagało tyle trudu. Przyczyną obecnej zmiany w Oratorium jest fakt, że pewna grupa młodych nie ma zaufania do przełożonych. Kiedyś wszystkie serca były otwarte dla przełożonych, których młodzież kochała i była im posłuszna. Teraz jednak przełożeni są traktowani jak przełożeni, nie jak ojcowie, bracia czy przyjaciele; młodzież boi się ich i mało kocha. Jeśli zatem chcecie stać się jednym sercem i jedną duszą, przez wzgląd na miłość Jezusa powinniście prze¬rwać tę fatalną barierę nieufności, a na jej miejsce wprowadzić serdeczną zażyłość. Niechaj posłuszeństwo prowadzi ucznia tak, jak matka prowadzi dziecko; wtedy w Oratorium zapanuje pokój i dawna radość.
- Jak przerwać tę barierę?
Zażyłością z uczniami, zwłaszcza w czasie rekreacji. Bez bliskości nie można okazać uczucia, a bez okazania uczucia nie może pojawić się zaufanie. Ten, kto chce być kochany, musi pokazać, że kocha. Jezus Chrystus stał się mały razem z małymi i przyjął na siebie naszą ułomność. Oto największy Nauczyciel zażyłości. Nauczyciel widziany wyłącznie na katedrze jest tylko nauczycielem i nikim więcej, ale jeśli uda się na przerwę wraz z młodzieżą, stanie się dla nich jak brat.
Jeśli widzimy kogoś nauczającego wyłącznie zza pulpitu, powiemy, że wypełnia ni mniej, ni więcej, tylko swój obowiązek; ale jeśli powie coś na przerwie, będzie to słowo kogoś, kto kocha. Ileż nawróceń mogą wzbudzić niektóre jego słowa, dźwięcząc w uszach bawiącej się młodzieży!
Miłość i czuwanie
Ten, kto wie, że jest kochany, kocha; a kto jest kochany, uzyskuje wszystko, szczególnie od młodych. Ta zażyłość łączy młodzież i przełożonych niczym prąd elektryczny. Otwiera serca i pozwala ujawnić swoje potrzeby i braki. Dzięki tej miłości przełożeni znoszą trudy, nudę, niewdzięczność, uciążliwości, braki i zaniedbania chłopców. Jezus Chrystus nie złamał trzciny nadłamanej ani nie zagasił ognia o nikłym płomyku. Oto wasz wzór. Wówczas nie zdarzy się już, żeby ktoś pracował dla próżnej chwały, by ktoś karał jedynie, aby pomścić obrażoną miłość własną, aby ktoś się uchylał od asystencji, bo zazdrośnie się obawia przewagi innych. Nikt nie będzie krytykował drugiego, chcąc wyłącznie dla siebie pozyskać miłość i szacunek chłopców, z pominięciem wszystkich innych przełożonych, i zyskiwać w ten sposób tylko obłudne pochlebstwa i wzgardę. Nikt nie pozwoli, aby jego serce opanowało przywiązanie tylko do jednego z chłopców, z pominięciem wszystkich innych; nikt dla zaspokojenia własnych wygód nie zaniedba najściślejszego obowiązku czujności; nikt też dla próżnego względu ludzkiego nie powstrzyma się od upomnienia tego, kogo upomnieć należy. Jeżeli będzie panować prawdziwa miłość, nie będzie się szukało niczego innego, jak tylko chwały Bożej i zbawienia dusz. Natomiast jeśli miłość słabnie, wówczas sprawy nie toczą się już dobrze.
Dlaczego w miejsce miłości wprowadzać sztywny regulamin? Dlaczego przełożeni uchylają się od przestrzegania tych zasad wychowawczych, jakie im wskazał ksiądz Bosko? Dlaczego system zapobiegania przez czuwanie i serdeczność zastępuje się stopniowo mniej uciążliwym i łatwiejszym dla rozkazującego systemem wydawania praw, do zachowania których jeśli się zmusza karami, to rozpalają one tylko nienawiść i wywołują przykre skutki? A jeśli się nie pilnuje ich przestrzegania, to budzą pogardę w stosunku do przełożonych i są przyczyną poważnych wykroczeń.
Niech wychowawca będzie wszystkim dla wszystkich
Wszystko upadnie, kiedy brakuje zażyłości. Jeśli chcemy, aby Oratorium odzyskało swoje dawne szczęście, trzeba wprowadzić w życie stary system. Niech przełożony będzie wszystkim dla wszystkich, gotowy zawsze wysłuchać każdej wątpliwości i skargi wychowanków, czujny w ojcowskim nadzorowaniu ich postępowania, całym sercem oddany poszukiwaniom duchowego i doczesnego dobra tych, których Opatrzność mu powierzyła.
Wtedy serca nie będą już zamknięte i przestaną w nich królować pewne zabójcze tajemnice. Jedynie w przypadku niemoralnego zachowania przełożeni muszą postępować bezlitośnie. Lepiej jest zaryzykować, że z domu zostanie usunięty niewinny, niż zatrzymać w nim gorszyciela. Asystenci niechaj będą zobowiązani w sumieniu zdawać relacje przełożonym z tego wszystkiego, co w jakimś znaczeniu uznają za obrazę Boga.
Wtedy zapytałem:
- Jaki jest podstawowa zasada, która sprawi, że zatriumfuje podobna zażyłość, miłość i zaufanie?
Dokładne przestrzeganie reguł domu. -I nic więcej?
Najlepszym posiłkiem podczas obiadu jest dobra mina. [Ksiądz Bosko odczuł tak wielką przykrość z powodu tego, co
zobaczył, że obudził się wyczerpany. Ale następnego wieczoru, kiedy tylko położył się do łóżka, przerwany sen powrócił.]
Miałem przed sobą podwórze, chłopców, którzy teraz są w Oratorium, i tego samego dawnego ucznia. Zacząłem go wypytywać.
-To, co mi powiedziałeś, powtórzę moim salezjanom; ale co mam powiedzieć chłopcom z Oratorium?
Odpowiedział mi:
Aby dostrzegli, jak bardzo przełożeni, nauczyciele i ich asystenci trudzą się i uczą z miłości do nich, bo gdyby nie mieli na uwadze ich dobra, nie ponosiliby tylu ofiar. Niechaj pamiętają, że pokora jest źródłem wszelkiego spokoju; niech tolerują braki innych, ponieważ na świecie nie ma doskonałości - doskonałość jest tylko w raju. Niechaj przestaną szemrać, bo szemrania studzą serca; a przede wszystkim niechaj dbają o to, aby żyć w stanie łaski Bożej. Kto nie jest pogodzony z Bogiem, nie jest pogodzony ze sobą i z innymi.
A więc mówisz mi, że wśród moich podopiecznych są tacy, którzy nie są pogodzeni z Bogiem?
To pierwsza przyczyna niezgody; [...] jeśli serce nie jest pogodzone z Bogiem, jest smutne, niespokojne, nie znosi posłuszeństwa, złości się bez powodu, wydaje mu się, że wszystko idzie nie tak, a ponieważ samo żyje bez miłości, sądzi, że i przełożeni go nie kochają.
A jednak, mój drogi, czy nie widzisz, jak często wychowankowie Oratorium przystępują do spowiedzi i Komunii?
To prawda, że wychowankowie często przystępują do spowiedzi, jednak u wielu spowiadających się brakuje wytrwałości w postanowieniach. Spowiadają się, ale ciągle z tych samych grzechów, z tych samych okazji, z tych samych złych przyzwyczajeń, z takiego samego nieposłuszeństwa i zaniedbania. I tak miesiącami, a nawet latami. [...]
Te spowiedzi niewiele są warte albo też i nic, a zatem nie przywracają spokoju i jeśli którykolwiek z chłopców zostałby w tym stanie wezwany przed najwyższy trybunał Boga, sprawa byłaby niezwykle poważna.
[...]
[Tutaj ksiądz Bosko pisał, że ujrzał rzeczy, które napełniły go goryczą, i obiecał, że ostrzeże wszystkich po powrocie z Rzymu. Tymczasem wezwał wszystkich do świętości.]
Powiem wam, że jest czas na modlitwę i silne postanowienia; trzeba postanawiać nie w słowach, ale w czynach, i przekonać wszystkich, że tacy jak Comollo, Dominik Savio, Besucco czy Siccardi żyją jeszcze wśród nas.
Na koniec zapytałem mojego przyjaciela:
Nic więcej nie masz mi do powiedzenia?
Nauczaj wszystkich, małych i dużych, aby zawsze pamiętali o Maryi Wspomożycielce. Ona zgromadziła ich, aby ustrzec przed niebezpieczeństwami tego świata, aby kochali się jak bracia i aby oddawali chwałę Bogu i Jej swoim dobrym postępowaniem. Ona jest Matką Bożą, która niewyczerpaną łaską i cudami troszczy się o ich chleb i środki na naukę. Niechaj pamiętają o wigilii święta ich Przenajświętszej Matki i że z Jej pomocą musi zniknąć ta bariera nieufności, którą demon wzniósł pomiędzy chłopcami a przełożonymi i którą posługuje się na zgubę niejednej duszy.
Czy uda się nam obalić te barierę?
Tak, oczywiście, dopóki wielcy i mali będą gotowi znieść upokorzenia z miłości do Maryi i będą wprowadzać w życie to, co powiedziałem.
Ja tymczasem przyglądałem się moim wychowankom i na widok tych, którzy zmierzali ku wiecznemu zatraceniu, coś tak mocno ścisnęło mnie za gardło, że się obudziłem. Wiele bardzo ważnych rzeczy, które widziałem, pragnąłbym wam jeszcze opowiedzieć, ale czas i samopoczucie mi na to nie pozwalają.
Niechaj powrócą dni miłości i ufności
Na zakończenie: czy wiecie, czego chce od was ten biedny starzec, który swoim kochanym chłopcom poświęcił całe życie? Niczego innego poza tym, aby powróciły szczęśliwe dni pierwszego Oratorium. Dni miłości i ufności chrześcijańskiej pomiędzy wychowankami i przełożonymi; dni ducha wzajemnej wyrozumiałości i tolerancji w imię miłości Jezusa Chrystusa; dni otwartych serc w prostocie i czystości; dni miłości i prawdziwej radości dla wszystkich. Potrzebuję, abyście mnie pocieszyli, dając mi nadzieję i składając obietnicę, że zrobicie wszystko, czego pragnę dla dobra waszych dusz.
Tak naprawdę nie wiecie, jakie szczęście spotkało was w związku z przyjęciem do Oratorium. Przed Bogiem wam oświadczam: wystarczy, aby młody człowiek wszedł do salezjańskiego domu, aby Przenajświętsza Dziewica natychmiast wzięła go pod swoją szczególną opiekę. Wszyscy żyjmy w zgodzie. Niech miłość tych, którzy rozkazują, i miłość tych, którzy muszą być posłuszni, sprawi, że zapanuje wśród nas duch świętego Franciszka Salezego.
Moje kochane dzieci, zbliża się czas, kiedy będę musiał was opuścić i wyruszyć ku mojej wieczności.
[Notatka sekretarza: W tym miejscu ksiądz Bosko przerwał dyktowanie, jego oczy napełniły się łzami nie z żalu, ale z niewypowiedzianej miłości, która przebijała z jego spojrzenia i z brzmienia jego głosu; po chwili dyktował dalej.]
Gorąco pragnę pozostawić was, księża, klerycy, kochana młodzieży, dla tej drogi Pana, dokąd On i was powoła.
Ojciec święty, którego widziałem 9 maja, z serca posyła wam swoje błogosławieństwo. W dniu uroczystości Maryi Wspomożycielki będę z wami przed figurą naszej ukochanej Matki.
Chcę, abyśmy obchodzili to wielkie święto bardzo uroczyście; niech ksiądz Lazzero i ksiądz Marchisio zadbają o to, abyście byli weseli również w refektarzu. Święto Maryi Wspomożycielki musi stać się preludium wiecznego święta, które powinniśmy celebrować wspólnie pewnego dnia, zjednoczeni w raju.
Wasz kochający w Jezusie Chrystusie
ksiądz Jan Bosko
(M.B. XVII, 107-114)

★ ★ ★
Jen list to skarb, który wraz z traktatem o systemie prewencyjnym i regulaminem domów zakonnych tworzy pedagogiczną trylogię, pozostawioną przez księdza Bosko jego synom. Pedagogika skromna i wzniosła, która - właściwie zrozumiana i realizowana - może stać się podstawą instytutów wychowawczych, w których zapanuje radość, zamieszka niewinność. Mogą stać się one ogniskiem cnót i wzorem nauki - miejscem kształcenia dobrych chrześcijan, odpowiedzialnych obywateli i godnych ludzi Kościoła. Jednak do tego potrzeba dobrej woli i poświęcenia" (Eugeniusz Ceria, M.B. XVII, 115).

Piąty sen misyjny: PEKIN

Piąty sen misyjny przyśnił się księdzu Bosko w Barcelonie, w nocy z 9 na 10 kwietnia 1886 roku. Opowiedział go księdzu Rua, księdzu Brando - dyrektorowi domu, a także sekretarzowi, księdzu Vigliettiemu - głosem przerywanym szlochem.
Przyśniło mu się, że znajduje się na pagórku, z którego szczytu widać las; był on jednak uprawiany, przecinały go drogi i ścieżki. Ksiądz Bosko rozejrzał się wokół i spojrzał daleko na horyzont; zanim jednak jego oczy cokolwiek ujrzały, do jego uszu dotarł hałas pochodzący od niezliczonej rzeszy chłopców.
Pomimo wysiłków, aby zobaczyć, skąd ten hałas dobiegał, nie ujrzał niczego. Wreszcie dostrzegł mnóstwo młodych ludzi, którzy biegając dokoła niego, mówili:
Czekaliśmy na ciebie, tak długo na ciebie czekaliśmy, ale wreszcie jesteś: jesteś wśród nas i już nam nie uciekniesz!
Ksiądz Bosko nie rozumiał i zastanawiał się, czego chcą od niego ci chłopcy. Kiedy jednak tak stał, patrząc na nich jak oniemiały, zobaczył całe stado baranków, które prowadziła Pasterka. Oddzieliwszy baranki od chłopców, ustawiła ich po przeciwnych stronach, zatrzymała się obok księdza Bosko i powiedziała:
Czy widzisz, ilu ich jest?
Tak, widzę - odpowiedział.
To dobrze, a czy pamiętasz swój sen, który przyśnił ci się, gdy miałeś 9 lat?
Potem przyprowadziwszy chłopców do księdza Bosko, dodała:
Spójrz tam, wysil swój wzrok; wy wszyscy wysilcie wzrok i przeczytajcie, co tam jest napisane... A więc, co widzicie?
Widzę góry, morza, pagórki i znowu góry i morza.
Czytam - mówił pierwszy chłopiec - Valparaiso.
Ja czytam - mówił drugi - Santiago.
Ja - wołał trzeci - czytam jedno i drugie!
Dobrze - odpowiedziała Pasterka - wyrusz z tego miejsca, a będziesz wiedzieć, ile Salezjanie będą musieli zrobić w przyszłości.
Widzę góry, pagórki i morza.
Chłopcy wytężyli wzrok i zawołali chórem:
Czytamy: Pekin!
Wtedy ksiądz Bosko zobaczył wielkie miasto, przecięte szeroką rzeką, nad którą zwieszały się mosty.
Dobrze - powiedziała Pasterka - teraz namaluj linię łączącą Santiago z Pekinem, wyznacz jej środek w centrum Afryki, a będziesz dokładnie wiedzieć, ile muszą zrobić Salezjanie.
Ale jak tego wszystkiego dokonać? - zawołał ksiądz Bosko -Odległości są ogromne, miejsca niedostępne, a salezjanów jest mało!
Nie martw się. Dokonają tego twoi synowie, synowie twoich synów i ich synowie; ale przestrzegajcie Reguł i trwajcie w duchu Zgromadzenia.
Skąd wziąć tylu ludzi?
Chodź tu i popatrz. Czy widzisz tam pięćdziesięciu misjonarzy w gotowości? Czy widzisz dalej innych i jeszcze innych? Poprowadź linię z Santiago do centrum Afryki. Co widzisz?
Dziesięć ośrodków.
Bardzo dobrze: te ośrodki, które widzisz, staną się domami nauki i nowicjatu oraz wydadzą wielu misjonarzy, którzy będą pracować w tych wioskach. Obróć się teraz w tamtą stronę. Widzisz tu kolejnych dziesięć ośrodków od centrum Afryki aż do Pekinu. Te ośrodki również wydadzą misjonarzy dla pozostałych osad. Tam jest Hong Kong, Kalkuta, niżej Madagaskar. Tam będą domy, szkoły i nowicjaty.
Ksiądz Bosko słuchał, patrząc i rozważając, a na koniec powiedział:
Ale gdzie znajdę tylu ludzi? I jak mam tam wysłać misjonarzy?
-Wykaż dobrą wolę - odpowiedziała Pasterka. - Jest tylko jedno do zrobienia: musisz nakazać, aby twoi synowie nieustannie praktykowali cnotę Maryjną.
Tak, zdaje mi się, że rozumiem. Powtórzę wszystkim Twoje słowa.
I strzeż się błędu, który teraz się szerzy, a polega na przemieszaniu się tych, co studiują nauki ludzkie, z tymi, co studiują nauki Boskie, albowiem nauka niebieska nie chce mieszać się z rzeczami ziemskimi.
Ksiądz Bosko chciał jeszcze coś powiedzieć; ale wizja zniknęła: sen się skończył (M.B. XVIII, 71).

★ ★ ★
Biuletyn Salezjański z września 1887 roku przytoczył dwa wydarzenia, które mogą posłużyć za doskonały komentarz do snu mówiącego o Chile.
Senator Valledor z Santiago poprosił Salezjanów, aby podjęli się kierowania rządowym sierocińcem. Biskupi Cagliero i Fagnano, odwiedzając tę placówkę, usłyszeli zdumiewające wprost słowa pewnego sieroty: ,już od dwóch lat płaczemy i modlimy się, aby ksiądz Bosko dał nam ojca".
W Valparaiso, kiedy przybyli tam salezjanie, ponad 200 chłopców biegło za nimi z krzykiem: „Wreszcie przyjechali nasi ojcowie! Co za radość!"
Dwa epizody, które salezjanom nasuwały myśl o śnie księdza Bosko (M.B. XVIII, 74).
Interesujący jest również komentarz samego księdza Bosko do tego snu: „Kiedy salezjanie już będą w Chinach, znajdą się po obu stronach rzeki, przepływającej blisko Pekinu!... Jedni przejdą na lewy brzeg, na stronę wielkiego imperium; drudzy staną na prawym brzegu, po stronie Tatarów. Nadejdzie jednak dzień, kiedy jedni wyjdą na spotkanie drugim, aby uścisnąć sobie dłonie. Jakaż będzie z tego chwała dla naszego zgromadzenia!... Ale czas spoczywa w rękach Boga" (M.B. XVIII, 74).

Czwarty sen misyjny: AFRYKA i CHINY

Opatrzność nie przestawała roztaczać przed oczami księdza Bosko wizji na temat przyszłości Zgromadzenia Salezjańskiego na niezmierzonym polu misji. Również w roku 1885 pewien sen objawił mu plany Boga, związane z niedaleką przyszłością. Ksiądz Bosko opowiedział go członkom Rady Głównej wieczorem 2 lipca.
„Wydawało mi się - powiedział - że stoję przed bardzo wysoką górą, na której szczycie znajdował się anioł jaśniejący tak wielkim blaskiem, że oświecał najdalsze wioski. Wokół góry rozciągało się rozległe królestwo nieznanych ludów.
Anioł w uniesionej prawicy trzymał miecz, który migotał niczym żywy ogień; lewą ręką pokazywał mi okoliczne ziemie. Mówił:
-Angelus Arfaxad vocat vos adproelianda helia Domini et ad con-gregandos populos in horrea Domini (Anioł Arpachszada wzywa was do stoczenia walk Pana i do zgromadzenia ludów w Jego spichlerzach).
Wokół góry, u jej stóp i na jej zboczach mieszkało mnóstwo ludzi. Wszyscy ze sobą rozmawiali, jednak ich język był mi obcy. Rozumiałem tylko to, co mówił do mnie Anioł. Nie mogę opisać tego, co widziałem. Takie rzeczy się widzi, rozumie, ale nie można ich wyjaśnić.
Przed tą górą i w czasie całej podróży miałem wrażenie, że znajduję się gdzieś wysoko, jakby nad chmurami, otoczony nie¬zmierzoną przestrzenią. Któż słowami może wyrazić tę wysokość, szerokość, to światło, tę jasność, ten widok? Można się nim radować, ale opisać go nie sposób.
Było też wielu, którzy mi towarzyszyli i dodawali ducha także i innym salezjanom, aby nie ustawali w swej drodze. Wśród tych, którzy z takim zapałem ciągnęli mnie za rękę, abym szedł naprzód, był mój kochany Alojzy Colle i całe zastępy aniołów, odpowiadających echem na śpiew otaczających ich młodzieńców.
Potem zdawało mi się, że znalazłem się w samym środku Afryki, na ogromnej pustyni. Na ziemi widniał wielki napis: Murzyni. Pośrodku stał Anioł Chama, który mówił:
Cessabit maledictum (Ustało przekleństwo) i błogosławieństwo Stworzyciela zstąpi na potępione jego dzieci, miód i balsam uleczą ukąszenia węży; zostaną przykryte nikczemności dzieci Chama.
Na koniec ukazała mi się Australia. Tutaj również był Anioł, ale nie miał żadnego imienia. Prowadził ludzi ku południowi. Mnóstwo dzieci, które tam mieszkały, usiłowało podejść do nas, jednak uniemożliwiała im to odległość i dzielące nas wody. Wyciągały jednak ręce do mnie i do salezjanów, mówiąc:
Przyjdźcie nam z pomocą! Dlaczego nie kończycie dzieła, które rozpoczęli wasi poprzednicy?
Wiele z nich się zatrzymało; inne z ogromnym wysiłkiem ominęły dzikie zwierzęta i dołączyły do salezjanów, których ja nie znałem, i wszyscy zaczęli śpiewać: Benedictus ąui venit in nomine Domini (Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie).
W oddali widziałem mnóstwo wysp, jednak nie mogłem ich rozróżnić. Wydawało mi się, że wszystko razem wskazywało na to, że Opatrzność ofiarowuje salezjanom jakąś część dzieła ewangelizacji, jednak w późniejszym czasie. Ich trudy przyniosą owoc, ponieważ ręka Pana będzie zawsze z nimi, jeśli nie będą umniejszać Jego łask.
Gdybym mógł zakonserwować i zachować przy życiu pięćdziesięciu salezjanów spośród tych, którzy teraz są z nami, to za 500 lat zobaczyliby, jaki wspaniały los zgotowała nam Opatrzność, jeśli pozostaniemy wierni.
Zawsze będziemy dobrze postrzegani, nawet przez złych, bo nasze szczególne zadanie przyciąga sympatię wszystkich ludzi -dobrych i bezbożników. Może się zdarzyć jakaś szalona głowa, która zapragnie nas zniszczyć, będą to jednak plany odosobnione i nie cieszące się poparciem pozostałych. Wydaje się, że salezjanie nie dadzą się uwieść miłości do wygód i nie będą unikać pracy. Podtrzymując tylko już istniejące dzieła i nie poddając się łakomstwu, będą mieli gwarancję długowieczności.
Wspólnota Salezjańska będzie kwitnąć materialnie, jeśli zadbamy o rozpowszechnianie Biuletynu oraz Dzieła Synów Maryi Wspomożycielki: tak wiele jest wśród nich dobrych dzieci! To dzieło wyda na świat wielu walecznych współbraci, utwierdzonych w swym powołaniu" (M.B. XVII, 643).

★ ★ ★
10 sierpnia ksiądz Bosko pisał do księcia Florito Colle di Tolone, ojca Alojzego: „Nasz przyjaciel Alojzy zabrał mnie na wycieczkę w sam środek Afryki, do „ziemi Chama", jak sam powiadał, oraz do ziem Arpachszada, tzn. do Chin".
Po tym śnie ksiądz Bosko nakazał klerykowi Feście poszukać w słownikach biblijnych czegoś na temat enigmatycznego Arpachszada, wymienionego w 10. rozdziale Księgi Rodzaju. Sądzono później, że znaleziono klucz do tej tajemnicy w pierwszym tomie Historii Kościoła Rohrbachera, który przyznaje, że od Arpachszada wywodzą się Chińczycy.
Ksiądz Bosko szczególną wagę przykładał do Chin i powtarzał: „Gdybym miał 20 salezjanów, aby ich wysłać do Chin, z całą pewnością, pomimo prześladowań, spotkaliby się oni z triumfalnym przyjęciem".
Widać było, że Święty ciągle myślał o tym śnie; chętnie również o nim rozmawiał, dostrzegając w nim potwierdzenie swoich poprzednich snów na temat misji.

Trzeci sen misyjny: Podróż samolotem

Zbliżała się wyprawa misyjna w roku 1885, w skład której wchodziło osiemnastu salezjanów i sześć córek Maryi Wspomożycielki. Ksiądz Bosko martwił się, iż nie może udzielić im, tak jak w latach ubiegłych, swojego ojcowskiego błogosławieństwa w kościele Maryi Wspomożycielki, ponieważ lekarze zalecili mu całkowity odpoczynek.
I oto w nocy z 31 stycznia na 1 lutego Pan pocieszył go trzecim snem misyjnym, który można nazwać fantastyczną podróżą samolotem w czasach, kiedy o liniach lotniczych nie było jeszcze mowy. Przedstawiamy go w skrócie, posługując się jednak słowami księdza Bosko.
Miał wrażenie, że towarzyszy misjonarzom w ich podróży. Otaczali go i prosili o rady. A on odpowiadał:
- Nie nauką, ale świętością, nie bogactwem, ale zapałem i pobożnością uczynicie wiele dobra, szerząc chwałę Boga i przyczyniając się do zbawienia dusz.
Nie wiedząc w jaki sposób, nagle znaleźli się w Ameryce. Misjonarze rozproszyli się na rozległej równinie położonej pomiędzy Chile a Republiką Argentyny, i ksiądz Bosko został sam.
Na tej rozległej równinie widoczne były liczne i bardzo długie drogi, wzdłuż których wznosiło się mnóstwo domów. Domy i ulice były jakby nie z tego świata. Po drogach przemieszczały się cudowne środki transportu. Ksiądz Bosko zauważył ze zdumieniem, że pojazdy te, dotarłszy w okolice miast i wsi, poruszały się po niebie tak, że podróżny mógł zobaczyć pod sobą dachy domów. Widać było także ludzi chodzących po ulicach, krzątających się po podwórkach i polach.
Każda z dróg dawała początek jednej misji i ksiądz Bosko jednym spojrzeniem ogarnął wszystkie salezjańskie domy w Argentynie, Urugwaju i Brazylii. Wtedy obok niego pojawiła się postać o szlachetnym wyglądzie, w której rozpoznał swojego Przewodnika.
Dlaczego - zapytał ksiądz Bosko - widzę tu tak mało salezjanów?
To, czego teraz nie ma, będzie później - odpowiedział Przewodnik.
„Tymczasem - opowiadał ksiądz Bosko - będąc ciągle na tej samej równinie, przemierzałem wzrokiem wszystkie te niekończące się drogi i podziwiałem widoczne w sposób niezwykle przejrzysty - chociaż niewytłumaczalny - miejsca, które są i będą zajęte przez salezjanów. Jakież wspaniałe ujrzałem rzeczy!
Widziałem wszystkie Kolegia Salezjańskie po kolei. Zobaczyłem - jakby w jednym punkcie - przeszłość, teraźniejszość i przyszłość naszych misji. A ponieważ widziałem wszystko razem, trudno mi jest przedstawić choćby w przybliżeniu bardziej konkretne rozwinięcie tej wizji. Tylko to, co zobaczyłem na równinie w Chile, Paragwaju, Brazylii i Republice Argentyny, wymagałoby jednego opasłego tomu. Zobaczyłem tam też mnóstwo dzikich, rozproszonych po Pacyfiku aż do Zatoki Ancud, w Cieśninie Magellana, na Przylądku Horn i na Malwinach. Całe to żniwo przeznaczone było dla salezjanów. Zobaczyłem też, że salezjanie wyłącznie siali, ale ich następcy będą zbierać. Potem mężczyźni i kobiety będą nas wspierać, stając się głosicielami Słowa. Ich dzieci, których pozyskanie dla wiary wydaje się wręcz niemożliwe, staną się ewangelizatorami swoich krewnych i przyjaciół.
Salezjanie osiągną wszystko pokorą, pracą, wstrzemięźliwością. To, co widziałem wtedy i co zobaczyłem później, dotyczy wszystkich salezjanów, ich osiedlania się w tych krajach, ich cudownego rozwoju, nawrócenia wielu tubylców i mieszkających z nimi Europejczyków. Europa zaleje Amerykę Południową.
Po obejrzeniu pola, jakie powierza nam Pan, i chwalebnej przyszłości Zgromadzenia Salezjańskiego, poczułem, że wyruszam w podróż powrotną do Włoch. Przeniosłem się tam bardzo szybko, jakby na skrzydłach; i w jednej chwili znalazłem się nad Oratorium. Pod moimi stopami znajdował się cały Turyn: byłem tak wysoko, że domy, pałace, wieże wydawały mi się małymi chatkami. Place, ulice, ogrody, koleje, mury, pola i pobliskie pagórki, miasta, miasteczka, gigantyczny łańcuch Alp pokrytych śniegiem - wszystko leżało u moich stóp, prezentując wspaniałą panoramę. Widziałem chłopców w głębi Oratorium: wyglądali jak małe mrówki. Jednak było ich wielu: księża, klerycy, uczniowie, nauczyciele wypełniali cały teren. Wielu szło w procesji, a na ich miejscu pojawiali się nowi. Była to jedna, niekończąca się procesja.
Wszyscy zmierzali ku rozległej równinie pomiędzy Chile a Republiką Argentyny, gdzie powróciłem w mgnieniu oka. Obserwowałem ich. Młody ksiądz o świeżej cerze i dziecięcym wyglądzie podszedł do mnie i grzecznie powiedział:
- Oto dusze i kraje przeznaczone dla synów świętego Franciszka Salezego.
Pragnę tu zauważyć, że opowiadając mój sen, skracam go: nie potrafiłbym określić dokładnej kolejności tych wspaniałych widoków, które ukazywały się moim oczom. Duch słabnie, pamięć jest zawodna, słowa nie wystarczą. Oprócz otaczającej te sceny tajemnicy, przeplatały się one między sobą, czasem też splatały, a czasem i powtarzały - w zależności od tego, czy misjonarze się łączyli, czy dzielili, czy też wyruszali w drogę, i czy ludy, powołane do wiary i nawrócenia, oddalały się od nich, czy też łączyły z nimi. Powtarzam: w jednym punkcie oglądałem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tych misji, we wszystkich fazach, zagrożeniach, sukcesach, nieszczęściach i rozczarowaniach, które im towarzyszyły.
Powracając do opowiadania, powtarzam, że byłem zdumiony na widok takiej rzeszy ludzi. Wtedy u mojego boku pojawił się biskup Cagliero. Niektórzy misjonarze byli daleko. Wielu otaczało mnie wraz z grupą współpracowników salezjańskich. Mój tłumacz podszedł do mnie i powiedział: - Słuchaj i patrz!
I oto rozległa równina przemieniła się w ogromną salę. Nie potrafię opisać jej przepychu i bogactwa. Powiem tylko, że gdyby ktoś zaczął ją opisywać, żaden człowiek nie wytrzymałby tej wspaniałości nawet w wyobraźni. Sala była tak wielka, że nie widziałem jej ścian. Nie mogłem też dosięgnąć wzrokiem jej sufitu. Sklepienie podtrzymywały wysokie łuki, szerokie i okazałe, jednak nie mogłem dostrzec, na czym się one wspierały. Nie było tam ani pilastrów, ani kolumn. Wydawało się, że kopuła tej wielkiej sali jest wykonana ze śnieżnobiałego lnu, na podobieństwo tapety. Nie było tam świateł, słońca, księżyca czy gwiazd, ale jaśniał wszędzie jednakowy blask. Wszystko wokół wydawało słodką woń, która była mieszanką wszystkich najprzyjemniejszych zapachów.
Stało tam mnóstwo bardzo długich stołów. Rozstawiono je we wszystkich kierunkach, ale zbiegały się w środku. Przykrywały je eleganckie obrusy, na których stały przepiękne kryształowe wazony pełne różnorodnych kwiatów.
Biskup Cagliero zauważył:
- Stoły są, ale gdzie są potrawy?
Rzeczywiście, nie było na nich ani jedzenia, ani napojów; nie było też talerzy, kielichów czy półmisków, aby ułożyć na nich potrawy.
Wtedy odezwał się mój przyjaciel tłumacz:
- Ci, którzy tu przyjdą neąue sitient neąue esurient amplius (nie będą ani głodni, ani spragnieni).
Kiedy to powiedział, zaczęli wchodzić ludzie, wszyscy ubrani na biało, z różowymi naszyjnikami na szyi, przetykanymi złotą nicią. Kiedy tylko weszli, usiedli za przygotowanym dla nich stołem, śpiewając: Niech żyje! Nie było ich wielu. Po nich zjawiało się coraz więcej ludzi, śpiewając: Triumf. Następnie zaczęli przy-chodzić różni ludzie, mali i duzi, mężczyźni i kobiety, różniący się wiekiem i kolorem skóry, wyglądem i zachowaniem, i ze wszystkich stron dobiegał śpiew. Ci, którzy już byli na miejscu, śpiewali: Niech żyje!; ci, co wchodzili, śpiewali: Triumf. Każda wchodząca grupa składała się z wielu narodów albo ich części, nawróconych przez misjonarzy.
Spojrzałem na te niekończące się stoły i zorientowałem się, że siedziało tam i śpiewało wiele moich sióstr i współbraci. Nie różnili się jednak od pozostałych, nie mieli żadnych znaków szczególnych, które świadczyłyby o tym, że byli kapłanami, klerykami, siostrami, ale tak jak pozostali, mieli na sobie białe szaty i różowe naszyjniki.
Moje zdziwienie wzrosło, kiedy zobaczyłem ludzi o szorstkiej powierzchowności, w takich samych szatach jak wszyscy, i usłyszałem, jak śpiewali: Niech żyje! Triumf.
Wtedy nasz tłumacz powiedział:
Obcy i dzicy, którzy przyjęli słowo Boże od swych wychowawców, staną się jego głosicielami.
Wśród tego tłumu dostrzegłem też cały zastęp chłopców o dziwnym i surowym wyglądzie. Zapytałem:
A ci chłopcy, których skóra jest szorstka, a jednocześnie tak piękna i o takim blasku, kim są?
Tłumacz odpowiedział:
To dzieci Chama, które nie zrezygnowały z dziedzictwa Lewiego. Królestwo Boże dotarło wreszcie i do nich.
Nie było ich wielu, jednak dzieci ich dzieci powiększyły ich liczbę.
Młodzieńcy ci pochodzili z Patagonii i Afryki Południowej.
W międzyczasie tak bardzo wzrosła liczba wchodzących do tej niezwykłej sali, że każde krzesło zdawało się zajęte. Siedzenia nie miały jednak określonego kształtu, ale przybierały taką formę, jakiej każdy pragnął. Wszyscy byli zadowoleni z zajmowanych przez siebie i pozostałych miejsc.
I oto kiedy wszyscy śpiewali: Alleluja! Alleluja! Alleluja! Triumf,
pojawiła się ogromna rzesza, idąca na spotkanie tych, którzy już weszli, ze śpiewem na ustach: Alleluja! Chwała! Triumf.
Kiedy sala była już tak pełna, że ludzi nie można było policzyć, zapadła głęboka cisza, a wszyscy zaczęli śpiewać, podzieleni na chóry.
Pierwszy chór: Appropinquavit in nos regnum Dei; Laetentur coeli et exultet tetra; Dominus regnavit super nos, alleluia (Przyszło do nas Królestwo Boże; niechaj radują się niebiosa i cieszy się ziemia; Pan króluje nad nami, alleluja).
Trzeci chór: Laudate Dominum omnes gentes, laudate eum omnes populi (Wszystkie narody chwalcie Pana, wysławiajcie Go, wszystkie ludy).
Kiedy chóry śpiewały te i inne wersy na przemian, nagle znowu zapadła głęboka cisza. Wtedy zadźwięczały głosy dochodzące z góry. A sens tej pieśni, której harmonii nie da się opisać, był następujący: Soli Deo honor er gloria in saecula saeculorum (Bogu Jedynemu cześć i chwała na wieki wieków). Inne chóry odpowiadały z góry i z oddalenia tym głosom: Semper gratiarum actio Uli ąui eraty est et ąui venturus est Uli eucharistia, Uli soli honor sempi-ternus (Niechaj na wieki składane będzie dziękczynienie temu, który był, który jest i który będzie. Jemu dziękczynienie i wieczna chwała).
Potem chóry te zniżyły się i przybliżyły. Wśród niebieskich muzyków był też Alojzy Colle.
Ci, którzy byli na sali, dołączyli do nich i wszyscy zaczęli śpiewać, a głosy ich splotły się na podobieństwo nadzwyczajnych instrumentów muzycznych, dźwiękami, których skala nie miała granic. Muzyka ta wydawała się łączyć w jedno tysiąc nut, które razem tworzyły idealną harmonię głosów. Głosy w górze wznosiły się wysoko; głosy tych, którzy byli na sali, brzmiały dźwięcznie i przyjemnie. Wszystkie składały się na jeden chór i jedną harmonię tak piękną, że upadłem na kolana u stóp biskupa Cagliera i wykrzyknąłem:
- Och, Cagliero! Jesteśmy w raju!
Biskup Cagliero wziął mnie za rękę i odpowiedział:
- To nie raj, ale prosty i bardzo słaby obraz tego, czym raj jest naprawdę.
Tymczasem głosy dwóch wielkich chórów śpiewały zgodnie w nie dającej się wyrazić harmonii: Soli Deo honor et gloria, et triunphus, alleluia, in aeternum, in aeternum!

Zapomniałem, gdzie jestem i nie wiem, co się ze mną działo. Rano z trudem podniosłem się z łóżka; bardzo powoli dochodziłem do siebie, idąc odprawić Mszę świętą.
Najważniejszą myślą, jaka pozostała mi po tym śnie, było powiadomić przewielebnego Cagliero i moich kochanych misjonarzy, jak wielkie jest znaczenie naszych misji: „Wszystkie troski salezjanów i córek Maryi Wspomożycielki niechaj będą skierowane ku wzbudzaniu powołań kapłańskich i zakonnych" (M.B. XVII, 299).
★ ★ ★
Za każdym razem, kiedy ksiądz Bosko - opowiadając sen - powtarzał te słowa: Niech żyje! Triumf!, jego głos stawał się tak wibrujący, że wszyscy drżeli. Kiedy potem, na zakończenie, wymienił swojego ukochanego biskupa Cagliera, na chwilę przestał opowiadać, jakiś szloch przerwał mu w pół zdania, a jego oczy napełniły się łzami.
Ksiądz Costamagna, przyszły biskup salezjański, przeczytawszy ten sen napisał z Ameryki do księdza Lemoyne'a: „Proszę powiedzieć księdzu Bosko, że nie będziemy posłuszni tym jego słowom, które napisał w ostatnim liście do Jego Ekscelencji: „Nie wierz we wszystko, co mówią moje sny", ponieważ my trzymamy się wizji naszego Ojca, który - o czym nigdy nie zapomnę - pewnego dnia powiedział mi: „Wśród wszystkich zgromadzeń i zakonów być może do naszego zostało skierowane najwięcej słowa Bożego" (M.B. XVII, 305).

Drugi sen misyjny: AMERYKA POŁUDNIOWA

Ten drugi sen misyjny, który przyśnił się księdzu Bosko w San Benigno Canavese w roku 1883, jest alegorią obfitującą w elementy prorocze na temat przyszłości misji salezjańskich w Ameryce Południowej. Ksiądz Bosko opowiedział go 4 września członkom Trzeciej Kapituły Generalnej. Ksiądz Lemoyne natychmiast go zapisał, a ksiądz Bosko uzupełnił i poprawił.
Można wyróżnić w nim trzy duże części:

Po krótkim wprowadzeniu ksiądz Bosko mówi, że znalazł się w wielkiej sali, gdzie mnóstwo nieznanych mu ludzi rozmawia o misjach. Tutaj zostaje rozpoznany przez syna księcia Colle di Tolone .
W bardzo dziwnej formie młodzieniec pokazuje mu z tej sali szerokie pole misji w Ameryce Południowej, przygotowane dla Salezjanów.
W jego towarzystwie ksiądz Bosko podróżuje przez całą Amerykę Południową aż do Patagonii, gdzie znajduje przy pracy Salezjanów i Córki Maryi Wspomożycielki.
Z uwagi na długość opowiadania, przytaczamy je w pewnym skrócie.
W kwadratowym nawiasie umieściliśmy uwagi księdza Lemoyne, dodane po wysłuchaniu wyjaśnień księdza Bosko.
„To była noc poprzedzająca uroczystości św. Róży z Limy (30 sierpnia) i wtedy przyśnił mi się ten sen. Zdawało mi się, że wszedłem do jakiejś sali, gdzie znajdowali się ludzie mówiący o rzeszach dzikich, którzy w Australii, w Indiach, Chinach, w Afryce, a szczególnie w Ameryce do tej pory tkwią pogrzebani w mrokach śmierci.
Jeden z nich powiedział:
- Iluż bałwochwalców żyje w nieszczęściu, z dala od Ewangelii, w samej Ameryce! Ludzie myślą (a geografowie są w błędzie), że amerykańskie Kordyliery są niczym jednolity mur, który odgradza tę wielką część świata. Tak nie jest. Są to łańcuchy wysokich gór, które tworzą liczne kotliny, o długości nawet ponad tysiąca kilometrów.
Znajdują się tam nietknięte ludzką stopą lasy, nigdy dotąd nie widziane rośliny i zwierzęta, są tam też bogactwa, których tutaj braknie. Węgiel kamienny, ropa, ołów, miedź, żelazo, srebro, złoto ukryte są w tych górach, w miejscach, gdzie złożyła je potężna dłoń Stwórcy dla dobra człowieka. Kordyliery, Kordyliery! Jakże bogaty jest wasz wschód!
W tej chwili poczułem, że ogarnia mnie żywe pragnienie, aby poprosić o więcej wyjaśnień, aby zapytać, kim są zebrani tutaj ludzie oraz o to, gdzie ja się właściwie znajduję. Dlatego zapytałem:
- Powiedzcie mi, z łaski swojej: czy jesteśmy w Turynie, Londynie, Madrycie, czy w Paryżu? A kim wy jesteście?
Jednak wszyscy ci ludzie odpowiadali niejasno, rozprawiając o misjach.
W międzyczasie podszedł do mnie jakiś szesnastolatek nadludzkiej urody, od którego biło światło jaśniejsze od słońca. Jego szata była wysadzana niebiańskimi klejnotami, a jego głowę opasywało coś w rodzaju korony, w której mieniły się drogocenne kamienie. Wpatrując się we mnie przyjaźnie, okazywał mi żywe zainteresowanie. Uśmiechał się z nieodpartym urokiem. Zwrócił się do mnie po imieniu, wziął mnie za rękę i zaczął mówić mi
Zgromadzeniu Salezjańskim.
Jego głos mnie oczarował. Jednak przerwałem mu:
Z kim mam zaszczyt rozmawiać? Powiedz mi, jak masz na imię.
Powiedziałbym ci moje imię, gdyby to było potrzebne; ale takiej potrzeby nie ma, bo możesz mnie rozpoznać.
To mówiąc, uśmiechał się.
Przyjrzałem się lepiej tej świetlistej postaci. Jakże była piękna! Wtedy rozpoznałem w nim syna księcia Fiorito Colle di Tolone, wielkiego dobroczyńcy naszego domu, a zwłaszcza naszych amerykańskich misji. Ten młodzieniec niedawno zmarł.
Alojzy! - zawołałem, nazywając go po imieniu - Kim są ci wszyscy ludzie?
To przyjaciele waszych salezjanów, a ja, jako wasz przyjaciel
przyjaciel salezjanów, chcę dać wam trochę pracy.
Powiedz, o co chodzi?.
Usiądź za tym stołem, a następnie pociągnij za ten sznur. Pośrodku sali znajdował się stół, na którym leżał zwinięty sznur, oznaczony niczym centymetr krawiecki podziałką i cyframi. Później zauważyłem, że sala ta znajdowała się w Ameryce Południowej na linii Równika, a numery wypisane na sznurze odpowiadały stopniom szerokości geograficznej.
Wziąłem więc koniec tego sznura, przyjrzałem mu się i zobaczyłem, że na początku miał cyfrę „0". Anielski młodzieniec powiedział:
Spójrz! Co jest napisane na sznurze?
Zero.
Pociągnij trochę.
Pociągnąłem za sznur i ukazała się liczba „1".
Pociągnij jeszcze i obróć nim. Pociągnąłem i ukazały się cyfry 2, 3,4, aż do 10.
Wystarczy? - zapytałem.
Nie, jeszcze dalej, jeszcze dalej! Ciągnij, aż napotkasz węzeł - odpowiedział młodzieniec.
Pociągnąłem aż do 47, gdzie napotkałem wielki węzeł. Od tego miejsca sznur rozgałęział się na wiele sznurków, rozchodzących się na wschód, zachód i południe.
Wystarczy? - zapytałem.
A jaką mamy cyfrę? - odpowiedział pytaniem młodzieniec. -47.
47 plus 3 ile to jest? -50!
-I dodać 5? -55!
Zanotuj: 55.
A potem powiedział:
Pociągnij jeszcze.
To już koniec! - zawołałem.
- Teraz odwróć się i pociągnij sznur z drugiej strony. Pociągnąłem sznur z przeciwnej strony, aż do 10. A młodzieniec znowu:
Pociągnij jeszcze.
Tam już niczego nie ma.
Jak to nic nie ma? Przyjrzyj się. Co tam jest?
Jest woda - odpowiedziałem.
I rzeczywiście, w tej chwili zachodziło we mnie nadzwyczajne zjawisko, którego nie mogłem opisać. Byłem w tym pokoju, ciągnąłem za sznur, a jednocześnie przed moimi oczami przesuwała się rozległa panorama, którą widziałem jakby z lotu ptaka, a ona rozwijała się wraz z rozwijaniem sznura.
Od 0 do 55 ciągnął się bezkresny ląd, który po minięciu jakiejś cieśniny przeradzał się w setki wysepek, z których jedna była większa od pozostałych. Do tych wysepek zdawały się biec sznurki wychodzące z grubego węzła. Każdy sznurek oznaczał jedną wysepkę. Niektóre były zamieszkane przez dość licznych tubylców; inne jałowe, nagie, kamieniste i niezamieszkane; jeszcze inne całe pokryte były śniegiem i lodem. Na zachodzie liczne wysepki zamieszkiwało wielu dzikich.
(Wydaje się, że węzeł umieszczony przy stopniu 47 przedstawiał punkt wyjścia: salezjańskie centrum, główną misję, skąd misjonarze wyruszali na Malwiny, do Ziemi Ognistej oraz na inne wysepki tej części Ameryki.)
Po przeciwnej stronie, to znaczy od 0 do 10, ciągnęła się ta sama ziemia i kończyła się w widzianej na końcu wodzie. Wydało mi się, że jest to Morze Antyli, które oglądałem w sposób tak zaskakujący, że nie potrafię wytłumaczyć słowami tego sposobu widzenia.
Na moją odpowiedź: - Jest woda - młodzieniec odparł:
A teraz dodaj 55 do 10. Co otrzymasz?
Sumę 65.
Teraz dodaj wszystko razem i zrób z tego jeden sznur.
A potem?
A co jest z tej strony?
I pokazał mi jakiś punkt.
Na zachodzie widzę wysokie góry, a na wschodzie morze. (Pragnę zauważyć, że widziałem wtedy jakby w zarysie, jakby
w miniaturze wszystko to, co zobaczyłem później w rzeczywistych rozmiarach; stopnie oznaczone na sznurze dokładnie odpowiadające stopniom szerokości geograficznej pozwoliły mi zapamiętać na wiele lat kolejne miejsca, które odwiedziłem, podróżując w drugiej części tego samego snu.) Mój młody przyjaciel kontynuował:
Dobrze: te góry stanowią brzeg, granicę. Odtąd dotąd jest żniwo, ofiarowane salezjanom. Całe rzesze mieszkańców czekają na waszą pomoc, czekają na wiarę. Te góry to Kordyliery Ameryki Południowej, a morze to Ocean Atlantycki.
Ale co mamy robić? - zapytałem - Jak uda nam się zaprowadzić te ludy do owczarni Chrystusa?
Potem i krwią - odpowiedział. - Dzicy staną się mili Panu wszelkiego życia. Dokona się to, zanim przeminie drugie pokolenie.
A które pokolenie będzie drugim?
Obecne się nie liczy. Po nim będzie jedno i jeszcze jedno.
Mówiłem zmieszany i prawie się jąkałem, słuchając o tej wspaniałej przyszłości, jaka została przeznaczona dla naszego zgromadzenia. Zapytałem:
Ile lat liczy każde pokolenie?
Sześćdziesiąt.
A co później?
Chcesz zobaczyć, co będzie dalej? Chodź ze mną!
Nie wiem w jaki sposób, ale znalazłem się na stacji kolejowej. Było tam mnóstwo ludzi. Wsiedliśmy do pociągu. Zapytałem, gdzie jesteśmy. Młodzieniec odpowiedział:
Spójrz: jedziemy wzdłuż Kordylierów. Masz drogę otwartą na wschód aż do morza. To kolejny dar Pana.
A kiedy pojedziemy do Bostonu, gdzie nas oczekują?
Wszystko w swoim czasie.
To powiedziawszy wyciągnął mapę, gdzie zakreślona była diecezja Kartageny.
(To był punkt wyjścia.)
Kiedy tak oglądałem mapę, lokomotywa zagwizdała i pociąg ruszył. W czasie podróży mój przyjaciel dużo mówił; nauczyłem się od niego ciekawych rzeczy z dziedziny astronomii, żeglugi, meteorologii, mineralogii, a także zyskałem wiedzę o faunie, florze oraz topografii tych miejsc, o których opowiadał z zadziwiającą dokładnością. Z jego słów płynęła pełna powagi i tkliwości życzliwość, przez co okazywał, jak bardzo mnie kocha. Na samym początku wziął mnie za rękę i trzymał tak aż do końca snu. Ja chciałem położyć swą dłoń na jego dłoni, ale zdawała się ona uciekać mi, tak jakby się rozpływała w powietrzu, i moja lewa dłoń ściskała tylko moją własną prawicę. Młodzieniec śmiał się z moich nieudanych usiłowań.
Tymczasem wyglądałem przez okna przedziału i widziałem przesuwające się przeróżne krajobrazy. Lasy, góry, równiny, długie i majestatyczne rzeki - tak długie, że nie sądziłem, aby mogły płynąć po terenach tak odległych od ujścia. Przez ponad tysiąc mil jechaliśmy wzdłuż dziewiczego lasu, do dziś jeszcze nie zbadanego. Mój wzrok nabierał cudownej mocy. Nie tylko widziałem Kordyliery, chociaż byliśmy od nich daleko, lecz także łańcuchy górskie, ciągnące się samotnie na tych niezmierzonych równinach.
(Łańcuchy Nowej Grenady, Wenezueli, trzech Gujan; łańcuchy Brazylii i Boliwii, aż do samych granic.)
Mogłem więc sprawdzić słuszność zdań zasłyszanych na początku snu, w sali położonej na wielkim zerze. Zaglądałem do wnętrza gór i w głębokie zakątki równin. Widziałem niezrównane bogactwa tych krajów, bogactwa, które pewnego dnia zostaną odkryte. Ujrzałem liczne kopalnie cennych kruszców, niewyczerpane jaskinie węgla kamiennego, złoża ropy tak wielkie, jakich do tej pory nigdzie indziej nie znaleziono. Ale to nie wszystko. Między 15 a 20 stopniem zobaczyłem szeroką i długą nieckę, rozpoczynającą się w miejscu, gdzie było jezioro. Wtedy jakiś głos zaczął powtarzać:
- Kiedy przyjdą kopać w kopalniach ukrytych wśród tych gór, ukaże się tutaj Ziemia Obiecana, mlekiem i miodem płynąca. Będzie to niepojęte bogactwo.
Jednak najbardziej zaskoczył mnie widok samych Kordylierów, tworzących doliny, których istnienia geografowie nawet nie podejrzewali, wyobrażając sobie, że w tych miejscach pofałdowania gór tworzą coś w rodzaju muru. W tych nieckach i dolinach, które czasem ciągnęły się przez 1000 kilometrów, mieszkali ludzie nie mający do tej pory kontaktu z Europejczykami; ludy całkiem jeszcze nieznane.
Tymczasem pociąg jechał dalej, jechał i jechał, skręcał tu, skręcał tam, aż wreszcie się zatrzymał. Wtedy większość pasażerów wysiadła i przeszła pod Kordylierami, zdążając ku zachodowi.
(Ksiądz Bosko wspomniał o Boliwii. Być może było to La Paz, gdzie tunel, otwierając przejście ku wybrzeżom Pacyfiku, łączy Brazylię z Limą za pośrednictwem innej linii kolejowej.)
Pociąg znowu ruszył, jadąc ciągle przed siebie. Tak samo jak w pierwszej części podróży, przejeżdżaliśmy przez lasy, tunele, gigantyczne wiadukty, zagłębialiśmy się w górskie wąwozy, jechaliśmy wzdłuż brzegów jezior i bagien, przejeżdżaliśmy przez szerokie rzeki, przemierzaliśmy łąki i równiny. Przejechaliśmy przez fale Urugwaju. Początkowo myślałem, że nie jest to ważna rzeka, tymczasem była bardzo długa. Nagle ujrzałem Parane, która zbliża się do Urugwaju, tak jakby chciała złożyć mu daninę ze swych wód - tymczasem po pewnym odcinku, na którym rzeki biegną równolegle, Parana oddaliła się od Urugwaju wielkim łukiem. Obie rzeki były bardzo szerokie.
Pociąg jechał ciągle w dół, skręcał wielokrotnie, a po długim czasie zatrzymał się po raz drugi. I tutaj wysiadło dużo ludzi, przechodząc pod Kordylierami ku zachodowi.
(Ksiądz Bosko wskazał w Republice Argentyny prowincję o nazwie Mendoza. Być może stacja nazywała się Mendoza, a tunel prowadził do Santiago, stolicy Republiki Chile.)
Pociąg ruszył dalej przez Pampę i Patagonię. Porozrzucane pola uprawne i domy wskazywały na to, że cywilizacja brała górę nad pustynią.
Na samym początku ominęliśmy rozwidlenie Rio Colorado albo Rio Chubut [a może Rio Negro?].
Nie mogłem zobaczyć, dokąd płynie, czy w stronę Kordylierów, czy w stronę Atlantyku. Usiłowałem rozwiązać ten problem, ale nie mogłem się połapać.
Wreszcie dotarliśmy do Cieśniny Magellana. Patrzyłem. Wysiedliśmy. Miałem przed sobą Punta Arenas. Teren zawalony był pokładami węgla kamiennego, belkami, drewnem, wielkimi kawałami metalu częściowo surowego, częściowo obrobionego. Długie sznury wagonów towarowych stały na torach. Mój przyjaciel pokazał mi to wszystko. Wtedy zapytałem:
- Co chcesz przez to powiedzieć? Odpowiedział mi:
To, co teraz pozostaje tylko w sferze planów, kiedyś stanie się rzeczywistością. Ci dzicy w przyszłości będą tak łagodni, że sami przyjdą po wykształcenie, religię, cywilizację i handel.
Dość już widziałem - zakończyłem - teraz pozwól mi zobaczyć moich salezjanów w Patagonii.
Powróciliśmy na stację, wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po długim czasie pociąg zatrzymał się w jakimś większym mieście [Leżącym być może na 47 stopniu, gdzie na początku snu widziałem ten wielki węzeł]. Na stacji nikt na mnie nie czekał. Wysiadłem i natychmiast odnalazłem salezjanów. Mieli wiele domów, w których mieszkało mnóstwo ludzi; były kościoły, szkoły i różne internaty dla dorosłych i młodzieży, rzemieślników i rolników; kolegium dla dziewcząt, które zajmowały się przeróżnymi pracami gospodarskimi. Nasi misjonarze przewodzili dorosłym i młodzieży.
Wmieszałem się w nich. Było ich wielu, ale ich nie znałem, a wśród nich nie było nikogo z moich dawnych dzieci. Wszyscy patrzyli na mnie ze zdumieniem, tak jakbym był kimś nowym, a ja im mówiłem:
- Nie znacie mnie? Nie znacie księdza Bosko?
Ach, ksiądz Bosko! Znamy księdza sławę; widzieliśmy księdza wyłącznie na obrazach. Osobiście nie!
A ksiądz Fagnano, ksiądz Costamagna, ksiądz Lasagna, ksiądz Milanesio - gdzie oni są?
Nie znaliśmy ich. To pierwsi salezjanie, którzy przybyli tutaj z Europy. Ale minęło wiele lat od ich śmierci.
Usłyszawszy tę odpowiedź, pomyślałem zdziwiony: sen to czy jawa? Klaskałem w dłonie, szczypałem się po ciele, potrząsałem głową - i rzeczywiście słyszałem moje klaskanie, przekonując się, iż nie śnię.
Ta wizyta trwała chwilę. Widząc cudowny rozwój Kościoła katolickiego, naszego Zgromadzenia i cywilizacji w tych regionach, podziękowałem Boskiej Opatrzności, że raczyła posłużyć się mną jako narzędziem swej chwały dla zdrowia tylu dusz.
Młody Colle tymczasem dał mi znak, że czas wracać: pożegnałem się więc z moimi salezjanami i wróciliśmy na stację, gdzie pociąg gotowy był już do podróży. Wsiedliśmy do wagonu, lokomotywa zagwizdała i ruszyliśmy na północ.
Zdziwiłem się na widok nowości, która rzuciła mi się w oczy. Terytorium Patagonii najbliżej Cieśniny Magellana, pomiędzy
Kordylierami a Atlantykiem, było węższe niż sądzą powszechnie geografowie.
Pociąg mknął szybko i odniosłem wrażenie, że przemierza ucywilizowane już prowincje Republiki Argentyny.
Przez długie godziny jechaliśmy wzdłuż wód szerokiej rzeki. A pociąg raz jechał jej prawym, a raz lewym brzegiem. Gdzieniegdzie na brzegach pojawiały się liczne plemiona dzikich. Za każdym razem, kiedy widzieliśmy te plemiona, młody Colle powtarzał:
Oto żniwo Salezjanów! Oto żniwo Salezjanów!
Wjechaliśmy potem w krainę pełną dzikich zwierząt i jadowitych gadów o dziwnych i okropnych kształtach. Jedne wyglądały jak skrzydlate psy i były dziwnie wydęte [łakomstwo, lubieżność, pycha]. Inne podobne były do wielkich ropuch, które pożerały żaby. Te różne gatunki zwierząt były ze sobą przemieszane i głucho pomrukiwały, jakby chciały się pogryźć. Mój towarzysz znów odezwał się do mnie, wskazując mi bestie:
Salezjanie je obłaskawią.
Tymczasem pociąg zbliżał się do miejsca pierwszego odjazdu i byliśmy już niedaleko. Młody Colle wyciągnął przepiękną mapę i powiedział mi:
Czy chcesz zobaczyć, jaką podróż odbyliśmy?
Chętnie! - odpowiedziałem.
Wtedy rozłożył mapę, na której wymalowana była dokładnie cała Ameryka Południowa. A na dodatek znajdowało się na niej wszystko to, co było, co jest i co będzie, ale uporządkowane; a nawet z taką wyrazistością, że po jednym spojrzeniu wszystko można było dostrzec.
Kiedy tak oglądałem mapę poruszony tym, co zobaczyłem, i czekałem aż młodzieniec doda jakieś wyjaśnienia, wydało mi się, że Quirino (zakrystian od Maryi Wspomożycielki) zadzwonił na poranne Ave Maria; ale kiedy się obudziłem, zorientowałem się, że były to dzwony parafii San Benigno. Sen trwał całą noc".

Ksiądz Bosko zakończył swoje opowiadanie, mówiąc:
„Salezjanie zaniosą Jezusa Chrystusa ludom Ameryki z łagodnością świętego Franciszka Salezego. Umoralnienie dzikich będzie bardzo trudne, ale ich dzieci bardzo łatwo poddadzą się słowom misjonarzy, a wraz z nimi założą kolonie; cywilizacja zajmie miejsce barbarzyństwa i w ten sposób wielu dzikich wejdzie do owczarni Jezusa Chrystusa" (M.B. XVI, 385).
★ ★ ★
Mówiąc o śnie, ksiądz Bosko stwierdził: "Kiedy zostaną poznane ogromne bogactwa Patagonii, nastąpi na tym terytorium nadzwyczajny rozwój handlu. W górskich wąwozach kryją się bowiem cenne złoża, a w Andach pomiędzy 10 a 20 stopniem znajduje się ołów, złoto i rzeczy cenniejsze od złota".
Wartością tego snu jest to, że ksiądz Bosko ofiarował nam zbiór dokładnych danych, o których nie mógł wiedzieć ani od podróżników, ani od geografów, ponieważ nie zbadano jeszcze wtedy tych miejsc ani w celach turystycznych, ani w ekonomicznych czy naukowych. Do tych elementów można dodać inne, o charakterze proroczym, odnoszące się do przyszłości salezjańskiego dzieła na tych terytoriach.
Interesujący jest opis Kordylierów dokonany przez księdza Bosko. Wszyscy uważali, że są one murem granicznym, jednorodnym łańcuchem, jednolitym pod względem ukształtowania i biegu. Tymczasem badania i późniejsze prace wykazały, że Andy są - jak opisuje ksiądz Bosko - posiekane licznymi i głębokimi nieckami, dolinami i kotlinami jeziornymi, podzielone na grupy pasm różniących się między sobą cechami geologicznymi i orograficznymi.
„Nawet najbardziej rzetelny miłośnik badań geograficznych nie mógłby w tamtych czasach wysunąć twierdzenia tak stanowczego i szczegółowego jak ksiądz Bosko; jasna i dokładna wizja tych miejsc bez wątpienia wypływała z mocy wykraczającej poza ludzkie możliwości" (E. Ceria).
Co się tyczy twierdzenia, że we wnętrzach gór kryją się przebogate kopalnie węgla kamiennego, ropy, ołowiu i metali szlachetnych, to wiadomo, że z roku na rok odkrywane są nowe złoża minerałów w całej strefie Kordylierów i wzdłuż wybrzeża Atlantyku.
Wiadomo, że w Brazylii 21 kwietnia 1960 roku założono nową stolicę, Brasilię. Miasto to narodziło się pod patronatem księdza Bosko. Kiedy po długich badaniach wyznaczono dla niej miejsce w regionie Goias, inżynierowie - słysząc o proroctwie Świętego - przebadali je. Przekonali się, że w swojej proroczej wizji terenu, skąd miało wypłynąć mleko i miód, ksiądz Bosko nawiązywał do obszaru, na którym postanowiono wybudować Brasilię: pomiędzy 15 a 20 stopniem szerokości geograficznej, nad jeziorem (zostało utworzone sztucznie), a region, ze względu na urodzajność gleby, ma szansę zamienić się w ogród. Złoża ropy odkrywane są wszędzie wokół i wydaje się, że ta nowa stolica powinna stać się najbogatszym regionem Brazylii.
Księdzu Bosko poświęcono całą dzielnicę i jego imieniem nazwano jedną z głównych ulic; w kwietniu 1963 roku został ogłoszony głównym patronem Brazylii, dzieląc ten tytuł razem z Matką Bożą z Aparecido.

★ ★ ★
Alojzy Colle, syn księcia Alojzego Fleury Colle di Tolone, zmarły za młodu w roku 1882. Anielski chłopak, który po przyjęciu ostatnich sakramentów, z uśmiechem zawołał: „Idę do raju; powiedział mi o tym ksiądz Bosko!" Po swojej świętej śmierci wielokrotnie ukazywał się księdzu Bosko, który opisał jego życie - książka ukazała się drukiem rok po śmierci chłopca, pod tytułem: Biographie du jeune Luis Fleury Colle par Jean Bosco, pretre.

Pierwszy sen misyjny: PATAGONIA

Ten sen skłonił księdza Bosko do rozpoczęcia apostolatu misyjnego wśród swoich salezjańskich dzieci. Przyśnił mu się on w roku 1872 i po raz pierwszy został opowiedziany Piusowi IX w marcu 1876 roku; następnie został powtórzony niektórym salezjanom.

„Zdawało mi się, że jestem na dzikiej i zupełnie nieznanej mi ziemi. Wokoło ciągnęła się jakaś nieuprawna równina, na której nie było ani pagórków, ani gór. Jednak w oddali widniały poszarpane szczyty. Zobaczyłem tam mnóstwo ludzi. Byli prawie nadzy, nietypowej budowy i wzrostu, o dzikim wyglądzie, włosach długich i sztywnych; opaleni i czarniawi, nosili zarzucone na ramiona długie płaszcze ze zwierzęcych skór. Ich broń stanowiły dzidy i proce.
Te liczne grupy ludzi, rozproszone po różnych miejscach, przedstawiały każda inny widok: jedni biegali, polując na dzikie zwierzęta; inni nosili zatknięte na dzidach kawałki krwawiącego mięsa. Część z nich walczyła między sobą, inni wpadali w ręce ubranych po europejsku żołnierzy, a zwłoki słały się po ziemi. Drżałem na ten widok; i oto gdzieś daleko na równinie pojawiło się mnóstwo postaci, w których - po stroju i sposobie działania -rozpoznałem misjonarzy różnych zakonów.
Przyszli oni, aby nauczać tych barbarzyńców religii Jezusa Chrystusa. Dokładnie im się przyjrzałem i nikogo nie poznałem. Misjonarze zmieszali się z dzikusami, ale barbarzyńcy, kiedy tylko ich ujrzeli, w szatańskiej furii i z piekielną radością atakowali ich i zabijali, zadając im straszliwe męki; ćwiartowali ich i kroili na kawałki, które wbijali na ostrza swych długich dzid.
Przyjrzawszy się tej straszliwej rzezi, powiedziałem do siebie:
Jak nawrócić tak brutalnych ludzi?
Tymczasem w oddali zobaczyłem kolejny zastęp misjonarzy, zbliżających się do dzikusów z radosnymi obliczami; poprzedzała ich rzesza młodych ludzi.
Drżałem na myśl: - Idą na pewną śmierć.
I podszedłem do nich: byli to klerycy i księża. Przyjrzałem się im uważnie i rozpoznałem w nich naszych salezjanów. Pierwszych znałem, a chociaż wielu innych, którzy szli za nimi, nie mogłem rozpoznać, spostrzegłem, że i oni byli salezjańskimi misjonarzami - naszymi misjonarzami.
Jak to możliwe? - zawołałem.
Nie chciałem ich przepuścić i stanąłem tak, aby ich zatrzymać. Spodziewałem się, że w każdej chwili mogą podzielić los poprzednich misjonarzy. Chciałem ich zawrócić, kiedy zobaczyłem, że ich pojawienie się obudziło ogromną radość wśród barbarzyńców, którzy opuściwszy dzidy i wyzbywszy się swej dzikości, uprzejmie ich przyjęli.
Zdumiony tym, powiedziałem do siebie:
Popatrzmy, jak to się skończy!
I zobaczyłem, że nasi misjonarze szli ku barbarzyńskim hordom; pouczali ich, a tamci chętnie słuchali ich głosu; uczyli, a oni wprowadzali w życie ich wskazówki.
Stałem tam i przyglądałem się, i zauważyłem, że misjonarze odmawiali święty różaniec, podczas gdy dzicy, biegając wszędzie, torowali im drogę i zgodnie odpowiadali na tę modlitwę.
Wkrótce salezjanie usadowili się w samym środku tej ciżby, wszyscy otoczyli ich, a oni uklękli. Dzicy, położywszy broń na ziemi u stóp misjonarzy, również zgięli kolana. I oto jeden z salezjanów zaintonował: „Chwalcie Maryję, usta wierne", a wszyscy jednym głosem podjęli pieśń chwały, z taką siłą, że ja - przerażony - obudziłem się.
Ten sen wywarł na mojej duszy ogromne wrażenie, ponieważ uznałem, że jest to proroctwo z nieba." (M.B. X, 54).

★ ★ ★
Na początku ksiądz Bosko sądził, że były to ludy Etiopii, potem, że ludzie ci wywodzili się z okolic Hong-Kongu, a zatem byli spokrewnieni z mieszkańcami Indii. Dopiero w roku 1874, kiedy otrzymał naglące zaproszenia, aby wysłać salezjanów do Argentyny, zrozumiał, że dzicy widziani we śnie byli tubylcami z ogromnego regionu, wtedy prawie nieznanego - Patagonii.
„Kto wtedy myślał o biednych mieszkańcach tych dalekich ziem Ameryki Południowej? Geografowie mieli o nich mgliste pojęcie. Rządy Argentyny i Chile niewiele troszczyły się o Indian, których nie uwzględniały w swoich spisach, tak jakby ci nie istnieli. Nawet w Rzymie wybitni prałaci uznawali plany księdza Bosko za utopię; pewien kardynał powiedział, że chce on ewangelizować trawy Pampy
Ksiądz Bosko tymczasem, zapamiętały czytelnik Annałów Szerzenia Wiary, od dawna zdawał sobie sprawę, że tam żyły dzikie ludy, dla których nie zajaśniało jeszcze światło Ewangelii. W swoich misyjnych aspiracjach sercem wyglądał dnia, w którym mógłby tam posłać orędowników Bożego słowa, i wtedy przyśnił mu się ten sen, który wywarł na nim tak mocne wrażenie" (E. Ceria, San Giovanni Bosco, SEI, s. 263).

Sen Apostołowie Piotr i Paweł oraz Maryja!.

Lata tytanicznej pracy znacznie osłabiły księdza Bosko, tak że bardzo podupadł na zdrowiu. W lutym 1884 roku zachorował na bronchit i przez 12 dni musiał pozostać w łóżku.
Podczas gdy jego umęczone ciągłym czuwaniem i trudami ciało pozostawało unieruchomione, nieskrępowany duch zmierzał ku królestwu radości i miłości: do raju. W tym stanie, w nocy z 12 na 13 przyśnił mu się sen.

Zdawało mu się, że jest w jakimś domu, gdzie miał dwa niezwykłe spotkania: ze świętym Piotrem i świętym Pawłem. Mieli na sobie coś w rodzaju płaszczy, sięgających za kolana, i wschodnie nakrycia głowy. Uśmiechali się do niego. Zapytani, czy chcą mu powierzyć jakąś misję, nie odpowiedzieli, ale zaczęli rozmawiać o Oratorium i młodzieży. Nagle pojawił się przyjaciel księdza Bosko.
Spójrz na tych dwóch ludzi - powiedział ksiądz Bosko do nowo przybyłego.
Kogóż ja widzę! - wykrzyknął przyjaciel - Czy to możliwe? Święty Piotr i święty Paweł tutaj?
Ksiądz Bosko powtórzył wtedy pytanie, postawione niedawno dwóm Apostołom, którzy - jakkolwiek okazując serdeczność - ciągle mówili o czymś innym. Potem nagle święty Piotr zapytał:
- A życie świętego Piotra? Tak samo i święty Paweł:
A życie świętego Pawła?
Ksiądz Bosko pokornie przeprosił, wyznając, że zapomniał o wydrukowaniu żywotów obydwu świętych.
Jeśli się nie pośpieszysz, zabraknie ci czasu - uprzedził go święty Paweł.
Tymczasem święty Piotr, odkrywszy głowę, ukazał swą łysą czaszkę z kępkami włosów na skroniach: wyglądał na krzepkiego staruszka. Odszedłszy na bok, zaczął się modlić. Ksiądz Bosko chciał do niego podejść.
Pozwól mu się modlić - powiedział święty Paweł.
Chciałbym zobaczyć - odpowiedział ksiądz Bosko - przed czym ukląkł.
Zbliżył się do niego i zobaczył, że klęczał przed czymś w rodzaju ołtarza, jednak bardzo różniącego się od zwykłych ołtarzy. Zapytał więc świętego Pawła:
Nie ma świeczników?
Nie potrzeba świeczników tam, gdzie świeci wieczne słońce - odpowiedział Apostoł.
Nie widzę nawet stołu.
Nie składa się Ofiary, bo żyje na wieki.
A zatem nie ma ołtarza?
Dla wszystkich ołtarzem jest Góra Kalwaria.
Wtedy święty Piotr, wysokim i dźwięcznym głosem - nie śpiewając jednak - tak się modlił: „Chwała Bogu Ojcu Stworzycielowi, Bogu Synowi Odkupicielowi, chwała Bogu Duchowi Świętemu uświęcającemu. Bogu tylko cześć i chwała przez wszystkie wieki wieków. Tobie chwała, o Maryjo. Niebo i ziemia ogłaszają cię swą Królową. Maryjo... Maryjo... Maryjo!"
Wypowiadał to imię z przerwą pomiędzy jedną aklamacją a drugą, z nie dającym się opisać uczuciem i narastającym wzruszeniem, które udzieliło się obserwującemu go księdzu Bosko.
Kiedy wstał, w tym samym miejscu ukląkł święty Paweł i dostojnym głosem tak zaczął się modlić: „Głębio Boskich zamysłów! Wielki Boże, Twoje tajemnice zamknięte są przed ludźmi śmiertelnymi. Tylko w niebie będą mogli zgłębić ich wielkość i majestat, dostępne wyłącznie na obszarach niebieskich. Boże, Jedyny i Trój istotny. Tobie cześć, chwała i dziękczynienie ze wszystkich stron świata. Twoje imię, o Maryjo, niech będzie przez wszystkich wielbione i błogosławione. W niebie wyśpiewują Twoją chwałę, a na ziemi bądź zawsze pomocą, pocieszeniem i ratunkiem. Regina Sanctorum omnium, alleluia, alleluia".
Ksiądz Bosko zakończył: „Ta modlitwa, ze względu na sposób wypowiadania słów, wywołała we mnie takie wzruszenie, że wybuchnąłem płaczem i obudziłem się. W duszy pozostało mi uczucie głębokiego pokoju" (M.B. XVII, 27).

★ ★ ★
Ksiądz Ceria komentuje: „Gorączka - kto wie? Zwyczaj sprawowania Mszy przy ołtarzu świętego Piotra przyczynił się być może do rozwinięcia tej fantastycznej wizji. Jest to ponadto znak, objawiający codzienne myśli i uczucia przepełniające duszę księdza Bosko" (M.B. XVII, 29).

Sen Ukazanie się księdza Provera

W nocy z 17 na 18 stycznia 1883 roku księdzu Bosko ukazał się we śnie ksiądz Franciszek Provera, święty salezjański, który zmarł w roku 1874. Ukazał mu się jakby wyższy niż w był rzeczywistości. Miał zdrową i roześmianą twarz, jaśniejącą nieopisanym blaskiem.
Księże Provero - zapytał ksiądz Bosko - czy to naprawdę ty?
Tak, ja jestem ksiądz Provera - odpowiedział. A jego twarz stała się tak piękna i świetlista, że ksiądz Bosko z trudem mógł na niego patrzeć.
Jeśli ty jesteś naprawdę księdzem Proverą, nie uciekaj, pozwól mi mówić.
Tak, tak, niech ksiądz mówi, a ja będę słuchać.
Czy jesteś zbawiony?
Tak, jestem zbawiony. Jestem zbawiony przez Miłosierdzie Pana.
Czym cieszysz się na tamtym świecie?
Wszystkim tym, czego serce może pragnąć, a umysł zrozumieć, oko zobaczyć, a język wyrazić.
Powiedz mi coś na mój temat.
Niech ksiądz dalej pracuje. Wiele jeszcze księdza czeka.
Czy jeszcze długo?
Nie tak długo, ale niech ksiądz pracuje ze wszystkich sił, tak jakby miał żyć wiecznie; lecz... niech ksiądz będzie zawsze gotowy.
A co mam powiedzieć braciom ze Zgromadzenia?
Niechaj braciom ze Zgromadzenia zaleci ksiądz zapał.
Jak mamy postępować, aby go mieć?
Mówi nam o tym największy z nauczycieli. Niech ksiądz weźmie mały, dobrze naostrzony sierp i niech ksiądz postępuje jak dobry ogrodnik w winnicy: niech ksiądz obcina suche i niepotrzebne gałązki. Wtedy krzew stanie się silny, wyda wiele owoców, a najważniejsze, że będzie długo jeszcze owocować.
Ale co mam powiedzieć naszym współbraciom?
Moim przyjaciołom - powiedział głośniej - moim współbraciom niech ksiądz powie, że jest dla nich przygotowana wielka nagroda, ale że Bóg da ją tylko temu, kto wytrwa w walkach Pana.
A co mi powiesz o naszych wychowankach?
Musi ksiądz włożyć wiele pracy i być czujnym.
Co powinni praktykować nasi chłopcy, aby zapewnić sobie wieczne zbawienie?
Niechaj często karmią się pokarmem silnych i podejmują niezachwiane postanowienia przy spowiedzi.
«W tej chwili - ciągnął opowiadanie ksiądz Bosko - wspaniały blask otoczył całą jego postać; musiałem opuścić wzrok, bo bolały mnie oczy, zupełnie jakbym patrzył na światło żarówki, jednak było ono o wiele mocniejsze. Wtedy ksiądz Provera zaczął mówić głosem podobnym do śpiewu: „Chwała Bogu Ojcu, Chwała Synowi Bożemu, Chwała Duchowi Świętemu. Bogu, który był, który jest, który będzie Sędzią żywych i umarłych".
Chciałem jeszcze coś powiedzieć, ale ksiądz Provera najpiękniejszym i najbardziej dźwięcznym głosem, jaki można sobie wyobrazić, uroczyście zaintonował: Laudate Dominum omnes gentes (Chwalcie Pana wszystkie ludy ziemi), a chór tysiąca głosów dołączył do niego w Gloria.
Kiedy pieśń się zakończyła, wszystko dokoła powróciło do normalnego stanu, ksiądz Provera zniknął, a ja się obudziłem» (M.B. XVI, 15).

★ ★ ★
Defunctus adhuc loąuitur (Chociaż zmarły jeszcze mówi). Ksiądz Provera był jednym z najwierniejszych salezjanów księdza Bosko, a w dniu jego śmierci ksiądz Bosko wypowiedział takie słowa: „Wspólnota Salezjańska traci jednego z najlepszych swych synów". Oto powód, dla którego Święty tak bardzo liczył się z otrzymanymi we śnie ostrzeżeniami i wszystko przedstawił we własnoręcznie spisanym dialogu.

Sen o dziesięciu diamentach

We wrześniu 1881 roku ksiądz Bosko miał jeden ze swych najważniejszych snów, który, przepowiadając mu losy Zgromadzenia w niedalekiej przyszłości, roztaczał przed nim jego ogromny rozrost, a także ukazywał niebezpieczeństwa, grożące mu unicestwieniem, gdyby na czas nie zastosowano środków zaradczych. To, co zobaczył i usłyszał, tak bardzo go poruszyło, że nie zadowolił się samym opowiadaniem, ale zapisał to. Oto powód, dla którego ten sen przedstawiamy wiernie, nie dokonując żadnych poprawek ani pominięć, które stosujemy przy okazji innych snów. Pozwoliliśmy sobie jedynie przetłumaczyć liczne fragmenty łacińskie, dla wygody czytelnika.
Niech łaska Ducha Świętego oświeca nasze umysły i serca. Amen.

Ku pouczeniu Pobożnej Wspólnoty Salezjańskiej
10 września bieżącego roku (1881), w dniu, kiedy Kościół świętuje chwałę imienia Maryi, Salezjanie zebrani w San Benigno Canavese uczestniczyli w rekolekcjach.

«W nocy z 10 na 11, kiedy spałem, mój umysł znalazł się w wielkiej, wspaniale zdobionej sali. Zdawało mi się, że przechadzam się z dyrektorami naszych domów, kiedy pojawił się wśród nas człowiek o tak majestatycznym wyglądzie, że wzrok nie mógł tego znieść. Spojrzawszy na nas bez słowa, zaczął przechadzać się kilka kroków od nas. Był okryty bogatym płaszczem, otulającym całą jego postać. Część najbliżej szyi wyglądała jak szal wiązany z przodu, a na piersi opadała mu wstążka. Na szalu błyszczał napis: POBOŻNA WSPÓLNOTA ŚWIĘTEGO FRANCISZKA SALEZEGO W ROKU 1881, a na jego pasku widniały te słowa: JAKA MA BYĆ.
Blask dziesięciu wielkich diamentów nadzwyczajnej urody nie pozwalał zatrzymać wzroku - chyba że z wielkim bólem - na tej czcigodnej Postaci. Trzy diamenty znajdowały się na piersiach; na jednym było napisane: WIARA, na drugim: NADZIEJA, a na trzecim, spoczywającym na sercu, MIŁOŚĆ. Czwarty diament znajdował się na prawym ramieniu i nosił napis: PRACA, na piątym -na lewym ramieniu - napisano: WSTRZEMIĘŹLIWOŚĆ. Pozostałych pięć diamentów ozdabiało tył płaszcza i były rozmieszczone tak: największy i najjaśniejszy znajdował się pośrodku, niczym w środku czworoboku, i nosił napis: POSŁUSZEŃSTWO. Na pierwszym z prawej napisano: ŚLUB UBÓSTWA. Na drugim, poniżej, NAGRODA. Po lewej stronie, na górnym widniał napis: ŚLUB CZYSTOŚCI. Mienił się szczególnym światłem, a patrząc na niego, zdawało się, że przyciąga wzrok niczym magnes żelazo. Na drugim po lewej, na samym dole, napisano: POST. Wszystkie cztery diamenty wysyłały promienie ku diamentowi znajdującemu się w samym środku.
Brylanty mieniły się promieniami, które pełgały na podobieństwo płomyków, migocąc różnymi sentencjami.

Na WIERZE znajdowały się te słowa: „Weźmiecie tarczę wiary, aby pokonać zasadzki demona". Inny promień mówił: „Wiara bez uczynków jest martwa. Nie ten, który słucha, ale ten, który wypełnia prawo, posiądzie królestwo Boże".

Na promieniach NADZIEI: „Miejcie nadzieję w Panu, a nie w ludziach. Niech wasze serca kierują się zawsze tam, gdzie jest radość prawdziwa"
.
Na promieniach MIŁOŚCI: „Jedni drugich brzemiona noście, jeśli chcecie wypełnić moje prawo. Kochajcie, a będziecie kochani, ale kochajcie wasze dusze i dusze waszych bliźnich. Odmawiajcie pobożne Boskie Oficjum; z uwagą celebrujcie Mszę Świętą; z miłością nawiedzajcie Przenajświętszy Sakrament".

Na słowie PRACA: „Lekarstwo na pożądliwość; potężna broń przeciwko wszystkim pokusom demona".

Na WSTRZEMIĘŹLIWOŚCI: „Ogień zgaśnie, jeśli usunie się drzewo. Zawrzyjcie pakt z waszymi oczami, żołądkiem i snem, aby ci wasi wrogowie nie ukradli wam duszy. Brak wstrzemięźliwości i miłość nie mogą mieszkać razem".

Na promieniach POSŁUSZEŃSTWA: „Stanowi fundament całego budynku i istotę świętości".

Na promieniach UBÓSTWA: „Królestwo niebieskie należy do ubogich. Bogactwa to ciernie. Ubóstwa nie przeżywa się w słowach, ale praktykuje się czynami i miłością. Ono otworzy bramy Nieba i wejdzie przez nie".

Na promieniach CZYSTOŚCI: „Wszystkie cnoty przychodzą wraz z nią. Ludzie czystego serca przenikają tajemnice Boga i Jego samego oglądają".

Na promieniach NAGRODY: „Jeśli urzeka was wielkość nagrody, niechaj nie trwożą was trudy jej zdobywania. Kto cierpi ze Mną, ze Mną będzie się radować. Cierpienia tego życia trwają chwilę; a szczęście, którym będą się cieszyć moi przyjaciele w Niebie, jest wieczne".

Na promieniach POSTU: „To najpotężniejsza broń przeciwko zasadzkom demona. To strażnik wszystkich cnót. Postem przepędza się wszystkie demony".

Szeroka, różowa wstęga otaczała brzeg dolnej części płaszcza, a na niej napisano: „Niechaj to będzie tematem waszych porannych, południowych i wieczornych rozważań. Zbierajcie okruszyny cnót, a zbudujecie z nich wielki gmach świętości. Biada wam, jeśli wzgardzicie rzeczami małymi: powoli upadniecie".
Do tej pory dyrektorzy albo stali, albo klęczeli, wszyscy osłupiali ze zdumienia; nikt się nie odzywał. W tym momencie ksiądz Rua, jakby bezwiednie, powiedział:
- Trzeba to zanotować, aby nie zapomnieć.
Szukał pióra i nie znalazł; wyjął portfel, szukał - nie było ołówka.
Ja zapamiętam - powiedział ksiądz Durando.
A ja chcę zanotować - włączył się ksiądz Fagnano i zaczął pisać łodyżką róży.
Wszyscy przyglądali się i rozumieli pismo. Kiedy ksiądz Fagnano przestał pisać, ksiądz Costamagna tak dalej dyktował:
Miłość wszystko zrozumie, wszystko zniesie, wszystko pokona; praktykujmy ją w słowach i czynach.
Kiedy ksiądz Fagnano pisał, znikło światło i wszyscy znaleźliśmy się w głębokich ciemnościach.
Cisza - powiedział ksiądz Ghivarello - uklęknijmy, módlmy się, a światło powróci.
Ksiądz Lasagna zaintonował: Veni Creator, potem De profundis i Maria Auxilium Christianorum, a my wszyscy przyłączyliśmy się. Kiedy wypowiedział Ora pro nobis, znowu pojawiło się światło otaczające szyld, na którym napisano: POBOŻNA WSPÓLNOTA SALEZJAŃSKA - JAKIE NIEBEZPIECZEŃSTWO GROZI JEJ W ROKU 1900. Chwilę później światło stało się żywsze, tak że mogliśmy się widzieć i rozpoznać.
Pośród oślepiającego blasku znowu pojawiła się ta Postać, wyglądała jednak smutno, jak ktoś, komu zbiera się na płacz. Jej płaszcz stał się wyblakły, zniszczony i podarty. W miejscu, gdzie przedtem były diamenty, widniała wielka dziura, wygryziona przez mole i inne insekty.
- Patrzcie - powiedziała nam postać - i zrozumcie. Zobaczyłem, że dziesięć diamentów zamieniło się w taką samą liczbę moli, które ze złością gryzły płaszcz.
Zamiast diamentu WIARY pojawiły się: sen i lenistwo.
Na miejscu NADZIEI: pusty śmiech i trywialność.
Na miejscu MIŁOŚCI: zaniedbywanie Boskich Oficjów. Kochają własną wygodę i szukają jej, a nie interesuje ich już Jezus Chrystus.
Na miejscu WSTRZEMIĘŹLIWOŚCI: łakomstwo i przyjemności zmysłowe.
Na miejscu PRACY: sen, kradzież i bezczynność.
Na miejscu POSŁUSZEŃSTWA nie było nic oprócz wielkiej i głębokiej dziury bez żadnego napisu.
Na miejscu CZYSTOŚCI: pożądliwość i światowe życie.
Na miejscu UBÓSTWA pojawiły się: sen, dobry strój, jedzenie i picie, wydawanie pieniędzy.
Na miejscu NAGRODY: „Wystarczy, że będziemy się cieszyć życiem doczesnym".
Na miejscu POSTU była wielka dziura i nic poza nią.

Na ten widok przestraszyliśmy się. Ksiądz Lasagna upadł zemdlony, ksiądz Cagliero stał się blady jak ściana i, wspierając się o krzesło, zawołał:
Czy to możliwe, że sprawy zajdą aż tak daleko?
Ksiądz Lazzero i ksiądz Guidazio stali oniemiali, podając sobie ręce, aby nie upaść. Ksiądz Francesia, książę Cays, ksiądz Barberis i ksiądz Loveratto klęczeli, modląc się z różańcami w dłoniach.
W tej chwili dał się słyszeć głuchy głos:
Jak znikła ta wspaniała barwa!
A potem w ciemnościach stało się coś dziwnego. W jednej chwili znaleźliśmy się w gęstym mroku, aż nagle rozbłysło żywe światło, mające kształt ludzkiego ciała. Nie mogliśmy utrzymać na nim wzroku, ale zauważyliśmy, że był to przepiękny młodzieniec, ubrany w białą szatę ozdobioną złotymi i srebrnymi nićmi. Brzegi szaty wysadzane były błyszczącymi diamentami. Pełen majestatu, ale i połączonej z miłością dobroci, zbliżył się i skierował do nas następujące słowa:

-Słudzy i narzędzia Boga Wszechmogącego, słuchajcie i zrozumcie!!!. Bądźcie mężni i silni. To, co widzieliście i słyszeliście, to ostrzeżenie z Nieba, skierowane teraz do was i waszych braci. Uważajcie, abyście dobrze zrozumieli to, co wam powiem. Zapowiadane ciosy nie zranią was tak mocno, jeśli będzie można im zapobiec. Niechaj wskazane słowa staną się tematami nauk. Nauczajcie bez ustanku i o każdej porze. Żyjcie tak, jak nauczacie, aby wasze uczynki były jak światło, które - przyjmując kształt niewzruszonej tradycji - zajaśnieje nad waszymi braćmi i dziećmi z pokolenia na pokolenie. Słuchajcie uważnie i zrozumcie. Bądźcie ostrożni w przyjmowaniu nowicjuszy i silni w ich kształceniu. Wszystkich wypróbujcie, a zatrzymujcie tylko dobrych. Odeślijcie lekkoduchów i płochych. Słuchajcie uważnie i zrozumcie. Poranna i wieczorna medytacja niechaj będzie waszym codziennym obowiązkiem. Jeśli będziecie tak czynić, nigdy nie zabraknie wam pomocy Wszechmogącego. Staniecie się przykładem dla świata i Aniołów, a wasza chwała stanie się chwałą Boga. Kto ujrzy koniec tego wieku i początek następnego, powie o was: „Wszystko to Pan uczynił i cudem jest w naszych oczach". Wtedy wszyscy wasi bracia i wasi synowie zaśpiewają: „Nie nam, Panie, nie nam, ale Twojemu Imieniu chwała".
Te ostatnie słowa zostały zaśpiewane i do głosu mówiącego dołączyło się mnóstwo innych, tak dźwięcznym i harmonijnych głosów, że staliśmy osłupiali i aby nie zemdleć, dołączyliśmy do śpiewających. W chwili, kiedy śpiew ustał, ściemniło się. Wtedy obudziłem się i spostrzegłem, że był dzień».

Promemoria

„Ten sen trwał prawie całą noc, a nad ranem obudziłem się całkiem pozbawiony sił. Bojąc się, że go zapomnę, wstałem pośpiesznie i zanotowałem kilka rzeczy, które pozwoliły mi przypomnieć sobie to, co tutaj przedstawiłem w dniu Przyniesienia Najświętszej Maryi Panny do Świątyni.
Nie byłem w stanie zapamiętać wszystkiego. Jednak z całą pewnością mogę podkreślić, że Pan jest względem nas bardzo miłosierny. Nasza Wspólnota cieszy się błogosławieństwem z Nieba, a Ono pragnie, abyśmy wypełniali nasze dzieło. Zaradzimy zapowiadanemu złu, jeśli będziemy nauczać cnót i mówić o wskazanych tu błędach; a także jeśli to, czego nauczamy, przekażemy naszym braciom w praktyce - przez to, co robiliśmy i co robić będziemy.
Mogłem też zauważyć, że bliskie są ciernie i trud, po których przyjdzie pocieszenie. Około roku 1890 wielki strach, ale około roku 1895 wielki triumf. Maria, Amilium Christianorum, ora pro nobis" (M.B. XV, 182-187).

★ ★ ★
Biograf, ksiądz Ceria, komentuje: „Ten sen nie ma granic czasowych. Ksiądz Bosko przestrzegał szczególnie przed momentem, który miał nastąpić po jego śmierci; ale fragmenty „Jakie ma być Zgromadzenie" i „Jakie niebezpieczeństwo mu zagraża" kryją ostrzeżenie, które nigdy nie straci na aktualności. Zawsze prawdziwe będzie stwierdzenie księdza Bosko, skierowane do przełożonych: „Zapowiadane zło zostanie zażegnane, jeśli będziemy nauczać cnót i mówić o wskazanych tu błędach" (M.B. XV, 187).

Sen Dom w Marsylii

Podczas swojego pobytu w Marsylii ksiądz Bosko powiedział kanonikowi Guiol, który przedkładał mu, że potrzebują domu na wsi, aby posyłać tam chłopców od św. Leona na czas miesięcy letnich:
Ale ja mam już dom do dyspozycji. To przestronny budynek, położony w bardzo pięknej okolicy, otoczony gęstym lasem sosnowym; prowadzi do niego wspaniała aleja platanów, a bystry potok przepływa przez całą posiadłość.
Kanonik, który doskonale wiedział, że ksiądz Bosko niczego w Marsylii nie posiada, prawie się przeraził, myśląc, iż to oznaka jakiegoś nagłego zachwiania zdrowia psychicznego. Skonsternowany zapytał, gdzie jest ten dom.
Gdzie jest, tego nie wiem - odpowiedział ksiądz Bosko - ale wiem, że jest i że znajduje się niedaleko Marsylii.
To ciekawe - odparł kanonik. - Ale skąd ksiądz wie, że jest taki dom i że na dodatek jest przeznaczony dla księdza?
Wiem, bo mi się to śniło.
A co się księdzu śniło?
Widziałem dom, drzewa, posiadłość, wodę - wszystko tak, jak opisałem, a na dodatek widziałem tam chłopców, którzy ba¬wili się i biegali po alejkach.
Ksiądz Guiol, który - kiedy ksiądz Bosko mówił o snach -nie uważał go wcale za wizjonera, nie zlekceważył sobie jego słów, ale dokładnie je zapamiętał i pilnie go obserwował. Jakiś czas potem pewni dobroczyńcy ofiarowali dom na upragniony cel, ale ksiądz Bosko odmówił, dziękując oraz tłumacząc, że to nie ten. Tymczasem mijały lata. Przy każdym spotkaniu ksiądz Bosko i kanonik rozmawiali o słynnej willi, która miała być zamieniona na nowicjat, i kanonik zaczynał się śmiać.
Jednak ksiądz Bosko rozmawiał też o tym z innymi. Rzeczywiście, we wrześniu 1882 roku napomknął o tym klerykowi Cartierowi, który zatrzymał się w Nicei, gdzie ksiądz Bosko przewodniczył rekolekcjom salezjanów.
- My - powiedział Święty - będziemy mieć w okolicach Marsylii wielki dom, gdzie umieścimy nowicjat i studentów filozofii. Przeznaczam cię na służbę w tym domu, ale nie w pierwszym roku, bo potrzebuję cię w szkole św. Leona; będziesz jednak prowadzić tam lekcje, dopóki nie ustali się twoje miejsce pobytu.
W roku 1883 pani Pastre, bogata paryska wdowa, dla której ksiądz Bosko wymodlił uzdrowienie córki, ofiarowała mu na jego użytek willę w okolicach Santa Margherita, niedaleko Marsylii. Ksiądz Bosko, ze względów osobistych, nie oglądając nawet domu, odmówił. Po kilku miesiącach dyrektor w Marsylii, ksiądz, napisał mu, że pani nalega i prosi o przyjęcie jej propozycji. Ksiądz Bosko odpowiedział, że jeśli są tam sosny, platany i woda, to się zgadza, a jeśli nie ma - odmawia.
Dyrektor, udawszy się na miejsce, powiadomił go, że sosen jest mnóstwo, że są tam aleje platanów i woda. Wtedy dom Santa Margherita został wzięty w dzierżawę na piętnaście lat, a jesienią 1883 roku otworzono tam nowicjat pod znaczącą nazwą „Opatrzność" (A1AXV,53).

★ ★ ★
Kanonik Guiol pojechał odwiedzić ten dom wraz z księdzem Bosko w roku 1884 i ze zdumieniem zauważył, że wszystko odpowiadało dokładnie temu, co Święty widział we śnie.

Sen Domy we Francji pod płaszczem opieki Matki Bożej

21 września 1880 roku, podczas gdy we Francji szerzyły się prześladowania zakonów i zgromadzeń, a ich członkowie musieli udawać się na wygnanie, każdemu, kto pytał, czy Salezjanie zostaną wypędzeni, ksiądz Bosko odpowiadał: „Nie! Nie! Nie!" A do księdza Bologny, dyrektora w Marsylii, napisał: „Nie bój się, będą was nękać, dręczyć, utrudniać życie, ale was nie wypędzą".
Skąd taka pewność? W dniu Narodzin Najświętszej Maryi Panny przyśnił mu się sen, który opowiedział dopiero 1 grudnia członkom Głównej Rady, poprzedzając go następującym wstępem:
„Pius IX od roku 1858, kiedy byłem w Rzymie po raz pierwszy, a później przy innych okazjach, powtarzał mi, żebym opowiadał albo zapisywał wszystko, co zawiera najdrobniejszy nawet czynnik nadnaturalny, i dlatego niektóre rzeczy zapisuję, inne opowiadam. Jestem zadowolony, że moje sny są znane, ponieważ obracają się w ten sposób na większą chwałę Boga i większą korzyść dla dusz.
Dożyliśmy czasów, kiedy Francja tak bardzo obawia się zgromadzeń zakonnych, że wypędziwszy już Jezuitów, miała zamiar wygnać wszystkich pozostałych.


Obawiałem się o nasze domy we Francji, modliłem się, prosiłem o modlitwę, i oto pewnej nocy, kiedy spałem, ujrzałem przed sobą w górze Przenajświętszą Pannę - taką samą, jaka stoi na kopule Kościoła Maryi Wspomożycielki. Miała na sobie szeroki płaszcz, który rozpościerał się wokół, tworząc coś na podobieństwo ogromnego salonu; pod nim ujrzałem wszystkie nasze domy we Francji. Matka Boża patrzyła śmiejącym się wzrokiem na wszystkie te domy, kiedy nagle rozpętała się straszliwa burza, a raczej trzęsienie ziemi z błyskawicami, gradem, z potworami różnych kształtów i wzrostu, ze strzelaniną i wybuchami armatnimi, które wszystkich napełniały przerażeniem.
Wszystkie potwory, błyskawice i pociski wymierzone były w naszych, którzy znajdowali się pod płaszczem Maryi; jednak nikt nie odniósł ran spośród tych, którzy byli pod tak przemożną opieką. Wszystkie strzały trafiały w płaszcz i wpadały w próżnię. Błogosławiona Dziewica w morzu światła, z jaśniejącym obliczem i rajskim uśmiechem na ustach, wielokrotnie powtórzyła te słowa: Ego diligenentes me diligo (Kocham tych, którzy mnie kochają). Powoli zawierucha ustała, a nikt z naszych nie padł ofiarą ani burzy, ani trzęsienia ziemi.


Nie przykładałem zbyt wielkiej wagi do tego snu, ale napisałem wtedy do wszystkich naszych domów we Francji, aby zachowały spokój. Pytano mnie: „Jak to się dzieje, że wszyscy są zdezorientowani, tylko ksiądz jest spokojny w tych niebezpiecznych czasach?" Odpowiadałem, aby powierzyli się opiece Maryi. Jednak nikt nie brał tego poważnie. Napisałem do ojca Guiol, aby się nie obawiał, bo wszystko skończy się dobrze; ale on odpowiadał jak ktoś, kto nie rozumie. I rzeczywiście: teraz, kiedy burza dopiero co przeszła, widać, że cała sprawa ma w sobie coś niezwykłego. Obserwować, jak rozpierzchają się francuskie zgromadzenia, które od dawna czyniły dobro we Francji, i widzieć nasze zgromadzenie, obce, które żyje z chleba zebranego wśród Francuzów, przy tak fanatycznej prasie i krzykach, dlaczego rząd nas nie wyrzuci - a potem nagle spokój! To powinno posłużyć nam za przykład, abyśmy zawsze pokładali naszą ufność w Maryi Dziewicy. Jednak nie wbijajmy się w pychę, bo wystarczy jeden akt pustej chwały, aby Matka Boża nie była już z nas zadowolona i aby pozwoliła zwyciężyć niegodziwym".
W tym momencie ksiądz Rua zaoponował:
- Ale przecież i inne zgromadzenia są bardzo oddane Matce Bożej. Jak więc to możliwe, że...
Ksiądz Bosko odpowiedział:
- Matka Boża robi to, co chce. Jednak już początek naszych spraw był nadzwyczajny. Kiedy miałem dziewięć lat, śniło mi się, że widzę na klepisku przed domem mnóstwo chłopców. Wtedy ktoś powiedział do mnie: „Dlaczego ich nie wychowujesz?" „Bo nie umiem!" „Idź! Idź: ja cię posyłam". Byłem po tym tak zadowolony, że wszyscy to zauważyli (M.B. XIV, 608).

★ ★ ★
Z historycznego punktu widzenia sprawy wyglądały całkiem naturalnie. Komisarz zobowiązany do wykonania dekretu musiał walczyć do godziny 10 wieczór, aby sforsować bramy i przewrócić barykady w zakonie dominikanów przy ulicy Montreaux, tak że późna godzina przeszkodziła mu w ataku na salezjański dom Św. Leona, który był ostatnim domem zakonnym przeznaczonym do zamknięcia. W nocy do prefekta dotarł rozkaz zawieszenia egzekucji; sprawy polityki zagranicznej podpowiadały wstrzemięźliwość.

Sen Tajemnicza uczta; lilie i róże

W nocy z 8 na 9 sierpnia 1880 roku ksiądz Bosko, przebywając w domu San Benigno Canavese, miał taki sen, który opowiedział wieczorem 10. całej wspólnocie.

„Przyśniło mi się - powiedział - że jestem w rzęsiście oświetlonej sali. Było tam mnóstwo młodych, którzy siedzieli przy stołach, ale nie jedli. Sztućce, zastawa, serwetki były tak białe, że nawet nasze najbielsze serwetki, położone obok nich, wydałyby się brudne. Sztućce, kieliszki, karafki, talerze były tak piękne i błyszczące, że podejrzewałem, iż śnię, i mówiłem do siebie:
Przecież ja śnię! Nigdy przedtem nie było w San Benigno takiego bogactwa! A jednak jestem tu i nie śnię.
Tymczasem przyglądałem się siedzącym przy stołach młodym, którzy nie jedli. Zapytałem:
Co oni tu robią, skoro nie jedzą?
Kiedy to mówiłem, wszyscy zaczęli jeść. Widziałem mnóstwo chłopców i poprosiłem mojego Przewodnika, żeby powiedział mi, co to wszystko ma znaczyć, a On odpowiedział:
Uważaj, a zrozumiesz całą tajemnicę.
Podczas gdy Przewodnik wypowiadał te słowa, pojawiło się jeszcze wspanialsze światło, a wraz z nim cały zastęp anielsko pięknych młodzieńców, którzy w dłoniach trzymali lilie. Zaczęli oni przechadzać się nad stołami, nie dotykając ich stopami. Współbiesiadnicy wstali i z uśmiechem na ustach przyglądali się. Aniołowie ci rozdawali gdzieniegdzie lilie, a ci, którzy je dostawali, wznosili się nad ziemię, jak gdyby byli duchami. Przyglądając się chłopcom, którzy dostawali lilie, rozpoznawałem ich: byli tak piękni i pełni blasku, że nie wyobrażałbym sobie znaleźć czegoś lepszego w raju. Zapytałem, co oznaczają młodzieńcy niosący lilie; otrzymałem taką odpowiedź:
Czyż nie uczyłeś o cnocie czystości?
Tak - odpowiedziałem - nauczałem i wlewałem ją w serca moich chłopców.
A więc - odparł Przewodnik - ci, których widzisz z lilią w ręku, umieli ją zachować.
Stojąc tak, pełen zdumienia, zauważyłem, że pojawił się kolejny zastęp młodzieńców, którzy przechadzali się nad stołami nie dotykając ich, a w ręku trzymali róże i rozdawali je. Każdy, kto dostał różę, mienił się na twarzy przecudnym blaskiem.
Zapytałem mojego Przewodnika, co ma oznaczać zastęp młodzieńców z różami, a On mi wyjaśnił:
To młodzieńcy płonący miłością Bożą.
Wtedy zobaczyłem, że wszyscy mieli wypisane na czole złotymi literami imiona; zacząłem notować, ale oni nagle zniknęli.
Wraz z nimi zniknęło światło, tak że pozostałem w mroku, który jednak pozwalał mi co nieco dostrzec. Ujrzałem twarze czerwone niczym ogień: byli to ci, którzy nie dostali ani lilii, ani róż. Zobaczyłem też takich, którzy trudzili się przy śliskiej od szlamu linie, zwisającej z góry, usiłując wspiąć się po niej; ale lina nieustannie, po troszeczku opuszczała się, tak że biedacy ciągle byli na ziemi, mając ubłocone ręce i całe ubranie.
Zdumiony widokiem tak dziwnej zabawy zapytałem o jej znaczenie. Otrzymałem taką odpowiedź:
Lina to spowiedź, dzięki której - jeśli ktoś umie się po niej wspiąć - z całą pewnością wejdzie do nieba. To są chłopcy, którzy przychodzą często do spowiedzi i chwytają tę linę, aby się wydźwignąć, jednak przystępują do sakramentu, nie spełniając koniecznych warunków: nie wyrażają żalu, nie podejmują postanowień - dlatego nie mogą się wspiąć. Lina ciągle się zrywa i nigdy nie będą mogli po niej wejść; ześlizgują się w dół i ciągle są na tym samym poziomie.
Chciałem zanotować również ich imiona, ale zdążyłem zapisać zaledwie dwa lub trzy, zanim zniknęli mi z oczu. Wraz z nimi zgasła i ta odrobina światła, a ja znalazłem się w całkowitych ciemnościach.
Pośród tego mroku ujrzałem coś jeszcze bardziej smutnego: chłopców o posępnym wyglądzie. Każdy miał wokół szyi okręconego węża, który swój ogon zatapiał w jego sercu, wysuwając przy tym do przodu łeb, tak jakby chciał ugryźć go w język, gdyby tylko otworzył usta. Twarze tych chłopców były tak brzydkie, że napawały mnie lękiem: wywrócone oczy, wykrzywione usta, pokręcone ciało. Cały drżący zapytałem o znaczenie tej sceny i otrzymałem taką odpowiedź:
Nie widzisz? Stary wąż ściska gardła tych nieszczęśników podwójnym splotem i nie pozwala im mówić na spowiedzi, a otwierając pysk z zatrutym jadem, jest gotów ukąsić, jeśli tylko otworzą usta. Biedacy! Gdyby mówili, odbyliby dobrą spowiedź, a demon nic by już im nie mógł uczynić. Ale bojąc się o swoją dobrą opinię - nie mówią, pozostawiają swe grzechy na sumieniu; wielokrotnie powracają do konfesjonału, lecz nigdy nie wy¬rzucają z siebie trucizny, którą kryją w sercu.
Wtedy powiedziałem do mojego Przewodnika:
Podaj mi ich imiona, abym mógł je zapamiętać.
Tak, tak, zapisz je - odpowiedział mi.
Zacząłem pisać, ale niewiele zanotowałem, bo zniknęli mi z oczu. A Przewodnik powiedział:
Idź, zachęć swoich podopiecznych, aby byli czujni, i opowiedz im to, co widziałeś.
Daj mi jakiś znak - odpowiedziałem - abym mógł się prze¬konać, że to nie jest zwykły sen, ale ostrzeżenie, którego Pan chce mi udzielić dla moich chłopców.
- Dobrze - powiedział - uważaj!
Wtedy znowu zajaśniało światło i pojawili się młodzieńcy z liliami i różami. Światło z każdą chwilą stawało się coraz mocniejsze, tak że mogłem zauważyć, iż wszyscy młodzieńcy byli zadowoleni: anielska radość jaśniała na ich twarzach.
Patrzyłem na nich z nieopisanym podziwem; tymczasem światło stawało się coraz większe i większe, aż nastąpił głośny wybuch. Ten huk obudził mnie i znalazłem się we własnym łóżku tak zmęczony, że jeszcze do tej pory czuję to zmęczenie" (M.B. XIV, 552).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończył: „Wczoraj wieczorem, a także dzisiaj chciałem przeprowadzić eksperyment i przepytując zorientowałem się, że mój sen nie był tak całkiem snem i że tylko nadzwyczajne miłosierdzie Pana może ocalić pewnych nieszczęśników".

Sen Deszcz cierni, deszcz kwiatów

Od wielu lat bolesny krzyż ciążył na ramionach księdza Bosko: mimo jego dobrej woli nie udało mu się pokonać wrogości władz kościelnych, spowodowanej uprzedzeniami i nieporozumieniami. I oto nagle przyszedł sen, który rozjaśnił horyzont, zapowiadając w symbolicznej formie bardziej pogodną przyszłość.

W nocy z 8 na 9 lipca 1880 roku księdzu Bosko przyśniło się, że wraz ze swą Radą był na konferencji w pomieszczeniu niedaleko swojego pokoju. Kiedy mówił, spostrzegł, że niebo się zasnuło chmurami; wkrótce rozpętała się burza z przeraźliwymi grzmotami i błyskawicami. Grzmot głośniejszy od poprzednich zatrząsł całym domem. Ksiądz Bonetti wstał, udał się na przyległą galeryjkę i po krótkiej chwili krzyknął:
Pada deszcz cierni!
Istotnie, ciernie padały gęsto jak krople deszczu podczas ulewy.
Potem dał się słyszeć drugi grzmot, jeszcze głośniejszy od po¬przedniego, a niebo zdawało się nieco przejaśniać. Wtedy ksiądz Bonetti krzyknął z galeryjki:
A to dopiero! Padają pączki kwiatów!
Z nieba spadało mnóstwo pączków kwiatów, które wkrótce utworzyły na ziemi miękki dywan.
Na trzeci gwałtowny ryk grzmotu ukazały się skrawki po¬godnego nieba i kilka słonecznych promieni. A ksiądz Bonetti zawołał:
Deszcz kwiatów!
Powietrze pełne było kolorowych kwiatów o przeróżnych kształtach, które w jednej chwili pokryły ziemię i dachy domów cudowną różnorodnością barw.
Potem w powietrzu rozległ się czwarty, niezwykle silny grzmot. Niebo stało się czyste i zajaśniało słońce. A ksiądz Bonetti zawołał:
Chodźcie, chodźcie zobaczyć: z nieba padają róże! Rzeczywiście, z góry spadały pachnące róże.
Wreszcie! - wykrzyknął ksiądz Bonetti (M.B. XIV, 539).

★ ★ ★
Nazajutrz ksiądz Bosko zgromadził członków Kapituły Generalnej, aby przekazać im to, co widział we śnie, który był dla niego zapowiedzią poprawy sytuacji. Rzeczywiście sen poprzedził okres spokoju, który miał trwać aż do niedalekiego końca jego życia.

Sen Pouczenia przez świętego Franciszka Salezego

9 maja 1879 roku ksiądz Bosko opowiedział, że we śnie brał udział w dwóch wielkich bitwach. Pierwsza była bitwą młodzieży z różnie wyglądającymi wojownikami, uzbrojonymi w dziwną broń; tylko nieliczni z niej ocaleli. Druga bitwa, „straszliwsza i bardziej zażarta", toczyła się pomiędzy gigantycznymi potworami i bardzo wysokimi ludźmi, doskonale uzbrojonymi i wyszkolonymi. Ludzie ci nieśli sztandar, na którym złotymi literami wypisano słowa: MARIA AUXILIUM CHRISTIANORUM (Maryja Wspomożycielka Wiernych). Bitwa była długa i krwawa, ale ci, którzy szli za sztandarem, zwyciężyli i opanowali wielką, rozległą równinę. Do nich dołączyła ocalała młodzież z poprzedniej bitwy i wszyscy razem utworzyli coś w rodzaju armii, gdzie każdy uzbrojony był w krzyż trzymany w prawej ręce i w mały sztandar Maryi Wspomożycielki - w lewej.
Nowi żołnierze wykonali mnóstwo manewrów na tej rozległej równinie, a potem się podzielili. Jedni poszli na wschód, nieliczni na północ, a wielu na południe.
Kiedy zniknęli, znowu rozgorzały te same bitwy, a następnie wojsko wyruszyło w te same strony. Ksiądz Bosko rozpoznał niektórych uczestników dwóch pierwszych bitew; pozostali byli mu nieznani, choć sami znali go i zadawali mu mnóstwo pytań.
Wkrótce potem spadł deszcz jaśniejących, różnobarwnych płomyków. Zagrzmiało, a potem niebo się rozpogodziło i ksiądz Bosko znalazł się w przepięknym ogrodzie. Tam stanął przed nim człowiek, który wyglądał jak święty Franciszek Salezy, i podarował mu bez słowa maleńką książeczkę. Ksiądz Bosko zapytał, co to jest.
Przeczytaj w książce - odpowiedział mężczyzna. Ksiądz Bosko otworzył książkę i przeczytał:

„Do nowicjuszy: Posłuszeństwo we wszystkim. Posłuszeństwem zasłużą sobie na błogosławieństwo Boga i ludzi.

Do Salezjanów: Zazdrośnie strzeżcie cnoty czystości. Kochajcie dobre imię waszych współbraci i propagujcie godność Zgromadzenia.

Do Dyrektorów: Niechaj każda troska, każdy trud ma na celu przestrzeganie Reguł, według których każdy został poświęcony Bogu.

Do Przełożonego: Najwyższa ofiara, aby pozyskać siebie i swoich podwładnych dla Boga".

Kim jesteś? - zapytał ponownie ksiądz Bosko tego mężczyznę, który przyglądał mu się pogodnym wzrokiem.
Moje imię znane jest wszystkim dobrym, a zostałem posłany, aby oznajmić ci niektóre rzeczy przyszłe.
Jakie?
Te, o które zapytasz.
Co powinienem robić, aby zwiększyć liczbę powołań?
Salezjanie wzbudzą wiele powołań swym wzorowym postępowaniem, traktując z najwyższą miłością uczniów i kładąc nacisk na częstą Komunię.
Czego należy przestrzegać w przyjmowaniu nowicjuszy?
Wykluczać leniwych i łakomych.
A w przyjmowaniu ślubów?
Czuwać, czy istnieje gwarancja czystości.
Jak można zachować w naszych domach dobrego ducha?
Ze strony przełożonych potrzeba listów, wizytacji, serdecznego traktowania - i to często.
Jak mamy postępować w sprawach misji?
Posyłać na nie ludzi o niezachwianej moralności; odwoływać tych, którzy budzą najmniejsze wątpliwości; dbać o ludność miejscową i wzbudzać w niej powołania.
Czy nasze Zgromadzenie dobrze postępuje?
Qui iustus est iustificetur adhuc. Non progredi regredi est Qui per-severaverit safous erit. (Kto jest święty, uświęci się jeszcze bardziej. Brak postępu jest cofaniem się. Kto wytrwa, zostanie zbawiony).
Czy bardzo się rozrośnie?
Dopóki przełożeni będą wypełniać należycie swoje obowiązki, nikt nie będzie mógł powstrzymać jego rozrostu.
Jak długo przetrwa?
Wasze Zgromadzenie trwać będzie, dopóki jego członkowie będą kochać wstrzemięźliwość i pracę. Kiedy zabraknie choćby jednej z tych kolumn, wasz budynek runie, przygniatając przełożonych i podwładnych wraz z ich naśladowcami.
W tej chwili pojawiły się cztery inne postacie, które niosły trumnę. Zbliżały się do księdza Bosko.
Czy wkrótce?
Nie pytaj o to; pamiętaj tylko, że jesteś śmiertelny.
Co chcesz mi powiedzieć przez tę trumnę?
Ze musisz polecić swym podopiecznym, aby za twojego życia praktykowali to, co chcesz, aby praktykowali po twoim odejściu. To dziedzictwo; to testament, który musisz zostawić swoim dzieciom - musisz go przygotować i pozostawić.
Jest więcej kwiatów czy cierni?
Jest więcej róż, wiele radości; ale bliskie też są kłujące ciernie, które we wszystkich wzbudzą głęboką gorycz i ból. Trzeba się dużo modlić.
Czy musimy iść do Rzymu?
Tak, ale powoli, z wielką ostrożnością.
Ksiądz Bosko mówił, że chciał zadać jeszcze wiele pytań; ale w tej właśnie chwili rozległ się grzmot, pojawiły się błyskawice, a on się obudził (M.B. XIV, 123).
★ * ★
Ksiądz Bosko wybrał na Mistrza i Opiekuna świętego Franciszka Salezego. I oto we śnie święty Doktor powierzył mu mądre zasady aby Zgromadzenie Salezjańskie zakwitło. W pierwszej części snu ksiądz Bosko uczestniczył w walkach, które stoczą powołani do nowej Rodziny Zakonnej.

Sen Wakacje - „winobraniem diabła"

Długie doświadczenie, zdobyte dzięki ścisłym kontaktom z młodzieżą, przekonało księdza Bosko, że często wakacje są „winobraniem diabła". Ten sen, który przyśnił mu się w Lanzo Torinese we wrześniu 1878 roku, był dla świętego Wychowawcy bolesnym tego potwierdzeniem.

„Przyśniło mi się - powiedział - że jestem w jakimś nieznanym mi miejscu, gdzie rozciągał się ogród, a obok niego była ogromna łąka. W towarzystwie kilku przyjaciół wszedłem do ogrodu i zobaczyłem mnóstwo baranków, które podskakiwały, biegały, fikały koziołki. I oto nagle otworzyły się bramy ogrodu i większość baranków wybiegła na łąkę. Wiele jednak pozostało w ogrodzie, skubiąc sobie trawę, chociaż nie było jej tyle, co na łące. Niespodziewanie niebo pociemniało, złowrogie błyski przecinały nieboskłon, rozległ się głuchy grzmot.
- Co się stanie z barankami, które rozbiegły się po łące? -zastanawiałem się - Zapędźmy je do ogrodu, gdzie będą bezpieczne przed burzą.
Zacząłem je wołać; potem z moimi towarzyszami usiłowałem popchnąć je ku wejściu do ogrodu. Ale one nie chciały wracać: jeden uciekał w jedną, a następny w drugą stronę. Tak, baranki miały nogi zwinniejsze od nas. Tymczasem spadły pierwsze krople; potem rozpętała się ulewa. Widząc, że nasze wysiłki są daremne, wróciliśmy do ogrodu. Znajdowała się tam marmurowa fontanna, na której widniał napis: Fons signatus (Opieczętowane źródło). Nagle fontanna się otwarła, wytrysnęła z niej woda i wzbijając się ku górze, przemieniła się w tęczę na podobieństwo sklepienia.
Grzmoty i błyskawice stawały się coraz częstsze; zaczął padać grad. Wszyscy schroniliśmy się pod to cudowne sklepienie i tam byliśmy bezpieczni.
A te biedne baranki, które pozostały na zewnątrz, jak sobie poradzą? - pytałem sam siebie.
Nie mogąc wytrzymać, wyszedłem na zewnątrz - nie zważając na deszcz - i moim oczom ukazał się smutny widok. Deszcz i grad doprowadziły te baranki do tak nędznego stanu, że aż litość brała: zbite przez grad, leżały przygniecione do ziemi i mimo czynionych wysiłków nie miały siły, żeby się podnieść i wrócić do ogrodu. Tymczasem huragan ustał.
Spójrz na czoła tych baranków - powiedziała mi Przewodniczka.
Na każdym czole widniało imię jakiegoś chłopca z Oratorium. Wtedy ukazał mi się złoty flakon ze srebrną przykrywką. Przewodniczka powiedziała mi:
Posmaruj odrobiną tego balsamu rany baranków, a zobaczysz, jakie ma on cudowne działanie.
Natychmiast wziąłem się do dzieła; ale kiedy podszedłem do pierwszego z nich, uciekł mi. Podszedłem do drugiego - on też mi uciekł. I tak samo postąpili wszyscy, do których się zbliżyłem, aby natrzeć ich balsamem. Wreszcie podszedłem do baranka smutniejszego od pozostałych. Dotknąłem go dłonią posmarowaną tajemniczym balsamem, a baranek w jednej chwili odzyskał zdrowie i powrócił w podskokach do ogrodu.
Wtedy wiele innych baranków - widząc to - pozwoliło mi się dotknąć i też powróciło do ogrodu. Na zewnątrz jednak pozostało ich jeszcze dużo - najczęściej najbardziej poranionych; do tych nie udało mi się podejść.
Zostaw je - powiedziała Przewodniczka. - Zobaczysz, że i one powrócą.
- Przekonamy się! - powiedziałem.
Odłożyłem złoty flakon i wróciłem do ogrodu, który w międzyczasie zmienił swój wygląd, a nad jego wejściem pojawił się napis: ORATORIUM. Kiedy tylko tam wszedłem, zobaczyłem, że baranki, które nie chciały wrócić, podeszły bliżej, weszły ukradkiem i przycupnęły po kątach. Nawet wtedy nie mogłem do nich podejść i uzdrowić ich cudownym balsamem. Gorzej nawet: stan tych, które zostały posmarowane balsamem wbrew swojej woli, pogorszył się; dla nich lekarstwo zamieniło się w truciznę.
- Spójrz: czy widzisz ten sztandar? - zapytała mnie Przewodniczka.
Odwróciłem się i zobaczyłem łopocący ogromny sztandar, na którym widniał wielki napis: WAKACJE.
- Oto efekt wakacji - wyjaśniła mi Przewodniczka. - Twoi podopieczni opuszczają Oratorium, mając dobrą wolę, aby się karmić słowem Bożym i być dobrymi, ale potem przychodzi burza - to znaczy pokusy; deszcz - czyli ataki demona; a potem grad - który jest upadkiem. Wtedy niektórzy powracają do zdrowia dzięki spowiedzi; ale inni nie czynią dobrego użytku z tego sakramentu albo w ogóle z niego nie korzystają. Dobrze to zapamiętaj i nigdy nie przestawaj powtarzać swoim wychowankom, że wakacje to wielka burza dla ich dusz.
Zajmowałem się ciągle śmiertelnymi ranami baranków, kiedy obudził mnie hałas z sąsiedniego pokoju" (M.B. XIII, 761).

★ ★ ★
To sen, który ujawnia nieustanną, większą niż ojcowska troskę, z jaką ksiądz Bosko zajmował się duszami swoich podopiecznych po ich powrocie z wakacji. Dzisiaj pomnożyły się środki prowadzące do zepsucia; i jeśli młodzież porzuci spotkanie z Jezusem-Chlebem w Komunii i Jezusem-Lekarzem w spowiedzi, trudno jej będzie ominąć bez szwanku charakterystyczne dla letnich wakacji niebezpieczeństwo bezczynności i złego towarzystwa.

Sen Maryja ratuje chłopca

W kwietniu 1877 roku ksiądz Bosko, wracając z jednej ze swych triumfalnych podróży do Francji, rozchorował się w Sampierdarena . W noc Wielkiego Piątku, w gorączce, przyśnił mu się następujący sen.

„Byłem w rodzinie, której członkowie postanowili zabić kota. W domu tym panowało wielkie zamieszanie. Ja opierałem się na kiju i przyglądałem się, jak pojawił się czarny kot o najeżonej sierści, który biegł w moją stronę. Goniły go dwa ogromne psy. Widząc, jak kot przebiega koło mnie, zawołałem na niego. Wydawało się, że zwierzę trochę się waha, ale ponieważ ponowiłem zachętę, unosząc nieznacznie poły mojego odzienia, kot przybiegł do mnie i przycupnął u moich stóp.
Dwa psiska zatrzymały się przede mną, warcząc głucho.
Uciekajcie stąd - powiedziałem - zostawcie w spokoju tego biednego kota!
Wtedy, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, psiska otworzyły pyski, rozwiązały im się języki i zaczęły mówić do mnie ludzkim głosem:
Nigdy, przenigdy: musimy być posłuszni naszemu panu; mamy rozkaz zabić tego kota.
A jakim prawem?
Oddał się on dobrowolnie na jego służbę. Pan może rozporządzać życiem swojego niewolnika. A my mamy rozkaz zabić go, i zabijemy!
Pan - odpowiedziałem - ma prawo do pracy niewolnika, a nie jego życia; nigdy nie pozwolę zabić tego kota.
Nie pozwolisz? Ty?!
I to powiedziawszy, dwa psy rzuciły się wściekle, aby pochwycić zwierzę. Podniosłem kij, okładając desperacko napastników.
Hola! - krzyczałem - Stać! Cofnąć się!
Ale one to podchodziły, to cofały się i walka trwała bardzo długo, tak że padałem ze zmęczenia. Kiedy psy na chwilę zaprzestały ataku, chciałem przyjrzeć się tej biednej kocinie, która kuliła się u moich stóp; ze zdumieniem zobaczyłem, że zwierzę przemieniło się w baranka. Kiedy zastanawiałem się nad tym zjawiskiem, zwróciłem się ku psom. One także zmieniły wygląd: najpierw stały się parą drapieżnych niedźwiedzi; potem przemieniły się w tygrysy, lwy, przeraźliwe małpiszony - przybierając coraz straszliwsze kształty. Na koniec stały się dwoma potwornymi demonami.
Lucyfer jest naszym panem! - krzyczały - Ten, którego chronisz, oddał mu się, musimy więc zabrać go do niego i odebrać mu życie!
Spojrzałem na baranka, ale już go nie zobaczyłem; na jego miejscu siedział biedny chłopiec, który - ledwo żywy z przerażenia - powtarzał błagalnie:
Księże Bosko, niech mnie ksiądz ratuje! Księże Bosko, niech mnie ksiądz ratuje!
Nie bój się - powiedziałem mu - czy naprawdę chcesz być dobry?
Tak, tak, księże Bosko! Ale co mam zrobić, żeby się uratować?
Nie lękaj się: uklęknij, weź w dłonie medalik z Matką Bożą. I módl się ze mną.
Chłopiec ukląkł. Demony chciały się zbliżyć, ale ja stałem z podniesionym kijem. Wtedy Enria [pielęgniarz] - widząc mój niepokój - obudził mnie i przez to nie poznałem końca tego zdarzenia.
Znałem tego chłopca" (M.B. XIII, 548).

Jeśli ksiądz Bosko, będąc wtedy pielgrzymem na ziemi, mógł tak skutecznie bronić się przed napastnikiem, to cóż może uczynić teraz, będąc w chwale Boga, dla tych, którzy wraz z atakowanym chłopcem wznoszą do niego żarliwe błagania: „Księże Bosko, niech nas ksiądz ratuje!" i wraz z nim uciekają się pod opiekę Maryi!?


Sen Zaproszenie Zgromadzenia do Francji - List biskupa de Freiusa

Podczas rekolekcji, poprzedzających pierwszą Kapitułę Generalną Wspólnoty Salezjańskiej w roku 1877, ksiądz Bosko opowiadał, że kilka dni przed otrzymaniem listu od biskupa de Freiusa, który zapraszał go do otwarcia we Francji szkoły rolniczej w La Navarre, przyśnił mu się następujący sen:

Miał wrażenie, że znajduje się w regionie innym niż turyński. Stał tam wiejski, prosty budynek, przed którym rozciągało się małe klepisko. Z pokoju, w którym był ksiądz Bosko, prowadziły schodki do innych pokojów, usytuowanych to wyżej, to niżej; pokój otaczała drabina, z której zwieszały się różne rolnicze narzędzia.
Miejsce wydawało się opuszczone i ciche, ale nagle do jego uszu dobiegł głos chłopca. Spojrzał i zobaczył na klepisku dziesięcioletnie lub dwunastoletnie dziecko, ubrane jak rzemieślnik, a niedaleko niego kobietę, czystą i schludną, o wyglądzie wieśniaczki. Chłopiec śpiewał po francusku: „Czcigodny przyjacielu, bądź nam ukochanym ojcem". Ksiądz Bosko pytał samego siebie, co to może znaczyć, a chłopiec nie przestawał śpiewać: „Moi towarzysze powiedzą ci, czego chcemy". I oto z nieuprawnego pola szło ku klepisku mnóstwo młodych ludzi, którzy śpiewali pełnym głosem: „O nasz przewodniku, zaprowadź nas do ogrodu dobrych obyczajów". Ksiądz Bosko zapytał, kim są, i otrzymał śpiewaną odpowiedź: „Naszą ojczyzną jest kraj Maryi".
Na te słowa kobieta wzięła za rękę dziecko, które odezwało się jako pierwsze, i dając pozostałym znak, aby poszli za nią, ruszyła w stronę większego klepiska, niezbyt odległego, na wprost którego wznosił się inny dom. Dotarłszy tam, kobieta, która nagle przybrała tajemniczy wygląd, odwróciła się do księdza Bosko i powiedziała:
Ci młodzi wszyscy należą do ciebie.
Do mnie?! - odpowiedział Święty - Na mocy jakiej władzy oddajesz mi tych chłopców? Nie są ani moi, ani twoi; należą do Pana.
Na mocy jakiej władzy? To moje dzieci: tobie je powierzam.
Ale w jaki sposób dopilnuję tak żywych i hałaśliwych chłopców?
Patrz! - powiedziała Kobieta.
Ksiądz Bosko odwrócił się i zobaczył kolejny liczny zastęp młodych, na których Kobieta zarzuciła swój welon, przykrywając nim wszystkich. Potem pociągnęła welon w swoją stronę, a młodzieńcy przemienili się w księży i kleryków.
Czy ci księża i klerycy należą do mnie? - zapytał ksiądz Bosko.
Będą należeć do ciebie, jeśli będziesz umiał ich ukształtować.
I dała znak wszystkim, aby się zebrali wokół Niej, a na Jej sygnał zaczęli oni śpiewać chórem: Gloria, laus, honor et gratiarum actio Domino Deo Sabaoth! (Chwała, cześć, uwielbienie i dziękczynienie Panu, Bogu Zastępów).
W tej chwili ksiądz Bosko się obudził (M.B. XIII, 534).

★ ★ ★
Zawierzając temu snowi - jak wskazywał na to list biskupa de Freiusa -ksiądz Bosko zgodził się na prowadzenie ofiarowanej mu szkoły rolniczej. Ksiądz J. B. Lemoyne pisze: „My sami, odwiedzając tę osadę wkrótce po jej założeniu, byliśmy zachwyceni: wszedłszy do domu, gdzie mieszkał dyrektor, zobaczyliśmy usytuowany wyżej pokój, na którego ścianach znajdowała się drabina na siano, a po bokach drzwi i schodki, po których wchodziło lub schodziło się do pozostałych pomieszczeń. Przed domem było małe klepisko i wielkie, nieuprawne pole, otoczone drzewami; dalej większe klepisko, a przed nim inny dom, w którym zostali umieszczeni pierwsi chłopcy; jednym słowem, ni mniej, ni więcej, było to miejsce opisane przez księdza Bosko.
Sam ksiądz Bosko później, udawszy się na wizytację owej osady, powiadomił księdza Lemoyne, że spotkało go tam coś „jeszcze cudowniejszego". Wszyscy chłopcy wyszli mu na przywitanie, a na ich czele szedł młodzieniec niosący bukiet kwiatów. Kiedy ksiądz Bosko go zobaczył, pobladł ze wzruszenia: to był chłopiec ze snu! To jeszcze nie wszystko: wieczorem odbyła się akademia i zaśpiewano hymn, a ten chłopiec śpiewał solo... Śpiewał dokładnie to samo, co ksiądz słyszał już we śnie!

Sen Słodycze dla Salezjanów

W drugiej połowie sierpnia 1877 roku ksiądz Bosko, udzielając wskazówek salezjanom, którzy brali udział w rekolekcjach w Lanzo Torinese, opowiedział następujący sen.

„Zdawało mi się, że przechadzam się alejami Porta Susa. Przed koszarami wojskowymi zobaczyłem jakąś kobietę, która wyglądała jak sprzedawczyni pieczonych kasztanów, ponieważ obracała czymś w rodzaju cylindra, w którym prawdopodobnie piekła kasztany. Podszedłem do niej i zapytałem, co piecze w tym dziwnym urządzeniu. A ona na to:
Przygotowuję słodycze dla Salezjanów.
Jak to? - powiedziałem - Słodycze dla Salezjanów?
Tak - odpowiedziała.
Otworzyła cylinder i pokazała mi je. I tak mogłem zobaczyć różnokolorowe słodycze: białe, czerwone, czarne. Na wierzchu zauważyłem coś w rodzaju sklejonego cukru, podobnego do świeżo spadłych kropli rosy, gdzieniegdzie zabarwionych na czerwono.
Zapytałem więc kobietę:
Czy mogę zjeść te cukierki?
Tak - odpowiedziała i podała mi je.
A co to oznacza, że niektóre słodycze są czerwone, inne białe, a jeszcze inne czarne?
Białe - odpowiedziała - kosztują niewiele trudu, ale łatwo można je splamić; za czerwone płaci się krwią, a za czarne życiem. Kto ich spróbuje, nie pozna trudu ani śmierci.
A ten sklejony cukier jakie ma znaczenie?
To symbol słodyczy świętego, którego obraliście za wzór. Rosa oznacza, że trzeba będzie się napocić, porządnie napocić, aby tę słodycz zachować, a czasami trzeba będzie przelać krew, aby jej nie utracić.
Ogarnięty zdumieniem, chciałem dalej pytać, ale kobieta już mi nie odpowiadała; poszedłem dalej, zastanawiając się nad tym, co usłyszałem. I oto przeszedłszy kilka kroków, spotkałem księdza Picco w towarzystwie kilku naszych księży; wszyscy byli zdziwieni i zakłopotani.
Co się stało? - zapytałem.
Gdyby ksiądz wiedział!... - odpowiedział ksiądz Picco - Czy widział ksiądz tę kobietę, która robiła słodycze?
Tak. I co z tego?
Powiedziała mi, abym przekazał księdzu, że trzeba pilnować, żeby księdza dzieci pracowały, pracowały. Oświadczyła: znajdą wiele cierni, ale też znajdą wiele róż.
- A co... czy teraz nie pracują? - zapytałem.
Pracują, ale niech pracują nadal! - odpowiedział ksiądz Picco.
To powiedziawszy, znikł wraz z pozostałymi, a ja, bardziej zdziwiony niż przedtem, szedłem dalej we śnie w stronę Oratorium, a dotarłszy tam, obudziłem się" (M.B. XIII, 302).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończył: „Chciałbym, abyście dobrze zapamiętali to, co powiedziała ta kobieta, to znaczy, żebyśmy praktykowali łagodność świętego Franciszka i pracowali dużo i zawsze... Miejmy odwagę, dzieci; napotkamy wiele cierni, jednak pamiętajcie, że będą też i róże. Nie traćmy ducha w niebezpieczeństwach i trudnościach; módlmy się z ufnością, a Bóg da obiecaną pomoc tym, którzy pracują dla Jego sprawy. Zjednoczmy się i czyńmy to, co mówi Pismo święte o pierwszych chrześcijanach: cor unum et anima una (jedno serce i jedna dusza)".„Czcigodny przyjacielu, bądź nam ukochanym ojcem"

To ksiądz profesor Mateusz Picco, do którego szkoły ksiądz Bosko posyłał swych pierwszych chłopców, między innymi Świętego Dominika Savio. Kiedy dowiedział się o śmierci swojego świętego ucznia, ułożył na jego temat bardzo smutną mowę pochwalną, w której powiedział między innymi: „Zdaje mi się, że jeszcze teraz go widzę, jak z wrodzoną sobie skromnością wchodzi do szkoły, zajmuje swoje miejsce i przez cały czas, z dala od próżnego gadania swych rówieśników, powtarza lekcje, sporządza notatki albo zajmuje się jakąś pożyteczną lekturą. Kiedy zaczynały się lekcje, jaką uwagę wyrażała jego anielska twarz!" (S.G. Bosco, San Domenico Savio, SEI, 1963, s. 201).

Sen Przepowiednia śmierci Papieża Piusa IX

Pierwszym papieżem, z którym przyszło kontaktować się księdzu Bosko, był Czcigodny Pius IX. Wielki Czciciel Niepokalanej był zawsze dla księdza Bosko więcej niż Ojcem świętym, był prawdziwym Ojcem Duchowym i Przyjacielem. Papież wielce go szanował, pragnął rozmawiać z nim, wielokrotnie prosił go o radę i chciał mieć go w Rzymie obok siebie, proponując mu wysokie stanowiska kościelne. Ksiądz Bosko odwzajemniał mu się żywą synowską miłością. Dopóki żył, wzruszał się do łez, mówiąc o „anielskim Piusie IX" - jak miał zwyczaj go nazywać. Chciał też uwiecznić swoją wdzięczność wobec Ojca świętego, wznosząc mu dwa wielkie pomniki: jeden w Bazylice Najświętszego Serca w Rzymie, drugi w Kościele Świętego Jana Ewangelisty w Turynie.

W nocy 7 lutego 1877 roku, dokładnie na rok przed świętą śmiercią Piusa IX, ksiądz Bosko miał sen.
Zdawało mu się, że jest w Rzymie i że idzie do Watykanu, nie mając nawet zamiaru prosić papieża o audiencję. Kiedy tak siedział w jednej z sal, Pius IX przyszedł i usiadł blisko niego.
„Zdumiony - opowiada Święty - usiłowałem wstać, aby wyrazić należny mu szacunek, ale mi na to nie pozwolił; z serdeczną troską przymusił mnie, abym usiadł obok niego i rozpoczął taką rozmowę" [Rozważali propozycje ustanowienia domów salezjańskich w Rzymie].
„Zaraz potem - kontynuował ksiądz Bosko - Ojciec święty popatrzył na mnie wyprostowany, z twarzą wniesioną ku górze i jaśniejącym obliczem.
Och, Ojcze święty! - zawołałem - Gdyby nasza młodzież mogła cię teraz zobaczyć! Sądzę, że ucieszyliby się bardzo. Tak bardzo cię kochają!
To nie jest wykluczone: kto wie, czy nie doczekają się spełnienia twojego pragnienia!
Tymczasem, jakby poczuł się źle, wspierając się na różnych sprzętach podszedł do kanapy, usiadł na niej, po czym się położył. Sądziłem, że jest zmęczony i chce odpocząć, dlatego starałem się podsunąć mu podgłówek, ale on nie chciał; wyprostował nogi i powiedział mi:
Potrzebne jest białe prześcieradło, żeby mnie przykryć od stóp do głów.
Stałem zdumiony i osłupiały, przyglądając mu się: nie wiedziałem, co robić ani co mówić. Nie rozumiałem niczego z tego, co się działo. Tymczasem Ojciec święty wstał i powiedział:
Chodźmy.
Dotarłszy do sali, gdzie znajdowało się mnóstwo dygnitarzy kościelnych, papież ruszył w stronę zamkniętych drzwi, starając się, aby go nie spostrzeżono. Natychmiast je przed nim otwarłem. Widząc to jeden z prałatów zaczął trząść głową i mamrotać:
- To nie należy do księdza Bosko; są inni do tego wyznaczeni. Papież, słysząc te słowa, odwrócił się z uśmiechem i powiedział:
Pozwólcie mu; ja tego chcę.
I przeszedłszy przez drzwi, już się nie pojawił.
Znalazłem się sam i nie wiedziałem już, gdzie jestem, kiedy pojawił się Buzzetti [jeden z pierwszych chłopców przygarniętych przez księdza Bosko i bardzo go kochający]. Jego widok sprawił mi ogromną radość.
Powiedz mi - zapytałem - czy wiesz, gdzie jesteśmy? Czy ja śnię, czy to, co widzę, jest rzeczywistością?
Niech ksiądz będzie spokojny, wszystko, co ksiądz widzi, to prawda. Jesteśmy w Rzymie, w Watykanie. Papież umarł. Prawdą też jest, że chcąc stąd wyjść, będzie mieć ksiądz trudności i nie znajdzie schodów.
Biegałem więc od drzwi do drzwi i podchodziłem do okien; widziałem zniszczone domy, połamane schody, wszędzie jakieś ruiny.
Przekonałem się teraz, że śnię: przed chwilą byłem na Watykanie z papieżem, ale czegoś takiego tam nie było.
Te ruiny - odpowiedział Buzzetti - są wynikiem niespodziewanego wstrząsu, jaki wywołała śmierć papieża, ponieważ Kościół w chwili jego śmierci potwornie się zachwiał.
Nie wiedziałem, co powiedzieć; koniecznie chciałem opuścić miejsce, w którym się znajdowałem, ale wielu mnie przytrzymywało: jedni za ramiona, inni za ubranie, jeszcze inni trzymali mnie mocno za włosy i za żadną cenę nie pozwalali mi odejść. Zacząłem krzyczeć:
Au! Boli mnie!
I tak wielki był mój ból, że mnie obudził i znalazłem się we własnym łóżku" (M.B. XIII, 42).
★ ★ ★

Ksiądz Bosko opowiedział sen na zgromadzeniu dyrektorów salezjańskich, ale zabronił im o nim mówić, oświadczając, że jego zdaniem nie powinno się przykładać do niego wagi. Ale dokładnie po roku okazało się, że nie chodziło o zwykły sen. Właśnie w nocy z 6 na 7 lutego Pius IX, po krótkiej chorobie, oddał swą piękną duszę Bogu.

Pius IX (łac. Pius IX, właśc. Giovanni Maria Mastai Ferretti; ur. 13 maja 1792 w Senigallii, zm. 7 lutego 1878 w Watykanie[1]) − papież w okresie od 16 czerwca 1846 do 7 lutego 1878.
3 września 2000 r. ogłoszony przez Jana Pawła II błogosławionym Kościoła Katolickiego.Pontyfikat bł.Piusa IX trwał 31 lat, 7 miesięcy, 21 dni (11 559 dni).

Sen o Filokseri

Od 1 do 7 października 1876 roku ksiądz Bosko przewodniczył w Lanzo Torinese rekolekcjom Salezjanów. Zastanawiał się, jakie uwagi im przekazać, kiedy przyśnił mu się następujący sen:

Wydawało mu się, że jest w ogromnej sali, pełnej zakonników i zakonnic, należących do różnych zakonów i zgromadzeń. Kiedy wszedł tam, wszystkie oczy zwróciły się ku niemu, tak jakby wszyscy na niego czekali. Wśród nich ksiądz Bosko zobaczył dziwnego człowieka z głową obwiązaną białym bandażem; całe ciało miał spowite w długie prześcieradło jak w płaszcz.
Ksiądz Bosko chciał się dowiedzieć, kim jest ta osoba, i odpowiedziano mu, że ten dziwny człowiek to on sam [być może wyobrażał śniącego księdza Bosko?].
Zbliżył się do zgromadzonych zakonników i zakonnic, którzy otoczyli go kręgiem, uśmiechając się do niego, ale nikt z nich się nie odzywał. Wreszcie milczenie przerwał ksiądz Bosko:
Dlaczego tak się uśmiechacie? Zdaje się, że chcecie zakpić sobie ze mnie.
Zakpić sobie z ciebie? Mylisz się; śmiejemy się, bo odgadliśmy powód, który cię tu przywiódł: szukasz czegoś, co mógłbyś powiedzieć w kazaniu w czasie rekolekcji w Lanzo.
Skoro tak jest, podpowiedzcie mi, co mam mówić.
Podpowiemy ci jedno: powiedz swoim słuchaczom, żeby strzegli się FILOKSERY.
Jeśli będziesz trzymać swoje zgromadzenie z dala od filoksery, będzie ono żyć długo, kwitnąć, i uczyni wiele dobra dla dusz.
Filoksera? A co ma do tego filoksera?
Filoksera to plaga, która przyniosła zgubę wielu zakonom i spowodowała, że przez nią wielu dziś nie czeka już dobra przyszłość.
To nieprzydatne ostrzeżenie, jeśli mi dokładniej tego nie wyjaśnicie. Nic nie rozumiem.
Skoro nie potrafisz wytłumaczyć sobie tej tajemnicy, oto ktoś, kto ci ją wyjaśni.
Ksiądz Bosko zobaczył, jak zakonnicy się rozstępują, a ku niemu zbliża się jakaś nowa postać. Dobrze się jej przyjrzał, ale nie rozpoznał jej, chociaż rysy twarzy wskazywały, że jest starym znajomym. Kiedy tylko postać podeszła, ksiądz Bosko powiedział:
Przychodzisz w porę, aby uwolnić mnie od zakłopotania, w jakie wprawili mnie ci bracia i siostry, którzy domagają się, abym za temat mojego kazania na zakończenie rekolekcji wybrał filokserę.
Księże Bosko, uważasz się za tak mądrego, a o tym nie wiesz? Na pewno, jeśli będziesz zmagać się z całej siły z tą filoksera i jeśli nauczysz swoich uczniów właściwie z nią walczyć, twoje zgromadzenie zakwitnie. Czy wiesz, co to jest filoksera?
Wiem, że to choroba, która atakuje rośliny i niszczy je, pozbawiając żywotności.
A skąd bierze się ta choroba?
Bierze się od stworzonek, które opanowują roślinę.
Czy wiesz, jak ocalić sąsiadujące z nią rośliny?
Tego nie wiem.
Posłuchaj dobrze tego, co mam ci do powiedzenia. Filoksera zaczyna pojawiać się na jednej roślinie i nie upływa zbyt wiele czasu, a wszystkie rośliny w pobliżu zostają nią zarażone. Kiedy w winnicy, w sadzie pojawia się ta choroba, zakażenie rozprzestrzenia się bardzo szybko, a rośliny i ich spodziewane owoce giną. Czy wiesz, jak rozprzestrzenia się filoksera? Nie przez kontakt, bo uniemożliwia to odległość; nie przez stworzonka, które schodziłyby na ziemię i pokonywały odległość dzielącą je od pozostałych roślin; to wiatr przenosi je na gałęzie zdrowej jeszcze rośliny. I to bardzo szybko. A zatem wiedz, że wiatr szemrania niesie daleko filokserę nieposłuszeństwa. Czy rozumiesz?
Zaczynam rozumieć.
Szkód, które przynosi filoksera przenoszona takim wiatrem, nie da się policzyć. W najlepszych Zgromadzeniach najpierw atakuje wzajemną miłość, potem zapał w zbawianiu dusz; potem rodzi bezczynność, a następnie odbiera wszystkie cnoty zakonne; na sam koniec zgorszenie sprawia, że Zgromadzenie zostaje potępione przez Boga i ludzi. Wcale nie trzeba, aby zdeprawowani przechodzili z jednego kolegium do drugiego: wystarczy ten wiatr, który wieje z daleka. Zastanów się nad tym! To była przyczyna, która zrujnowała niektóre zgromadzenia zakonne.

Masz rację, uznaję prawdę tego, co mówisz; ale jak zaradzić takiemu nieszczęściu?

Półśrodki nie wystarczą; trzeba uciekać się do skrajności. Chcąc położyć kres filokserze, próbowano posypywać siarką zakażone rośliny, podlewać je wodą wapienną; wymyślano przeróżne sposoby, ale wszystko to na nic się nie zdało, ponieważ poczynając od jednej rośliny, filoksera niszczy całą winnicę. Potem rozprzestrzenia się na sąsiednie winnice, z regionu przenosi się na prowincję, a z prowincji na cały kraj. Czy chcesz poznać jedyny sposób na skuteczne zduszenie zła w zarodku? Kiedy tylko filoksera pojawi się na jednej roślinie, należy ostrożnie wyciąć ją wraz otaczającymi ją krzewami i wszystko wrzucić do ognia. Jedynie ogień niszczy podobną chorobę.
Dlatego gdy w domu zakonnym pojawia się filoksera sprzeciwu wobec nakazów przełożonych, najwyższe zaniedbywanie Re¬guł, pogarda wobec obowiązków wspólnotowego życia, nie ociągaj się, ale wyrwij ten dom z korzeniami. Tak samo jak z domem, postępuj z pojedynczą osobą. Czasem wyda ci się, że pojedynczy człowiek może wyzdrowieć albo też będzie ci przykro uderzyć w niego z powodu miłości, jaką do niego żywisz, albo też z powodu jakiejś zdolności czy wiedzy, która wydaje ci się działać na chwałę Zgromadzenia. Nie poddawaj się podobnym myślom. Tego rodzaju ludzie z trudem się zmieniają. Nie twierdzę, że ich nawrócenie nie jest możliwe, uważam jednak, że rzadko się zdarza.
A jeśli rzeczywiście, zatrzymując ich w Zgromadzeniu, można by tolerancją skłonić ich ku dobru?
Ta nadzieja w podobnych przypadkach się nie sprawdza. Lepiej jest odesłać jednego z tych pysznych niż zatrzymać go i żywić wątpliwość, iż dalej będzie siać kąkol w winnicy Pana. Zapamiętaj dobrze tę maksymę i zdecydowanie wprowadzaj ją w życie, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba; uczyń z niej temat konferencji dla twoich dyrektorów i niech ona będzie też tematem kończącym twoje rekolekcje.
Kiedy nieznajomy tak mówił, zadzwoniono na pobudkę i ksiądz Bosko się obudził (M.B. XII, 475).

★ ★ ★
Opowiedziawszy sen ksiądz Bosko dodał, że trwał on trzy kolejne noce. Ta charakterystyka usuwa wątpliwość, że opowiadanie było czymś w rodzaju wymyślonej przez niego przypowieści, aby przedstawić jego własną ideę.
Pojawienie się „dziwnego człowieka z zabandażowaną głową" pozwoliło mu uniżyć samego siebie i wyeliminować z umysłów słuchaczy wrażenie, iż mieli do czynienia z nadzwyczajnymi charyzmatami.

Filoksera pochodzi z Ameryki Północnej. Została przywieziona do Europy po roku 1850 razem z tamtejszą odmianą winorośli. Bardzo szybko rozprzestrzeniła się we Francji, a następnie od roku 1879 również we Włoszech. To choroba zabójcza dla winorośli.

Wizja Księdza Bosko - Św. Dominika Savio

Wieczorem 22 grudnia 1876 roku ksiądz Bosko opowiedział swoim podopiecznym cudowną wizję, jaką miał w nocy spędzonej w Lanzo Torinese. Ponieważ wizja ta była bardzo długa, musimy ograniczyć się do przedstawienia jej najpiękniejszych scen.

Znajdował się na wyżynie, a przed nim rozciągała się wielka równina, poprzecinana ogrodami cudownej urody, wśród których wznosiły się pałace, swoim przepychem przewyższające niejedną królewską siedzibę. Kiedy ksiądz Bosko podziwiał te cuda, w dźwiękach słodkiej muzyki stanął przed nim jego ukochany uczeń, św. Dominik Savio, na czele zastępu młodzieńców, z których wielu ksiądz Bosko rozpoznał.
„Savio podszedł do mnie - opowiadał ksiądz Bosko. - Był tak blisko, że gdybym wyciągnął rękę, na pewno bym go dotknął. Milczał i patrzył na mnie, uśmiechając się. Jakże był piękny! Śnieżnobiała tunika wyszywana diamentami spływała mu aż do ziemi. Przepasany był szeroką, czerwoną szarfa, ozdobioną drogocennymi kamieniami; na szyi miał wieniec z kwiatów jaśniejących nieziemskim światłem, żywszym od słońca, które teraz świeciło w całym swym blasku wiosennego poranka, a kwiaty odbijały w nieopisany sposób jego promienie w jasnym i zdrowym obliczu Dominika. Na głowie miał on wieniec z róż. Falujące włosy spadały mu na ramiona i wyglądał tak pięknie i uroczo, że zdawał się być aniołem".
Ksiądz Bosko patrzył na niego jak zaczarowany. Wreszcie Dominik odezwał się i obiecał zaspokoić ciekawość księdza Bosko, który pragnął dowiedzieć się, co oznacza ten wspaniały, pełen blasku strój. Zamiast Dominika odpowiedział śpiewem chór młodzieńców, również odzianych na biało i o twarzach tryskających zdrowiem. Pieśń przytaczała zdania z Pisma świętego: „Biodra ich zostały przepasane i opłukali swe szaty we krwi Baranka. To czyści i pójdą za Barankiem, dokądkolwiek On się uda".
„Wtedy zrozumiałem - powiedział ksiądz Bosko - że ta szarfa jest symbolem ofiar czy wręcz męczeństwa, poniesionego w celu zachowania cnoty czystości".
Przyszedłszy do siebie po tak wielkim zdumieniu, ksiądz Bosko skorzystał z okazji, aby zapytać chłopca o przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Oratorium.
Co się tyczy przeszłości, Dominik mówił o wielkim dobru, które już uczyniła młoda Rodzina księdza Bosko; pokazał mu ogród, a u jego wejścia napis: „Ogród salezjański", i wyjaśnił:
Tutaj są wszyscy salezjanie oraz młodzi, uratowani przez ciebie i twoich synów. Policz ich, jeśli możesz, ale byłoby ich jeszcze więcej, gdybyś miał większą wiarę i ufność w Panu.
A teraźniejszość? - zapytał ksiądz Bosko.
Dominik pokazał mu wspaniały bukiet kwiatów: były tam róże, fiołki, słoneczniki, goryczki, lilie, kocanki, a wśród kwiatów kłosy zboża.
Ten bukiet pokaż swoim synom i spraw, aby każdy go miał: to wystarczy, aby byli szczęśliwi.
Ale co oznacza ten bukiet kwiatów?
Róża - odpowiedział młodzieniec - symbolizuje miłość, fiołek - pokorę, słonecznik - posłuszeństwo, goryczka - pokutę, lilia - czystość, kłosy - częstą Komunię, a kocanki - wytrwałość.
Dobrze - odezwał się ksiądz Bosko - ty, który praktykowałeś za życia wszystkie te cnoty, powiedz mi, co cię najbardziej pocieszyło w chwili śmierci?
Najbardziej pocieszyła mnie - odpowiedział chłopiec - pomoc potężnej i ukochanej Matki Bożej. Powiedz to twoim synom, żeby nie zapominali modlić się do Niej, dopóki żyją.
Co się tyczy przyszłości, Dominik wyjawił księdzu Bosko różne rzeczy, między innymi to, że papieżowi Piusowi IX pozostało niewiele dni życia. Rzeczywiście, zmarł 14 miesięcy później. Przepowiedział też, że w roku 1877 ksiądz Bosko będzie cierpieć z powodu straty sześciu, a potem dwóch swoich synów. Również to proroctwo się sprawdziło wraz ze śmiercią sześciu chłopców z Oratorium i dwóch kleryków.
Tu Dominik zrobił ruch, jakby miał się oddalić. „Wtedy - opowiadał ksiądz Bosko - z żarliwością wyciągnąłem ręce, aby pochwycić tego świętego chłopca, ale jego ręce były jak z powietrza i uchwyciłem pustkę". Zapomniał, że Dominik był już czystym duchem.
Odpowiedz - błagał ksiądz Bosko - na jeszcze jedno pytanie: czy moi wszyscy podopieczni są na dobrej drodze do zbawienia?
Można ich podzielić na trzy grupy - odpowiedział młodzieniec. - Czy widzisz te trzy kartki?
I podał mu jedną. Ksiądz Bosko zobaczył, że napisano na niej: Invulnerati (Niezranieni); zawierała ona imiona tych, którzy nie utracili niewinności. „Było ich wielu - mówił ksiądz Bosko - widziałem ich wszystkich i licznych rozpoznałem. Szli prosto, chociaż celowano do nich z łuków i próbowano dosięgnąć mieczem".
Wtedy Dominik podał mu drugą kartkę, na której napisano: Yulnerati (Zranieni): byli tam ci, którzy zgrzeszyli, ale potem żałowali i wyspowiadali się. Tych było więcej niż poprzednich. Ksiądz Bosko przeczytał listę i przyjrzał się wszystkim.
Chłopiec miał jeszcze trzecią kartkę, na której napisano: Lassati in via iniąuitatis (Porzuceni na drodze niegodziwości). Były tam imiona tych, którzy znajdowali się w niełasce u Boga. Ksiądz Bosko, chcąc koniecznie poznać ich imiona, wyciągnął rękę, ale Dominik zatrzymał go mówiąc, że wydobyłby się stamtąd smród nie do zniesienia. Jednak po naleganiach księdza Bosko dał mu i trzecią notatkę. Wtedy zniknął.
„Kiedy rozłożyłem kartkę - opowiadał Święty - natychmiast rozszedł się smród tak nieznośny, że myślałem, że umrę. Nie zobaczyłem żadnego imienia, ale w mgnieniu oka stanęli przede mną wszyscy na tej liście wymienieni, zupełnie jakbym oglądał ich w rzeczywistości. Zobaczyłem każdego, ku mojemu rozgoryczeniu. Większość z nich znałem. Widziałem też wielu, którzy wydawali się dobrzy, a nawet bardzo dobrzy, a tymczasem tacy nie byli" (M.B. XII, 586).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko, kończąc opowiadanie cudownej wizji, dodał: „Tam, w Lanzo, gdzie przebywałem, przepytałem kilku chłopców i odkryłem, że sen mnie nie oszukał. To łaska Pana, która dała mi poznać stan duszy każdego z nich".

Sen Cztery symboliczne gwoździe cz. III

Ksiądz Bosko, kiedy odjechali towarzyszący mu salezjanie, został sam z Przewodnikiem, który mu powiedział:
Chodź, chcę ci pokazać rzecz najważniejszą; wiele się nauczysz! Czy widzisz ten wóz?
-Tak.
Czy wiesz, co tam jest?
Nie widzę wyraźnie.
Jeśli chcesz zobaczyć dokładniej, podejdź. Czy widzisz ten afisz? Przyjrzyj mu się. Jest na nim herb: po nim go rozpoznasz.
Ksiądz Bosko podszedł i zobaczył na afiszu wymalowane cztery grube gwoździe. Odwrócił się do Przewodnika:
Nic nie rozumiem, chyba że mi wyjaśnisz.
Te cztery gwoździe przebiły i zadały okrutną mękę naszemu Boskiemu Zbawicielowi.
W jaki sposób?
Te cztery gwoździe są również udręką wszystkich zgromadzeń zakonnych. Jeśli uda ci się ich uniknąć, jeśli twoje zgromadzenie będzie umiało trzymać się od nich z daleka, wszystko pójdzie dobrze, a wy będziecie ocaleni.
Ale ja wiem tyle co przedtem: co oznaczają te cztery gwoździe?
Jeśli chcesz się dowiedzieć, wejdź do tego powozu, który w herbie ma gwoździe.
Widzisz: powóz ten ma cztery przedziały; każdy z nich odpowiada jednemu gwoździowi.
A co oznaczają te przedziały?

Przyjrzyj się pierwszemu.
Ksiądz Bosko przyjrzał się i przeczytał: Quorum Deus venter est (Ich bogiem jest brzuch).
Teraz zaczynam coś rozumieć.
To pierwszy gwóźdź, który powoduje udrękę i upadek zgromadzeń zakonnych. Jeśli nie będziesz czujny, u was też dokona rzezi. Walcz z nim, a zobaczysz, że wszystko pójdzie dobrze.

Teraz przechodzimy do drugiego przedziału. Przeczytaj napis pod drugim gwoździem: Quaerunt quae sua sunt, non quae Jesu Christi (Są pochłonięci swoimi sprawami, a nie sprawami Jezusa Chrystusa). To ci, którzy szukają własnej wygody, dostatku, zajmując się dobrem własnym i być może własnej rodziny; nie szukają dobra Zgromadzenia, a przecież ono należy do Jezusa Chrystusa. Bądź czujny, unikaj tej plagi, a zobaczysz, jak zakwitnie twoje zgromadzenie.

Jesteśmy przy trzecim przedziale. Przypatrz się napisowi nad trzecim gwoździem: Aspidis lingua eorum (Mają wężowe języki). Fatalnym gwoździem dla Zgromadzenia są ci, którzy szemrają, którzy zawsze krytykują - z przyzwyczajenia lub na przekór.
A oto czwarty przedział z napisem: Cubiculum otiositatis (Siedziba nierobów). Tu siedzi nieróbstwo; kiedy zaczyna wkradać się bezczynność, wspólnota zostaje zniszczona; i odwrotnie - kiedy jest dużo pracy, nie ma dla was żadnego niebezpieczeństwa.

Przyjrzyj się jeszcze jednej rzeczy, która jest w tym powozie i na którą często nie zwraca się uwagi. Czy widzisz ten schowek, który nie należy do żadnego przedziału, ale ciągnie się przez wszystkie?
Widzę, ale są tam tylko suche liście i zielsko.
No właśnie; zwróć uwagę na ukryty tu napis.
Ksiądz Bosko przyjrzał się dokładniej i dostrzegł napis: Latet anguis in herba (Wśród traw ukrywa się wąż).
Są ludzie - tłumaczył Przewodnik - którzy się ukrywają: nie mówią, nigdy nie otwierają serca przed swoimi przełożonymi i przeżywają w sercu swoje tajemnice. Uważaj: latet anguis in herba. To prawdziwa plaga, prawdziwa zaraza dla Zgromadzenia. Chociaż są źli, gdyby pozwolili się poznać, można by im pomóc się poprawić; ale nie, oni siedzą w ukryciu, a jad pomnaża się w ich sercu. Kiedy zostaną rozpoznani, nie będzie już czasu, aby naprawić wyrządzoną im przez nich samych szkodę.
Pamiętaj więc dobrze o tych sprawach, które musisz trzymać daleko od swego zgromadzenia. Wydaj polecenie, aby te problemy wyjaśniano i tłumaczono, aż do znudzenia. Tak postępując, możesz być spokojny o twoje zgromadzenie: wszystko z dnia na dzień będzie szło coraz lepiej.
W tym miejscu ksiądz Bosko poprosił swojego Przewodnika, by mu pozwolił zapisać to, co powiedział.
- Jeśli chcesz - odpowiedział - spróbuj to zapisać, ale obawiam się, że zabraknie ci czasu.
I rzeczywiście: usłyszał hałas i zobaczył nadbiegającego rozszalałego byka z pierwszego snu; tak się przestraszył na jego widok, że się obudził (M.B. XII, 467).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończył: Jo byłby wspaniały owoc naszych rekolekcji, gdybyśmy postanowili trzymać się naszego herbu: PRACA l WSTRZEMIĘŹLIWOŚĆ, i jeśli postaramy się ze wszystkich naszych sił unikać czterech gwoździ, które są męką dla zgromadzeń zakonnych. Trzeba do tego dodać jeszcze coś: niech każdy będzie zawsze otwarty, szczery i ufny względem swoich przełożonych. W ten sposób będziemy czynić dobro naszym duszom, a jednocześnie ocalimy też i te, które Boża Opatrzność powierzyła naszym troskom" (M.B. Xli, 469).

Sen Triumf Zgromadzenia cz. II

Po scenie opisanej w pierwszej części snu/ rozszalały byk/, tajemniczy Przewodnik powiedział do księdza Bosko:
Chodź, pokażę ci triumf Zgromadzenia Świętego Franciszka Salezego. Wejdź na ten kamień i patrz.
„Pośrodku bezkresnego pola leżał wielki głaz i wszedłem na niego - opowiadał ksiądz Bosko. - Cóż za widok ukazał się moim oczom! Miałem wrażenie, że pole to zajmuje całą ziemię. Byli tam ludzie z różnych narodów, różnego koloru skóry, różnie odziani. Zobaczyłem ich takie mnóstwo, że nie wiem, czy świat może tyle pomieścić. Zacząłem przyglądać się pierwszym, którzy ukazali się moim oczom. Byli ubrani jak my, Włosi. Znałem tych z pierwszych rzędów: było tam wielu salezjanów, którzy prowadzili za ręce całe zastępy dziewcząt i chłopców. Potem nadchodzili inni z innymi zastępami; a potem jeszcze inni i jeszcze inni, których już nie znałem i których nie mogłem rozróżnić, ale liczba ich była nie do policzenia. Około południa moim oczom ukazał się naród tak liczny, o jakim nigdy nie słyszałem. Prowadzili go, jak zawsze, salezjanie; tych z pierwszych rzędów znałem, reszty już nie.
Odwróć się - powiedział mi Przewodnik.
I oto ukazały się moim oczom inne narody, ubrane inaczej niż my: nosiły futra, coś w rodzaju różnokolorowych płaszczy przypominających aksamit. Przewodnik kazał mi się obrócić w cztery strony świata. Między innymi na wschodzie zobaczyłem kobiety o stopach tak maleńkich, że trudno im było ustać na nogach i prawie nie mogły chodzić. Rzecz szczególna - wszędzie widziałem salezjanów, którzy prowadzili zastępy dziewcząt i chłopców, a wraz z nimi cały naród. Pierwsze szeregi były mi zawsze znane; w następnych nie mogłem rozpoznać nawet misjonarzy.
Wtedy mój Przewodnik znowu zabrał głos i powiedział:
Wszystko, co widziałeś, to żniwo przygotowane dla Salezjanów. Widzisz, jak jest ono obfite? Salezjanie nie tylko w tym stuleciu, ale i w przyszłych będą pracować na swym polu. Ale czy wiesz, dzięki czemu osiągnięcie to, co tu widzisz? Ja ci powiem. Musisz wyryć te słowa, które będą waszym herbem, waszym hasłem do boju, waszą cechą szczególną. Zapamiętaj je dobrze: PRACA I WSTRZEMIĘŹLIWOŚĆ SPRAWIĄ, ŻE ROZKWITNIE ZGROMADZENIE. Te słowa będziesz wyjaśniać, powtarzać, na nie będziesz kłaść nacisk. Każesz wydrukować podręcznik, który je wyjaśni i wytłumaczy, że praca i wstrzemięźliwość są dziedzictwem pozostawionym przez ciebie Zgromadzeniu, a jednocześnie będą też jego chwałą.
Odpowiedziałem:
Bardzo chętnie to uczynię. Wszystko to zgadza się z moim celem; to zalecam każdego dnia i podkreślam to zawsze, kiedy trafi się okazja.
Jesteś więc przekonany? Dobrze mnie zrozumiałeś? To jest dziedzictwo, które im pozostawisz; powiedz im też wyraźnie, że dopóki twoi synowie będą tego przestrzegać, będą mieć naśladowców na południu, północy, wschodzie i zachodzie. A teraz idź na rekolekcje i poprowadź ich wyznaczoną ci drogą" (M.B. XII, 465).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończy! mówiąc, że wtedy ukazały mu się „omnibusy", które miały zawieźć ich do Turynu; ale byty to dość dziwne omnibusy: nie miały z żadnej strony oparcia. Ksiądz Bosko obawiał się, że jego podopieczni spadną, ale Przewodnik uspokoił go:
Niech jadą, nie potrzebują oparcia; wystarczy, aby dobrze wypełniali te słowa: Sobrii estote et vigilate (Bądźcie trzeźwi i czuwajcie). Kiedy człowiek przestrzega tych słów, nigdy nie upadnie, chociaż powóz pędzi i nie ma w nim oparcia.

Sen Rozszalały byk cz. I

27 września 1876 roku w Lanzo Torinese ksiądz Bosko, wspominając rekolekcje Salezjanów, opowiedział sen, który należy do najbardziej pouczających ze wszystkich, jakie przyśniły mu się do tej pory.

Dzielił się wyraźnie na trzy części.

„Przyśniło mi się - powiedział - że jechałem z wami z Lanzo Torinese. Wszyscy siedzieliśmy razem w jakimś konwoju, być może były to wagony. Nagle pojazd się zatrzymał. Zszedłem, żeby sprawdzić, co się stało, i zobaczyłem obok siebie dziwnego człowieka: wysokiego i niskiego zarazem, grubego i chudego, raz białego, a raz czerwonego; szedł po ziemi, to znowu frunął.
Chodź - powiedział - chodź szybko. Obrócimy wagoniki na tym polu.
Pole było ogromne, jak okiem sięgnąć, ciągnęło się płaskie i ubite niczym klepisko. Ustawiwszy wagony na tej równinie, zawołaliśmy na pasażerów, aby wysiedli. I oto, kiedy wszyscy wysiedli, wagoniki zniknęły i nie wiedzieliśmy, gdzie się podziały.
Teraz, kiedy już wysiedliśmy, powiesz mi... powiecie mi... powie mi pan ... - mamrotałem niepewny, jak mam się zachować wobec tego człowieka - powie mi pan, dlaczego kazał się nam zatrzymać właśnie w tym miejscu.
Ten odpowiedział:
Z ważnego powodu: chciałem, abyście uniknęli wielkiego niebezpieczeństwa.
Jakiego?
Rozszalałego byka, który nikogo żywego nie przepuszcza.
Zawołaj wszystkich swoich do siebie. Uprzedź ich, żeby uważali, bardzo uważali. Kiedy tylko usłyszą ryk byka, ryk straszny i nie¬samowity, niech padną na ziemię i niech tak leżą na brzuchu z twarzą zwróconą do ziemi, dopóki byk nie przejdzie. Biada temu, kto nie posłucha twojego głosu! Ponieważ qui se humiliat exaltabitury et qui se exaltat humiliabitur (kto się poniża, będzie wywyższony, a kto się wywyższa, będzie poniżony). Potem dodał:
Szybko, szybko! Byk nadchodzi. Krzycz głośno, niech padną na ziemię.
Krzyczałem głośno, a on zachęcał mnie:
Krzycz jeszcze głośniej, krzycz jeszcze głośniej, krzycz, krzycz!
Krzyczałem tak głośno, że chyba przestraszyłem księdza Lemoyne'a (dyrektora Lanzo), który spał w pokoju obok. Nagle dał się słyszeć straszliwy ryk byka.
Uwaga, uwaga! Każ im ustawić się w rzędach, jeden obok drugiego, po obu stronach, z przejściem pośrodku, aby byk mógł tamtędy przejść.
Tak krzyczał do mnie ten człowiek. Wydałem takie same rozkazy i w mgnieniu oka wszyscy padli na ziemię; z daleka widać było zbliżającego się rozszalałego byka. Niektórzy jednak chcieli zobaczyć, co to za stwór, i nie padli na ziemię: na szczęście było ich niewielu.
A człowiek ten powiedział do mnie:
Teraz zobaczysz, co się z nimi stanie; zobaczysz, co dostaną za to, że nie chcą się poniżyć.
Chciałem ich jeszcze ostrzec, podbiec do nich, kazać im się położyć, ale mój Przewodnik zdecydowanie mi tego zabronił.
Posłuszeństwo obowiązuje też i ciebie: uniż się!
Jeszcze się nie położyłem, gdy dał się słyszeć straszliwy, przerażający i głośny ryk. Wszyscy zadrżeliśmy i pytaliśmy się:
Co się stanie?
Stała się niezwykła rzecz, która zadziwiła i mnie: chociaż pochyliłem głowę do ziemi, a oczy wbiłem w pył drogi, doskonale widziałem to, co się wokół mnie działo. Byk miał siedem rogów wyrastających jakby naokoło głowy. Rogi te ruszały się, obracał nimi jak chciał, i aby powalić człowieka, nie musiał obracać się w różne strony; wystarczyło, że parł do przodu, a przewracał wszystko, cokolwiek napotkał.
Byk był już blisko. Wtedy Przewodnik zawołał:
Teraz zobaczymy, jakie są skutki pokory.
W jednej chwili wszyscy unieśliśmy się na znaczną wysokość w górę, tak że byk nie mógł nas dosięgnąć. Ale ta garstka, która się nie uniżyła, nie została wyniesiona w górę. Nadbiegł byk i rozszarpał ich w jednej chwili. Ani jeden się nie uratował. My tymczasem patrzyliśmy na rozszalałego byka, który usiłował nas dosięgnąć; podskakiwał, aby nas dostać rogami; ale nie mógł wyrządzić nam żadnej krzywdy. Wtedy, rozwścieczony jak nigdy dotąd, odszedł; a my znaleźliśmy się na ziemi. Przewodnik zawołał:
Obróćmy się na południe!
I oto wszystko przed nami się odmieniło. Łąka zniknęła, a zamiast niej zobaczyliśmy ogromny kościół, piękny i wspaniale zdobiony. Wśród radosnego migotania świateł wystawiony był Przenajświętszy Sakrament. Kiedy trwaliśmy na adoracji, nadbiegło całe stado rozszalałych byków, zdecydowanych, aby nas zetrzeć z powierzchni ziemi. Jednak znalazłszy nas na adoracji Jezusa w Sakramencie, nic nam nie mogły uczynić i wkrótce zniknęły. Nagle zniknął nam z oczu kościół i ołtarz; wszystko zniknęło, a my znowu znaleźliśmy się na łące" (M.B. XII, 463).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończył opowiadanie mówiąc, że łatwo jest zrozumieć, iż byk to wróg duszy, demon. Siedem rogów to siedem grzechów głównych. Przed straszliwymi uderzeniami tego piekielnego byka ratuje nas Eucharystia i pokora - podstawa oraz fundament każdej cnoty.
Wśród cennych rad, których udzielał ks. Bosko, ta była niezwykle ważna:
„Miej pokorę, aby uznać swą słabość;
Miej pokorę, abyś przyjął pomoc tego, kto umie i może ci pomóc; miej pokorę, aby się modlić oraz często i dobrze spowiadać".

Sen Wiara: nasza tarcza i nasze zwycięstwo

Przed opowiedzeniem tego snu ksiądz Bosko wygłosił następujący wstęp: „Od dłuższego czasu prosiłem Pana, aby dał mi poznać stan duszy moich synów. Zwłaszcza podczas rekolekcji byłem zaprzątnięty tą myślą... I Pan zechciał mnie wysłuchać, pozwalając mi czytać w sumieniach chłopców, tak jakbym czytał w otwartej księdze; najcudowniejsze jest to, że zobaczyłem nie tylko obecny stan każdego z nich, ale też i rzeczy, które miały zdarzyć się w przyszłości. To również dokonało się w przedziwny sposób, ponieważ nigdy nie przytrafiło mi się nic podobnego, abym widział tak dobrze i tak wyraźnie sprawy przyszłe oraz sumienia".
Ten wstęp na temat nadnaturalnego czynnika snu nabiera znaczenia, kiedy weźmiemy pod uwagę wielką pokorę księdza Bosko oraz prostotę, z jaką zawsze miał zwyczaj dobierać słowa.
We śnie ksiądz Bosko rozpoznał swego brata Józefa, brata Michała Romano, dyrektora Domu nowicjatu Braci Szkół Chrześcijańskich w Turynie, oraz dwóch kapłanów: księdza Alasonattiego i księdza Ruffino, którzy byli jednymi z pierwszych, najbardziej oddanymi jego synami i współpracownikami. Przytaczamy opowiadanie, gdzieniegdzie skrócone.

„Zdawało mi się, że jestem w Oratorium o zmroku. Otaczało mnie mnóstwo chłopców, tak jak jest to w zwyczaju, ponieważ jesteśmy przyjaciółmi. Doszedłem do środka podwórza, kiedy usłyszałem krzyki i dzikie wrzaski, dochodzące ze stróżówki. Chłopcy biegli na oślep, krzycząc i uciekając w naszą stronę. Odwróciłem się więc i ujrzałem jakiegoś potwora, który wydał mi się gigantycznym lwem. Miał ogromną głowę, a paszczę tak wielką i rozwartą, że zdawać by się mogło, iż stworzona była do pożerania ludzi w całości. Wystawały z niej dwa potężne, długie i ostre kły, na podobieństwo mieczy".
Ksiądz Bosko kontynuował mówiąc, że chłopcy otoczyli go ciasno, niespokojni, chcąc dowiedzieć się, co robić, aby się ocalić.
Odwróćmy się - odpowiedział ksiądz Bosko - ku krużgankom, ku figurze Matki Bożej, uklęknijmy i módlmy się żarliwie, aby przyszła nam z pomocą i pokazała nam, co to za potwór. Jeśli to dzikie zwierzę, zabijemy je; ale jeśli to demon, nie bójcie się, Maryja nas ocali".
Tymczasem potwór zbliżał się powoli, czołgając się prawie po ziemi, jakby szykował się do skoku.
„Upłynęło kilka chwil na modlitwie. Dzika bestia podeszła tak blisko, że jednym skokiem mogła rzucić się na nas. Ale wtedy, nie wiem jak, coś przeniosło nas do przyległego refektarza. W samym jego środku zobaczyliśmy Matkę Bożą, która, jaśniejąc żywym światłem niczym słońce w południe, oświetlała cały refektarz, powiększony wzdłuż i wszerz stokrotnie. Otaczali ją święci i aniołowie, tak że ta sala wydawała się rajem.
W naszych sercach strach ustąpił miejsca zdumieniu. Oczy wszystkich skupione były na Matce Bożej, która z dobrocią powiedziała:
Nie bójcie się; miejcie wiarę; to tylko próba, na którą chce was wystawić mój Boski Syn.
Przyjrzałem się wtedy tym, którzy jaśniejąc w chwale otaczali wieńcem Świętą Dziewicę i rozpoznałem księdza Alasonattiego, księdza Ruffino, brata Michała od Szkół Chrześcijańskich oraz mojego brata Józefa i innych, którzy kiedyś byli w naszym Oratorium, a teraz są w raju.
I oto jeden z tych, którzy stanowili orszak Dziewicy, powiedział głośno:
-Surgamusl (Powstańmy).
- Ale jak mamy powstać, skoro już stoimy!
Surgamusl - powtórzył mocniej tym samym głosem.
Nie mogłem wytłumaczyć sobie tego polecenia. Wtedy inny z tych, którzy byli z Błogosławioną Dziewicą, zwrócił się do mnie - stojącego na stole, aby panować nad resztą - i zaczął mówić silnym głosem, a chłopcy uważnie słuchali:
Ty, będąc księdzem, powinieneś zrozumieć to surgamus. Kiedy odprawiasz Mszę, czyż nie powtarzasz codziennie Sursum corda (W górę serca)? Czy przez to rozumiesz, że masz się wznieść ciałem, czy też, że masz wznieść swoje uczucia ku Bogu?
Szybko krzyknąłem do chłopców:
No, dzieci, ożywmy naszą wiarę, wznieśmy nasze serca ku Bogu!
I wszyscy uklękliśmy. Kiedy modliliśmy się w porywie ufności, poczuliśmy, że jakaś nadnaturalna siła podnosi nas z ziemi i wznieśliśmy się wysoko w górę. Znaleźliśmy się w powietrzu, a ja byłem zdumiony, że nie spadamy na ziemię. A oto potwór, którego widzieliśmy na podwórzu, wszedł do sali, a za nim mnóstwo zwierząt różnego gatunku, wszystkie jednak były dzikie. Biegały po refektarzu, rycząc straszliwie, i wydawało się, że w każdej chwili mogą skoczyć, aby nas dosięgnąć. My przyglądaliśmy się im z góry.
Gdybym teraz spadł - powiedziałem do siebie - zostałby ze mnie krwawy strzęp!
Kiedy tak trwaliśmy w tej dziwnej pozycji, usłyszeliśmy głos Matki Bożej, śpiewającej słowa świętego Pawła: Sumite ergo scutum fidei inexpugnabile (Weźcie niezłomną tarczę wiary).
Śpiew był tak zachwycający, że trwaliśmy jakby w ekstazie. Słuchając tego rajskiego śpiewu, dostrzegliśmy jak z obu stron Matki Bożej pojawili się pełni uroku młodzieńcy, na skrzydłach zstępujący z nieba. Zbliżyli się do nas, niosąc w rękach tarcze; na sercu każdego chłopca kładli jedną. To były wielkie, piękne i błyszczące tarcze; odbijało się w nich światło, którym jaśniała Matka Boża. Każda wydawała się być z żelaza, z diamentowym kręgiem w środku i brzegiem z czystego złota. Tarcza ta symbolizowała wiarę.
Kiedy wszyscy zostaliśmy uzbrojeni, ci, którzy otaczali Błogosławioną Dziewicę, zaintonowali tak harmonijną pieśń, że nie mam słów, aby to wyrazić.
Kiedy podziwiałem ten widok i rozkoszowałem się muzyką, wstrząsnęło mną silne wołanie:
- Adpugnam! (Do boju!).
Wszystkie bestie zaczęły dziko się rzucać. Nagle spadliśmy na podłogę, ale utrzymaliśmy się na nogach i oto starliśmy się w walce z bestiami, osłonięci boskimi tarczami. Potwory w kłębach dymu, dobywającego się z ich nozdrzy, ciskały w nas ołowianymi kulami, strzałami i wszelkiego rodzaju pociskami; uderzały one jednak w tarcze i powracały, skąd przyszły.
Walka trwała długo. Wreszcie usłyszeliśmy głos Matki Bożej:
Haec est victoria vestra, ąuae vincit mundum, fides vestra! (Oto wasze zwycięstwo, które podbije świat: wasza wiara).
Na ten głos przestraszone bestie rzuciły się do ucieczki i zniknęły; my zaś byliśmy ocaleni i zwyciężyliśmy w tej wielkiej sali, oświetlonej żywym światłem, którym jaśniała Matka Boża.
Ale naszą radość zmąciły nagle krzyki i rozdzierające jęki, pomieszane z dzikimi rykami. Zdawało się, że bestie, które przed chwilą uciekły z sali, rozdzierają naszych chłopców. Chciałem wyjść na zewnątrz, aby pomóc moim dzieciom, jednak chłopcy stanęli u drzwi, aby mi w tym przeszkodzić. Starałem się ze wszystkich sił uwolnić i przekonywałem ich:
Pozwólcie mi wyjść: chcę pomóc moim chłopcom, a jeśli przytrafi im się jakaś krzywda albo spotka ich śmierć, chcę umrzeć razem z nimi!
I wyrwawszy się im, pobiegłem w stronę krużganków. I cóż zobaczyłem! Całe podwórze zasłane było trupami, rannymi i umierającymi. Chłopcy usiłowali uciekać, ale potwory ścigały ich, rzucały się na nich i rozdzierały.Największy postrach siał potwór, który jako pierwszy pojawił się na podwórzu. Swoimi zębiskami podobnymi do mieczy rozdzierał ciała chłopców, od lewej do prawej i od prawej do lewej, a oni z podwójną raną w sercu padali martwi.
Śmiało zacząłem krzyczeć:
- Odwagi, moje kochane dzieci!
Wielu chroniło się blisko mnie. Ale potwór, kiedy mnie zobaczył, ruszył mi na spotkanie. Zbierając się na odwagę, postąpiłem ku niemu parę kroków. Kilku chłopców, którzy już pokonali bestię, wyszło z sali i przyłączyło się do mnie. Ten książę demonów rzucił się na mnie i na moich towarzyszy, ale nie mógł nas zranić, bo osłaniały nas tarcze; a nawet więcej: na ich widok - przerażony i wręcz z szacunkiem - zaczął się wycofywać. Wtedy to, wpatrując się w jego długie kły podobne do mieczy, przeczytałem na nich dwa słowa napisane drukowanymi literami. Na jednym z nich było słowo Otium (bezczynność), na drugim Gula (łakomstwo).
Czy to możliwe, myślałem sobie, że w naszym domu, gdzie jest tyle pracy, są grzechy bezczynności? A łakomstwo? Mówiąc między nami, nawet gdyby się chciało, to łakomstwem nie można tu zgrzeszyć".
Ksiądz Bosko opowiadał dalej, że zwrócił się do brata Michała o wyjaśnienia.
- Mój drogi - odpowiedział ten święty człowiek - w tym jeszcze jesteś nowicjuszem. Co się tyczy łakomstwa, to musisz wiedzieć, że można zgrzeszyć brakiem wstrzemięźliwości nie tylko wtedy, kiedy się je lub pije ponad miarę, ale również wtedy, gdy się zbyt dużo śpi lub zbyt wiele troski przykłada do swego ciała. Co się zaś tyczy bezczynności, można zgrzeszyć, pozwalając wyobraźni na myślenie o rzeczach niebezpiecznych.
Ksiądz Bosko zakończył: „Chciałem wtedy zbliżyć się do Matki Bożej, która - jak mi się zdawało - miała mi jeszcze coś do powiedzenia. Byłem już blisko Niej, kiedy z zewnątrz dotarły do moich uszu nowe krzyki. Chciałem znów wyjść, ale wychodząc obudziłem się" (M.B. XII, 348).
★ ★ ★
Dziś nadal, jak zawsze, jaśnieje niezwyciężona broń, którą zobaczył ksiądz Bosko i której nauczył się dobywać przeciwko knowaniom wroga: to żywa wiara, synowskie oddanie Maryi, pilna praca i wstrzemięźliwość. Ksiądz Bosko, który rzuca się na ratunek swoim dzieciom, „gotów umrzeć razem z nimi", mobilizuje nas i dodaje odwagi swoim ojcowskim wsparciem.

Sen Winnica Pana i kury

23 stycznia 1876 roku po modlitwach wieczornych ksiądz Bosko wszedł na małą katedrę, skąd miał zwyczaj wygłaszać do swoich wychowanków „słowo na dobranoc". Jego promieniejąca twarz wyrażała jak zwykle radość, że przebywa wśród swoich dzieci. Kiedy nastała cisza, zaczął opowiadać swój sen.

Znajdował się na wsi i miał przed sobą ciągnące się daleko pola, położone na rozległej i pięknej równinie. Zobaczył tam wieśniaków, pracujących różnymi narzędziami: były tam rydle, motyki, grabie i wiele innych. Jedni orali, inni równali, jeszcze inni siali. Gdzieniegdzie widać było kierujących pracą i księdzu Bosko zdawało się, że jest jednym z nich. Cudownie było popatrzeć, jak ci dobrzy robotnicy ani na chwilę nie odrywali się od swojej pracy. W innym miejscu chóry wieśniaków śpiewały pieśni.
Kiedy ksiądz Bosko rozkoszował się tym pięknym widokiem, zobaczył, że otoczyli go niektórzy jego księża i wielu kleryków. Pojawiła się też tajemnicza Przewodniczka z jego snów, którą zapytał:
Gdzie my jesteśmy? Kim są ci robotnicy? Do kogo należy to pole?
Przewodniczka odpowiedziała:
Ksiądz uczył się łaciny: jaki jest pierwszy rzeczownik drugiej deklinacji, którego ksiądz się nauczył?
To dominus - odpowiedział ksiądz Bosko.
A jak to będzie w dopełniaczu?
Domini.
Świetnie! To pole jest Domini, to znaczy: Pana.
Tymczasem ksiądz Bosko ujrzał różnych ludzi, którzy przychodzili z workami ziarna, aby siać, a grupa wieśniaków śpiewała: Exiit qui seminat seminare semen suum (Oto Siewca wyszedł siać). Wtedy też zobaczył, że zewsząd wybiegło mnóstwo kur, które rozproszywszy się po polu, wydziobywały całe zasiane ziarno.
A grupa wieśniaków dalej śpiewała: Venerunt aves coeli, sustu-leruntfrumentum et reliąuerunt zizaniam (Przyleciały ptaki, zabrały ziarno, a zostawiły kąkol).
Ksiądz Bosko dalej opowiadał: „Rozglądałem się wokoło i patrzyłem na kleryków, którzy byli ze mną. Jeden z założonymi rękami stał sobie obojętnie, inny rozmawiał z kolegami, niektórzy kulili się, a jeszcze inni spokojnie odpoczywali; nikt jednak nie przepędzał kur. Zwróciłem się do nich urażony i wołając każdego po imieniu, powiedziałem:
Co wy robicie? Czy nie widzicie, że te kury zjedzą całe ziarno i rozwieją nadzieje dobrych wieśniaków?
Ale klerycy kulili się, patrzyli na mnie i nic nie odpowiadali.
Głupcy! - ciągnąłem - Kury już dawno się najadły. Nie możecie zaklaskać w dłonie i zrobić o, tak!?
Wtedy niektórzy zaczęli przepędzać kury, a ja powtarzałem sobie: «Hm, tak, teraz, kiedy całe ziarno jest już zjedzone, przepędzają kury!»
W tym samym czasie do moich uszu dobiegł śpiew wieśniaków, którzy śpiewali tak: Canes muti nescientes latrare (Nieme psy, które nie potrafią szczekać).
Wtedy odwróciłem się do Przewodniczki i miotając się między zdumieniem a oburzeniem, powiedziałem jej: Szybko, wyjaśnij mi to, co widzę. Co to za ziarno, które jest wrzucane w ziemię?
A to dobre! Semen est Verbum Dei (Ziarnem jest słowo Boże).
A to, że jedzą je kury, co oznacza? Przewodniczka, zmieniając ton głosu, odpowiedziała:
Pole to winnica Pana, o której mówi się w Ewangelii; można również uznawać je za serce człowieka. Rolnicy to głosiciele Ewangelii, którzy sieją słowo Boże, szczególnie poprzez nauczanie. Słowo to wydałoby wielki plon w sercu otwartym, ale przylatują ptaki i je wydziobują.
A co oznaczają te ptaki?
Chcesz, żebym ci powiedziała? To szemrania. Po usłyszeniu kazania jeden komentuje gest, inny ton, a jeszcze inny to, co powiedział kaznodzieja; i oto ziarno nauki zostaje zabrane. Ktoś oskarża kaznodzieję o braki fizyczne lub intelektualne; jeszcze inny śmieje się z jego języka; i w taki sposób cały owoc kazania ulatuje. Podobnie jest z dobrą lekturą.
Ziarno, chociaż pole nie jest zbyt żyzne, i tak wykiełkuje, wyrośnie i wyda owoc. Jeśli na świeżo zasiane pole spadnie burza, ziarno zostanie wymyte i nie przyniesie dużego owocu, ale zawsze jakiś przyniesie; kiedy jednak kury albo ptaki wydziobią ziarno, pole nie wyda plonu. Podobnie jest wtedy, gdy po kazaniu, nauce czy dobrych postanowieniach pojawiają się jakieś pokusy czy rozrywki; owoc staje się wtedy mniejszy. Gdy jednak pojawia się szemranie, osądy lub temu podobne, już nic nie jest w stanie zatrzymać tej nauki - wszystko zostaje natychmiast wymiecione. A kto powinien klaskać w ręce, nalegać, krzyczeć, aby te szemrania, te złe rozmowy nie miały miejsca? Przecież wiesz!
Ty, będąc kapłanem, musisz kłaść nacisk właśnie na to: nauczaj, zachęcaj, mów i nigdy nie bój się, że powiesz za dużo: niech wszyscy wiedzą, że czynienie przytyków temu, kto naucza, zachęca, udziela dobrych rad - przynosi najwięcej zła. A kiedy na widok bałaganu zachowuje się milczenie, nie stara się temu przeszkodzić, zwłaszcza gdy można i powinno się interweniować, jest to jawny współudział w złu popełnianym przez innych.
Poruszony tymi słowami, chciałem zganić kleryków, zapalić w nich pragnienie wypełniania swoich obowiązków; ale uczyniwszy kilka kroków, potknąłem się o porzucone na polu grabie i obudziłem się" (M.B. XII, 40).

★ ★ ★
Mówiąc o tym śnie, ksiądz Bosko stwierdził: „We śnie widziałem wszystkich, a także stan, w jakim każdy się znajduje: czy jest kurą, czy niemym psem, czy też jest wśród tych, którzy - upomniani - wzięli się do pracy, albo wśród tych, co siedzieli i nic nie robili. Wykorzystam tę wiedzę przy spowiedzi, zachęcając publicznie i prywatnie, dopóki nie zobaczę, że wyda ona dobre owoce..."
Przybrawszy surowy wyraz twarzy, kontynuował: „Kiedy myślę o mojej odpowiedzialności na stanowisku, na którym się znajduję, drżę cały... Jakiż straszliwy rachunek zdam Bogu za wszystkie te łaski, którymi obdarza mnie dla pomyślności naszego Zgromadzenia!" (M.B. Xli, 50).

Sen Cudowne dwuzębne widły

W roku 1875, chcąc skłonić swoich wychowanków do uroczystego przeżycia miesiąca Maryi Wspomożycielki, ksiądz Bosko opowiedział im sen, który wywołał głębokie i trudne emocje. Zapowiedział go wieczorem 30 kwietnia, a opowiedział wieczorem 4 maja, zaspokajając ciekawość, która z dnia na dzień była coraz większa. Streścimy go, posługując się, jak zawsze, słowami samego księdza Bosko:

„Kiedy się tylko położyłem, zasnąłem i wydawało mi się, że znalazłem się w jakiejś rozległej dolinie: gdzieniegdzie wznosiły się wysokie pagórki. W głębi doliny z jednej strony jaśniało światło, z drugiej na horyzoncie panował półmrok.
Kiedy tak podziwiałem tę równinę, zobaczyłem, jak idą w moją stronę Buzzetti i Gastini [jego wierni współpracownicy z pierwszych lat], którzy mi powiedzieli:
Niech ksiądz Bosko wsiądzie na konia. A ja:
Nie chcę; raz wsiadłem na konia i spadłem. Ale Buzzetti i Gastini nalegali:
- Niech ksiądz szybko wsiada na konia, nie mamy czasu do stracenia!
Ale gdzie jest ten koń? Nie widzę tu żadnego konia.
Oto on! - zawołał Gastini.
Odwróciłem się i zobaczyłem pięknego i ognistego konia: miał silne i wysokie nogi, gęstą grzywę i błyszczącą sierść.
Dobrze - odpowiedziałem - ponieważ chcecie, abym wsiadł
na konia, wsiądę; ale jeśli skręcę kark, ty, Buzzetti, będziesz musiał mi go nastawić!
Podeszliśmy do konia. Wsiadłem na niego z trudem, a oni mi pomagali. Wreszcie znalazłem się w siodle. Jak wysoko było na tym koniu! Zdawało mi się, że siedzę na jakimś podwyższeniu, z którego górowałem nad całą doliną.
A koń ruszył. Po jakimś czasie zatrzymał się. Wtedy zobaczyłem wszystkich księży z Oratorium, idących w moją stronę w towarzystwie wielu kleryków - otoczyli mojego konia. Wśród nich dostrzegłem księdza Ruę, księdza Cagliera, księdza Bolognę. Wszyscy byli smutni, co wskazywało na jakieś poważne zmartwienie. Chciałem wiedzieć, co się dzieje; jeden z nich podał mi trąbę i powiedział, żebym dmuchnął do środka. Dmuchnąłem, a z trąby wydobył się głos: „Jesteśmy w krainie próby".
Wtedy zobaczyłem, jak z pagórka schodzi mnóstwo chłopców - było ich chyba ponad dwadzieścia tysięcy. Wszyscy, uzbrojeni w widły, wielkimi krokami schodzili w milczeniu do doliny. Wśród nich zobaczyłem chłopców z Oratorium i z innych kolegiów, a także wielu takich, których nie znałem. W międzyczasie niebo z jednej strony doliny pociemniało jak w nocy, i pojawiło się mnóstwo zwierząt podobnych do lwów i tygrysów. Z czerwonymi, wychodzącymi prawie na wierzch ślepiami rzuciły się na chłopców, którzy rozpaczliwie bronili się dwuzębnymi widłami, zasłaniając się w ten sposób przed atakami bestii. Potwory gryzły widły, łamały sobie na nich zęby i znikały. Byli też chłopcy, którzy mieli widły zakończone tylko jednym ostrzem - ci odnosili rany; niektórzy mieli złamany trzonek, a jeszcze inni - przeżarty przez korniki; byli też i tacy, którzy rzucali się na zwierzęta bez żadnej broni i padali ofiarą ich zębów; niemało zostało zabitych.
Tymczasem mojego konia otoczyły zewsząd węże, ale kopiąc i wierzgając przeganiał je i odrzucał - i rósł coraz bardziej, osiągając niewiarygodny wzrost.
Zapytałem jednego, co oznaczają dwuzębne widły. Przyniósł mi je i zobaczyłem, że na jednym zębie widniał napis: spowiedź, a na drugim: Komunia.
Ale co oznaczają dwa zęby?
Zadmij w trąbę.
Zadąłem w trąbę, a z niej wydobył się głos: „Dobrze odbyta spowiedź i Komunia".
Znowu zadąłem w trąbę i znowu wydobył się z niej głos: „Połamany trzonek: źle odbyta spowiedź i Komunia; trzonek zżarty przez korniki: źle odbyte spowiedzi".
Po zakończeniu pierwszego ataku objechałem pole bitwy i zobaczyłem wielu rannych i zabitych. Niektórzy leżeli na ziemi uduszeni, z nabrzmiałą szyją; inni ze straszliwie zdeformowaną twarzą; jeszcze inni umarli z głodu, mimo że blisko nich znajdował się talerz cukierków. Uduszeni to ci, którzy w dzieciństwie mieli to nieszczęście, że popełnili jakiś grzech, i nigdy się z niego nie wyspowiadali; ci ze zdeformowaną twarzą byli łakomczuchami; a ci, którzy umarli z głodu, chodzili się spowiadać, ale nie stosowali się do rad spowiednika.
Niedaleko każdego, którego widły miały trzonek przeżarty przez korniki, widniało jakieś słowo. Ktoś miał napisane: pycha; ktoś inny: lenistwo; a jeszcze inny: nieczystość, itd. Zauważyłem też, że maszerujący chłopcy przechodzili po różach i cieszyli się z tego, jednak zrobiwszy kilka kroków, wydawali przeraźliwe okrzyki i padali martwi albo zostawali ranni, ponieważ pod różami znajdowały się ciernie. Inni jednak, depcząc odważnie róże szli po nich, dodając sobie nawzajem otuchy, i zwyciężali.
Ale niebo znowu pociemniało i w jednej chwili pojawiły się zwierzęta i potwory jeszcze liczniejsze niż przedtem. Otoczyły one i mojego konia. Potwory zaczęły rosnąć tak, że przestraszyłem się i zdawało mi się, że już podrapały mnie swoimi łapskami. Ale i mnie przyniesiono widły; wtedy rzuciłem się do walki, a potwory do ucieczki.
Wówczas zadąłem w trąbę, a po całej dolinie zabrzmiał echem głos: „Zwycięstwo! Zwycięstwo!"
Jak to możliwe - zapytałem - że odnieśliśmy zwycięstwo? Jest tylu rannych i zabitych!
Znowu zadąłem w trąbę i usłyszałem głos: „Czas dla pokonanych".
Wtedy niebo się wypogodziło i pojawiła się tęcza nieopisanej piękności. Była tak szeroka, że zdawała się z jednej strony opierać się o Supergę a z drugiej o Moncenisio. Zwycięzcy mieli na głowach cudownie błyszczące korony; ich twarze promieniały zachwycającą urodą. Pośrodku tęczy widać było orkiestrę złożoną z rozradowanych ludzi. Jakaś szlachetna Pani, odziana po królewsku, pojawiła się przy orkiestrze i zawołała:
- Dzieci moje, chodźcie; schrońcie się pod mój płaszcz! I rozpostarła szeroki płaszcz, a wszyscy chłopcy ruszyli tam biegiem: niektórzy lecieli jak na skrzydłach, a na ich czołach było napisane: niewinność; inni szli pieszo, jeszcze inni się wlekli; ja też ruszyłem biegiem, a kiedy tak biegłem, obudziłem się".

Dwa dni później ksiądz Bosko, chcąc zaspokoić słuszną ciekawość swoich żywych słuchaczy, powiedział: „Ta dolina, ta kraina próby, to ten świat; węże to demony; potwory - straszliwe pokusy; koń - ufność w Bogu. Ci, którzy szli po różach i padali martwi, to tacy, którzy oddają się światowym przyjemnościom; ci, którzy róże deptali, to tacy, którzy gardzą przyjemnościami tego świata i zwyciężają; ci, którzy frunęli na skrzydłach pod płaszcz, to niewinni.
Ci z was, którzy chcą wiedzieć, czy byli wśród zwycięzców, czy też nie, czy byli wśród zmarłych albo rannych, niech przyjdą do mnie, a wszystko im wyjaśnię" (M.B. XI, 257).
★ ★ ★
Kilka dni później ksiądz Julian Barberis [przyszły główny katecheta Zgromadzenia] podczas rozmowy wrócił do tematu snu, aby się więcej o nim dowiedzieć. Ksiądz Bosko ograniczył się do poważnej odpowiedzi: „To coś więcej niż sen!"
Wyjaśnia to zapewnienie jego sekretarza, księdza J. Berty: „Ja również chciałem zapytać o to, co mnie dotyczyło; dostałem tak dokładną odpowiedź, że zapłakałem i powiedziałem: «Gdyby z nieba przyszedł anioł, nie mógłby lepiej trafić w sedno» (M.B. Xl, 262).

Sen Dwóch grabarzy z trumną

Pod koniec wakacji roku szkolnego 1872 - 1873 księdzu Bosko przyśniło się, że spotkał ucznia, który powracał do Oratorium. Pozdrowił go serdecznie:
-I co, mój drogi, jak spędziłeś wakacje?
Dobrze - odpowiedział.
Ale powiedz mi: czy dotrzymałeś poczynionych postanowień?
Nie! Były zbyt trudne; upomnienia księdza i moje postanowienia włożyłem do tej szkatułki.
I pokazał mu szkatułkę, którą trzymał pod pachą.
Nieszczęsny biedaku! Postaraj się przynajmniej uporządkować sprawy twojej duszy.
Jakiej duszy! Jest jeszcze czas... a zresztą... a zresztą... -i już się oddalał.
Dlaczego tak postępujesz? Posłuchaj mnie, a będziesz zadowolony.
- Phi! - prychnął, wzruszając ramionami, i poszedł sobie. Ksiądz Bosko, śledząc go wzrokiem pełnym smutku, zawołał:
Biedny chłopcze! Dokonałeś zniszczenia i nie widzisz dziury, jaką w sobie wywierciłeś!
To mówiąc, obudził się i długo rozmyślał nad spotkaniem z tym chłopcem, którego doskonale znał, i nie mógł się uspokoić. Wreszcie, zasnąwszy znowu, powrócił do przerwanego snu.

„Wydawało mi się - opowiadał ksiądz Bosko - że jestem sam na podwórzu, idę do stróżówki i spotykam tam dwóch grabarzy. Zdziwiony, podchodzę i pytam ich:
Kogo szukacie?
Umarłego - odpowiadają.
Tu nie ma żadnego umarłego; pomyliście drzwi.
A to nie jest dom księdza Bosko?
Tak, to jest Oratorium - odpowiedziałem.
No właśnie; uprzedzono nas, że jakiś chłopak od księdza Bosko umarł i trzeba go pochować.
- Jak to możliwe - śniłem - że ja nic o tym nie wiem? Poszedłem za grabarzami do krużganków i znaleźliśmy tam
trumnę, na której z jednej strony wypisane było imię zmarłego chłopca i rok 1872; z drugiej strony widniały te straszliwe słowa: „Vitia eius cum puhere dormient" (Do grobu zabierze swoje winy). Grabarze chcieli go zabrać, ale ja sprzeciwiłem się, mówiąc:
Nigdy nie pozwolę, aby choć jedno moje dziecko zostało mi zabrane, zanim się z nim jeszcze raz nie rozmówię.
I zacząłem chodzić wokół trumny, usiłując ją otworzyć; było to jednak niemożliwe. A ponieważ sprawa się przeciągała, grabarze zaczęli się niecierpliwić i protestować, a pod wpływem złości jeden z nich tak mocno kopnął w trumnę, że mnie obudził. Przez resztę nocy byłem smutny i przygnębiony. Kiedy nastał ranek, zapytałem od razu o tego chłopca i dowiedziałem się, że odpoczywa. Wtedy mój ból trochę ustał".
Bez wątpienia ksiądz Bosko zrobił wszystko, co możliwe, aby przygotować go do tego wielkiego kroku, ale potem musiał wyjechać z Oratorium. I właśnie wtedy chłopiec ciężko zachorował. Przybył ksiądz Cagliero, który najdelikatniej jak umiał zachęcał go, by pomyślał o swojej duszy, jednak chłopiec powiedział, żeby go zostawiono w spokoju. Ksiądz Cagliero powrócił i zaczął rozmawiać z nim o różnych sprawach, ale gdy tylko zadawał mu jakieś pytanie dotyczące prywatnego życia, biedak zorientowawszy się, dokąd kapłan zmierza, nie odzywał się i odwracał się w drugą stronę. Ksiądz Cagliero zachodził go więc z tamtej strony, ale chłopak znowu odwracał się w milczeniu. Czynność tę powtarzał wielokrotnie i zmarł bez sakramentów w dniu, kiedy ksiądz Bosko wrócił do Oratorium.
Ta śmierć wywarła na wszystkich ogromne wrażenie, które utrzymywało się jeszcze długo (M.B. X, 51).

★ ★ ★
Wśród chłopców z Oratorium panowało przekonanie, że śmierć w asyście księdza Bosko jest piękna. Miały więc miejsce zgony których zazdroszczono z powodu towarzyszącej im pogody ducha. To, co opisaliśmy, było więc rzadkim, a być może i jedynym przypadkiem śmierci, jakiej nikt by sobie nie życzył. Ksiądz Bosko przewidział ją w przytoczonym śnie i nie szczędził zachęty, aby sprowadzić na dobrą drogę tego piętnastolatka. Jednak łaska Boga zawsze wymaga współpracy ludzkiej woli, której w tym przypadku zabrakło, co sprawiło księdzu Bosko ogromny ból.

Sen Słowik i sokół

W Oratorium ks. Bosko chłopcy od 3 do 7 lipca 1872 roku uczestniczyli w rekolekcjach. Święty, pomodliwszy się do Pana, aby dał mu poznać, czy wszyscy odbyli je dobrze, miał następujący sen:

Znalazł się na podwórzu obszerniejszym od podwórza Oratorium, ze wszystkich stron otoczonym domami, a także krzewami i inną roślinnością. Na gałęziach drzew i wśród cierni krzewów gdzieniegdzie uwite były gniazda, w których znajdowały się młode, mające właśnie wzbić się do pierwszego lotu. Kiedy ksiądz Bosko rozkoszował się ich świergotaniem, spadł przed nim mały ptaszek: ksiądz rozpoznał w nim słowika.
Och! - powiedział - Upadłeś! Skrzydła nie wystarczą ci do lotu, ale ja mogę cię zabrać.
I kiedy tak mówił, ruszył do przodu i wyciągnął rękę, aby podnieść stworzonko. Właśnie dotykał jego skrzydeł, kiedy ptaszek zdobył się na wysiłek i pofrunął na sam środek podwórza.
Biedne stworzonko - pomyślał ksiądz Bosko - na próżno starasz się mi uciec, i tak cię dogonię i zabiorę.
Znowu podszedł do ptaka i właśnie miał go schwytać, kiedy słowik zrobił to samo co wcześniej - zebrał wszystkie siły i pofrunął kawałek dalej.
Chcesz sobie ze mnie pożartować - zawołał ksiądz Bosko. -W porządku, zobaczymy, kto wygra!
I oto stanął nad słowikiem po raz trzeci. I kiedy delikatnie wziął go w dłonie, ptak wzbił się w górę.
Ksiądz Bosko śledził go wzrokiem i dziwił się jego odwadze, kiedy nagle ujrzał ogromnego sokoła, który spadł na słowika, schwycił go w swe szpony i poniósł daleko, aby go pożreć.
„Widząc to - kontynuował ksiądz Bosko - poczułem, że krew ścina mi się w żyłach i kiedy ścigałem wzrokiem sokoła, mówiłem do siebie:
- Chciałem cię uratować, ale ty nie chciałeś dać się złapać; trzy razy zadrwiłeś sobie ze mnie, a teraz płacisz za swój upór.
Wtedy słowik odwrócił się w moją stronę i trzy razy wydał z siebie słaby krzyk:
-Jest nas dziesięciu! Jest nas dziesięciu! Jest nas dziesięciu!...
Poruszony obudziłem się i zacząłem zastanawiać się nad snem i tajemniczymi słowami, ale nie potrafiłem pojąć ich znaczenia.

Następnej nocy miałem ten sam sen. Wydawało mi się, że byłem na tym samym podwórzu, otoczonym jak poprzednio domami, drzewami i krzewami, i dostrzegłem tego samego sokoła, który krążył z ognistym wzrokiem, gotowy do ataku. Przeklinając jego okrucieństwo wobec słowika, podniosłem rękę, grożąc mu. Wtedy on uciekł przerażony, a uciekając upuścił mi pod nogi karteczkę, na której napisanych było dziesięć imion. Zaciekawiony podniosłem ją i przeczytałem imiona dziesięciu obecnych tutaj chłopców. Kiedy się obudziłem, natychmiast zrozumiałem tajemnicę tych imion: byli to chłopcy, którzy nie chcieli dobrze przeprowadzić ćwiczeń duchowych, nie robili rachunku sumienia i zamiast oddać się Panu przez księdza Bosko, woleli oddać się demonowi.
Ukląkłem, podziękowałem Maryi Wspomożycielce za to, że dała mi poznać w ten szczególny sposób tych, którzy wyłamali się z szeregu; jednocześnie obiecałem Jej, że nigdy nie przestanę - dopóki siły mi na to pozwolą - poszukiwać zagubionych owiec" (M.B. X, 50).

★ ★ ★
Sekretarz, ksiądz Joachim Berto, podczas procesów Apostolskich w sprawie beatyfikacji księdza Bosko oświadczył: „Pamiętam, że tych chłopców uprzedził ksiądz Bosko osobiście, i że jeden z nich, nie chcąc zmienić swojego postępowania, został wydalony z Oratorium" (M.B. X, 51).

Usta z Lanzo - dar Bilokacji Ks. Bosko

Dyrektor Kolegium Salezjańskiego w Lanzo Torinese, ksiądz J. B. Lemoyne, 4 marca 1867 roku zdał swoim podopiecznym relację z wizyty złożonej księdzu Bosko w Turynie. Mówił między innymi: „Ksiądz Bosko powiedział mi, że więcej niż raz duchowo przychodził was odwiedzać, przechadzał się po korytarzach, kręcił się po waszych pokojach i obserwował wasze zachowanie, i kiedy przyjedzie, powie wam coś na ten temat".
We własnoręcznie napisanym liście sam Święty mówi o jednej ze swych wizyt złożonych w Kolegium w Lanzo, kiedy fizycznie przebywał w Turynie.

Drogie i Ukochane moje dzieci!
Pragnę, najdroższe dzieci w Jezusie Chrystusie, pragnę przyjechać, aby spędzić z wami karnawał. Rzecz rzadka, ponieważ w tym okresie nie mam zwyczaju opuszczać domu w Turynie. Ale uczucie, jakie wielokrotnie mi okazaliście, oraz pisane do mnie listy wpłynęły na moją decyzję. Jednak prawdziwym powodem, który mnie do tego skłania, jest wizyta złożona wam kilka dni temu. Psłuchajcie tego strasznego i bolesnego opowiadania. Za waszą i waszych Przełożonych niewiedzą złożyłem wam wizytę. Dotarłszy do placyku przed kościołem, zobaczyłem naprawdę okropnego potwora. Miał wielkie i świecące ślepia, gruby i krótki nos, szeroki pysk, szpiczasty podbródek, uszy jak pies i sterczące nad głową dwa rogi na podobieństwo kozła. Śmiał się i żartował ze swoimi towarzyszami, skacząc to tu, to tam.
Co tutaj robisz, piekielny szyderco? - zapytałem go, przerażony.
Bawię się - odpowiedział - nie wiem, co mam robić.
Jak to? Nie wiesz, co masz robić? Czy może postanowiłeś zostawić w spokoju moich kochanych chłopców?
Nie potrzeba, żebym się nimi zajmował, bo w środku są moi przyjaciele, którzy doskonale mnie zastępują. Doborowi uczniowie, którzy zaciągają się do mojej służby i pozostają mi wierni.
Łżesz, ojcze kłamstwa! Tyle pobożnych praktyk, lektur, medytacji, spowiedzi...
Spojrzał na mnie drwiąco i dając mi znak, abym za nim poszedł, zaprowadził mnie do zakrystii i pokazał mi spowiadającego Dyrektora.
Widzisz - dodał - tylko niektórzy są moimi wrogami, ale wielu służy mi i tutaj; to ci, którzy obiecują i nie dotrzymują; ciągle spowiadają się z tego samego, a ja cieszę się z ich spowiedzi.
Potem zaprowadził mnie do sypialni i kazał mi popatrzeć, mówiąc:
Ten był już jedną nogą na tamtym świecie, wtedy złożył tysiące obietnic Stwórcy; ale potem stał się jeszcze gorszy niż przedtem!
Następnie zaprowadził mnie do innych miejsc domu i pokazał mi niewiarygodne rzeczy, których nie chcę opisywać, ale o których opowiem. Potem sprowadził mnie z powrotem na podwórze, a gdy stał ze swoimi towarzyszami przed kościołem, wtedy zapytałem go:
Co wyświadcza ci największą przysługę?
Rozmowy, rozmowy, rozmowy! Wszystko bierze się stąd. Każde słowo jest ziarnem, rodzącym cudowne owoce.
Kto jest twoim największym wrogiem?
Ci, którzy przystępują do Komunii.
Co najbardziej cię boli?
Dwie rzeczy: oddanie Maryi... - i tu zamilkł, jakby nie chciał dalej mówić.
A druga?
Zmieszał się; przybrał wygląd psa, potem kota, niedźwiedzia, wilka. Raz miał trzy rogi, raz pięć, a raz dziesięć; to znów trzy głowy, pięć albo siedem. I wszystko prawie jednocześnie. Drżałem; ktoś inny uciekłby na moim miejscu; ale ja chciałem zmusić go do mówienia, dlatego powiedziałem:
Koniecznie chcę, żebyś powiedział mi, jakich działań obawiasz się najbardziej. Nakazuję ci to w imię Boga Stwórcy, twojego i mojego Pana, któremu wszyscy musimy być posłuszni.
Wtedy on i jego towarzysze wykrzywili się, przybrawszy kształt, którego nigdy więcej nie chciałbym w moim życiu oglądać, i podnieśli wielki krzyk, który zakończył się tymi słowami:
Najbardziej boimy się i największą szkodę wyrządza nam dotrzymywanie postanowień spowiedzi!
Słowa te zostały wypowiedziane przy przerażających i głośnych wrzaskach, wszystkie potwory znikły jak błyskawice, a ja znalazłem się przy stole w moim pokoju. Resztę opowiem wam osobiście i wszystko wam wyjaśnię.
Niechaj nam Bóg błogosławi,
wasz kochający w Jezusie Chrystusie
ksiądz Jan Bosko
Turyn, 11 lutego 1871 roku (M.B.X, 42)

★ ★ ★
Oto zło, na jakie wskazuje ksiądz Bosko: złe rozmowy, koledzy stojący po stronie diabla, źle odbyta spowiedź, brak postanowienia... czy dotyczy to wyłącznie chłopców, których w tajemniczy sposób odwiedził ksiądz Bosko? Dzisiaj, oprócz narzędzi zepsucia używanych w XIX wieku, demon ma do dyspozycji nowy środek, być może najbardziej zgubny: pornografię w jej najrozmaitszych formach. Trzeba pomóc młodzieży się bronić.

Sen Zapowiedź śmierci trzech wychowanków w roku 1868

Ksiądz J. B. Lemoyne pisze: „Nieocenione było dobro duchowe, jakie uczniowie Oratorium czerpali ze snów księdza Bosko... Zapowiedź, że ksiądz Bosko będzie opowiadał sen, była w Oratorium wielkim wydarzeniem i chłopcy z niecierpliwością i niepokojem czekali na tę chwilę".

Wieczorem 31 grudnia 1867 roku ksiądz Bosko zgromadził chłopców w kościele i stanąwszy za pulpitem po modlitwach powiedział tak: „W tych dniach jest zwyczaj, że rodzice dają swoim dzieciom podarunki, a przyjaciele obdarowują się wzajemnie. Podobnie i ja mam taki zwyczaj i tego wieczoru pragnę dać wam, moja kochana młodzieży, pamiątkę, która niech służy wam jako zasada na cały przyszły rok".
Ksiądz Bosko kontynuował opowiadając, jak myślał o tym, jaki prezent podarować chłopcom z Oratorium, kiedy nagle znalazł się we śnie w przepięknym ogrodzie, pełnym wspaniałych róż i ogrodzonym murem, a nad wejściem do niego widniał wielki napis: 1868.
Bawiący się chłopcy, gdy tylko dostrzegli księdza Bosko, zaczęli się tłoczyć wokół niego i wszyscy razem weszli do ogrodu. Przeszedłszy kawałek, zobaczyli w kącie wielu chłopców, śpiewających wraz z księżmi i klerykami Miserere i inne modlitwy za zmarłych. Ksiądz Bosko podszedłszy do nich, zapytał:
Dlaczego śpiewacie Miserere} Czy może ktoś umarł?
Och! - odpowiedzieli - To ksiądz nie wie? Umarł taki a taki.
Ale śmierci można mu pozazdrościć. Ku naszemu zbudowaniu przyjął sakramenty i pokazał, iż w pełni godzi się z wolą Bożą. Teraz modlimy się za jego duszę, towarzysząc mu w ostatniej drodze, ale sądzimy, że on już teraz jest w raju.
A zatem miał dobrą śmierć - skomentował ksiądz Bosko. -Niech się spełni wola Boża. Naśladujmy jego cnoty i prośmy Pana, aby udzielił także i nam łaski dobrej śmierci.
Ciągle w licznym towarzystwie młodzieży, ksiądz Bosko poszedł dalej, aż dotarł do pięknej, zielonej łąki. I oto zobaczył kolejną grupę chłopców, siedzących wokół czegoś, czego nie mógł rozpoznać. Podszedł i zobaczył, że siedzieli wokół trumny, i usłyszał, że oni także śpiewają Miserere. Zapytał:
-Za kogo się modlicie? Oni, smutni, odpowiedzieli:
Umarł jeszcze jeden młodzieniec. Był ciężko chory, odwiedzili go jego rodzice i miał dobrą śmierć.
Ksiądz Bosko zapytał o imię zmarłego, a kiedy je usłyszał, bardzo się zmartwił.
Jak mi przykro! - zawołał - Tak bardzo mnie kochał, a ja nie mogłem się z nim pożegnać! Wszyscy teraz umierają: wczoraj jeden, dzisiaj drugi...
Co ksiądz mówi? - zaoponowała Przewodniczka - Minęły trzy miesiące od śmierci pierwszego - umarł takiego to dnia, o takiej to godzinie.
Ksiądz Bosko kontynuował: „Szliśmy wszyscy coraz głębiej w las i po krótkim spacerze usłyszeliśmy znowu śpiew Miserere. Zatrzymaliśmy się i zobaczyliśmy kolejną grupę zbliżających się młodych ludzi; wszyscy byli rozżaleni i zapłakani.
Co wam się stało? - zapytałem ich.
Umarł taki a taki!
On też umarł?
Tak, biedaczek! Jego koniec był nie do pozazdroszczenia.
Nie przyjął sakramentów?
Na początku nie chciał ich przyjąć, ale potem przyjął, chociaż niechętnie; nie okazał też żalu; dlatego nie jesteśmy tym zbudowani i bardzo nam przykro, że chłopiec z Oratorium miał tak złą śmierć.
Wtedy ja próbowałem pocieszyć ich mówiąc:
Jeśli przyjął sakramenty, miejmy nadzieję, że jest zbawiony. Nie wolno wątpić w miłosierdzie Boga: jest tak wielkie!"
Gdy zbolały i smutny ksiądz Bosko zastanawiał się, kiedy zmarli ci chłopcy, nagle ukazała mu się Przewodniczka, która powiedziała:
A zatem jest ich trzech. Czy widziałeś cyfrę 68, wypisaną nad wejściem do ogrodu? Oznacza rok 1868. W tym roku chłopcy, którzy zostali ci wskazani, muszą umrzeć. Jak widziałeś, dwóch pierwszych jest dobrze przygotowanych; do ciebie należy przygotowanie trzeciego.
Jak możesz mówić mi takie rzeczy? - zaoponował ksiądz Bosko.
Obserwuj to, co się będzie działo, a przekonasz się - odpowiedziała.
Zafascynowany wdziękiem i przepowiedniami swojej Przewodniczki, ksiądz Bosko powiedział:
Proszę Cię, wyświadcz mi uprzejmość. Ukazałaś mi przyszłość; teraz powiedz mi o teraźniejszości. Doradź mi, co mam jutro wieczorem powtórzyć moim wychowankom.
A Przewodniczka na to:
Powiedz im, że ponieważ dwóch pierwszych było przygotowanych dlatego, że godnie przyjmowali Komunię świętą za życia, tak samo w chwili śmierci przyjęli ją dla zbudowania wszystkich. Trzeciego zmarłego, który nie przyjmował jej za życia, w chwili śmierci niewiele ona pokrzepiła. Powiedz im, że jeśli chcą mieć dobrą śmierć, niechaj godnie przystępują do Komunii świętej, a pierwszym tego warunkiem jest dobrze odbyta spowiedź. Podaruj im to: „Pobożne i częste przyjmowanie Komunii to najskuteczniejszy sposób, aby przygotować się na dobrą śmierć i w ten sposób zbawić swoją duszę" (M.B. IX, 11).

★ ★ ★
Byt w Oratorium na Valdocco kleryk, Stefan Bourlot, który od niedawna pracował tam z zamiarem zostania salezjaninem. Nie dawał on zbytniej wiary opowiadanym mu przez starszych kolegów snom księdza Bosko. Bardzo krytycznie obserwował więc mające nastąpić wydarzenia w związku ze śmiercią trzech chłopców i towarzyszące temu okoliczności. Wraz z księdzem J. Berto i księdzem J. Bologna celowo zaczął spisywać stopniowo następujące po sobie wydarzenia; za każdym razem, kiedy proroctwo się spełniało, wszyscy trzej podpisywali protokół, dziwiąc się cudownej dokładności, z jaką potwierdzały się fakty przepowiedziane przez księdza Bosko.
Później, po powrocie ze swojej misji w Ameryce, ksiądz Bourlot złożył 12 października 1889 roku następujące oświadczenie: „Mogę zapewnić pod przysięgą, że zapowiedź śmierci trzech synów księdza Bosko się spełniła, jak mogą o tym zaświadczyć ksiądz Berto i ksiądz Bologna" [M.B. IX, 18).

Sen Proroctwo z roku 1870: Paryż, Kościół, Włochy

5 stycznia 1870 roku ksiądz Bosko miał proroczy sen, dotyczący przyszłych wydarzeń w Kościele i na świecie. Osobiście zapisał to, co zobaczył i usłyszał, a 12 lutego powiadomił o tym papieża Piusa IX.

Prezentacja rozpoczyna się od wyraźnego stwierdzenia: „Stanąłem wobec rzeczy nadnaturalnych", trudnych do przekazania.
Potem następuje proroctwo, wyraźnie podzielone na trzy części:

Pierwsza dotyczy Paryża: zostanie ukarany, bo nie uznaje swojego Stwórcy.

Druga dotyczy Kościoła, dotkniętego niezgodą i wewnętrznymi podziałami. Ogłoszenie dogmatu o nieomylności papieża pokona wroga.

Trzecia dotyczy Włoch, a w szczególności Rzymu, który unosząc się pychą gardzi prawem Pana. Z tego powodu otrzyma potężne ciosy.
Wreszcie „Czcigodna Królowa", w rękach której spoczywa moc Boża, znów sprawi, że zajaśnieje tęcza pokoju.

Początek przepowiedni jest podobny jak u dawnych proroków:
„Tylko Bóg wszystko może, wszystko zna, wszystko widzi. Nie ma ani początku, ani końca, bo w Nim wszystko jest obecne niczym w jednym miejscu. Przed Bogiem nic się nie ukryje, dla Niego nie istnieje odległość, miejsce czy osoba. Tylko On w swoim nieskończonym miłosierdziu i dla swej chwały może objawić ludziom rzeczy przyszłe.

W wigilię Trzech Króli roku 1870 zniknęły z mojego pokoju przedmioty materialne i stanąłem wobec rzeczy nadnaturalnych. Wszystko trwało kilka krótkich chwil, ale widziałem wiele.
Mimo że miało to jakąś formę, dającą się uchwycić zmysłami, tylko z wielką trudnością można to przekazać innym w sposób dostępny umysłowi ludzkiemu. Można stworzyć sobie o tym pewne wyobrażenie na podstawie tego, co teraz przedstawię. Tu Słowo Boga zostało dostosowane do słowa ludzkiego.
Z Południa przychodzi wojna, z Północy przychodzi Pokój. Prawa Francji nie uznają już Stwórcy, ale Stwórca da się poznać i nawiedzi ją trzykrotnie żelazną rózgą swego gniewu.
Za pierwszym razem obali jej pychę klęskami, rabunkami i rzezią zbiorów, zwierząt i ludzi.
Za drugim razem wielka nałożnica Babilonu, ta, którą niektórzy, wzdychając, nazywają Domem Publicznym Europy, zostanie pozbawiona przywódcy i wydana na pastwę zamętu.
- Paryżu! Paryżu! Zamiast uzbroić się w imię Pana, otaczasz się domami rozpusty. Sam je zniszczysz, a twój idol, Panteon, spłonie, aby się spełniło: mentita est iniąuitas sibi (niegodziwość oszukała samą siebie). Twoi wrogowie wpędzą cię w troski, w głód, w przerażenie i nienawiść u narodów. Ale biada ci, jeśli nie rozpoznasz ręki, która cię bije! Chcę ukarać rozpustę, porzucenie mojego Prawa i pogardę dla niego - mówi Pan.
Za trzecim razem wpadniesz w obce ręce, twoi wrogowie zobaczą z daleka twe pałace w płomieniach, twoje domy staną się stosem zgliszcz skąpanych we krwi twoich bohaterów, których już nie będzie.
Ale oto wielki wojownik z Północy niesie sztandar. Na prawicy ma napisane: Niepokonana ręka Pana. W tej chwili Czcigodny Starzec z Lacjum wychodzi mu naprzeciw, machając płonącą pochodnią. Wtedy sztandar się poszerza, a z czarnego staje się biały jak śnieg. Pośrodku sztandaru złotymi literami wypisane jest imię Tego, który wszystko może.
Wojownik ze swoimi żołnierzami głęboko kłania się Starcowi i ściskają sobie dłonie.
Teraz głos z nieba przemawia do Pasterza pasterzy. Jesteś na wielkiej konferencji wraz ze swoimi starszymi [Sobór Watykański I], ale nieprzyjaciel dobra ani chwili nie siedzi w spokoju, rozważa i próbuje wszystkich swych sztuczek przeciwko tobie. Zasieje niezgodę między twą starszyzną, wzbudzi wrogów wśród moich dzieci. Potęgi stulecia będą zionąć ogniem w pragnieniu, aby moje słowa zduszone zostały w strażnikach mego prawa. Tak się nie stanie. Będą czynić zło, zło sobie samym. Ty pośpiesz się: jeśli trudności nie znikną, zostaną ucięte. Jeśli będziesz w smutku, nie zatrzymuj się, ale idź dalej, dopóki nie zostanie ścięta głowa hydry błędu [przez ogłoszenie dogmatu Nieomylności Papieża]. Od tego ciosu zadrży ziemia i piekło, ale świat będzie bezpieczny, a wszyscy dobrzy będą się radować. Zbierz wokół siebie dwóch twoich starszych, dokądkolwiek pójdziesz, kontynuuj i kończ dzieło, które zostało ci powierzone [Sobór Watykański I]. Dni szybko mijają, zbliżasz się do określonego wieku; ale wielka Królowa zawsze będzie twoją pomocą i jak kiedyś, tak i w przyszłości będzie zawsze magnum et singulare in Ecclesia preasidium (wielką i szczególną obroną w Kościele).
A ty, Italio, ziemio błogosławiona, kto ciebie pogrążył w zniechęceniu?... Nie mów: wrogowie, ale - przyjaciele twoi. Czy nie słyszysz, jak twoi synowie proszą o chleb wiary i nie znajdują tego, kto by go dla nich połamał? Co mam robić? Uderzę w pasterzy, rozproszę owce, aby zasiadający na katedrze Mojżesza poszukali dobrych pastwisk, aby owce słuchały ulegle i aby się posilały.
Ale nad owcami i pasterzami zaciąży moja ręka; głód, zaraza, wojna sprawią, że matki będą opłakiwać krew synów oraz męczenników zmarłych na wrogiej ziemi.
A co będzie z tobą, Rzymie? Rzymie niewdzięczny, Rzymie zniewieściały, Rzymie wyniosły! Doszedłeś do takiego punktu, że nie szukasz niczego innego ani też niczego nie podziwiasz już w swoim Władcy oprócz zbytku, zapominając, że twoja i jego chwała jest na Golgocie. Teraz jest stary, upadający, bezbronny, obdarty; a jednak swoim słowem trzęsie całym światem.
Rzymie!... Cztery razy przyjdę do ciebie!
Za pierwszym razem wstrząsnę twymi ziemiami i ich mieszkańcami.
Za drugim razem przyniosę rzeź i zniszczenie aż pod twoje mury. Jeszcze nie otwierasz oczu?
Przyjdę po raz trzeci, obalę barykady i ich obrońców, a na rozkaz Ojca zapanuje królestwo strachu, przerażenia i rozczarowania.
Moi mędrcy uciekają, moje prawo jest nadal deptane, dlatego też odwiedzę cię po raz czwarty. Biada ci, jeśli moje prawo będzie dla ciebie pustym dźwiękiem! Nadużycia będą popełniać tak mędrcy, jak i głupcy. Twoja krew i krew twoich dzieci zmyje winy, którymi zbrukałeś prawo twojego Boga.
Wojna, zaraza, głód - to żelazne rózgi, którymi wysmagana zostanie pycha i złość ludzi. Gdzie są, o bogacze, wasze wspaniałości, wasze domy, wasze pałace? Stały się śmieciem placów i ulic!
A wy, kapłani, dlaczego nie płaczecie między przedsionkiem a ołtarzem, błagając o powstrzymanie ciosów? Dlaczego nie bierzecie tarczy wiary i nie idziecie na dachy, do domów, na ulice, na place, w każde, nawet niedostępne miejsce, aby nieść ziarno mego słowa? Czy nie wiecie, że to straszliwy miecz obosieczny, który obala moich wrogów i niszczy gniew Boga i ludzi?
Wszystkie te rzeczy muszą nieuchronnie nadejść jedna po drugiej.
Wszystko dzieje się zbyt wolno.
Ale Czcigodna Królowa Niebieska jest obecna.
Moc Pana jest w Jej rękach; jak mgłę rozproszy swoich wrogów. Przyoblecze Szacownego Starca we wszystkie jego dawne szaty.
Nadejdzie wtedy straszliwy huragan.
Niegodziwość się wypaliła, grzech osiągnie swój kres i zanim przeminą dwie pełnie miesiąca kwiatów, tęcza pokoju zajaśnieje na ziemi.
Wielki Duszpasterz ujrzy Oblubienicę swojego Króla odzianą odświętnie.
Na całym świecie zaświeci słońce tak jasne, jakiego nigdy nie było od czasów ognistych języków Wieczernika po dzień dzisiejszy, i jakiego nigdy już nie zobaczą, aż do ostatniego dnia" (M.B. IX, 779).
★ ★ ★
Biuletyn Salezjański z roku 1963 w numerze październikowym, listopadowym i grudniowym wydrukował w trzech częściach niezwykle interesujący komentarz do tej wizji, my ograniczymy się tutaj do zacytowania miarodajnej oceny Civiltó Cattolica z roku 1872, rok 23, tom VI, seria 8, strony 299 i 303. Przytoczone są tam dosłownie pewne zdania, które poprzedza to świadectwo: „Z przyjemnością przypominamy najnowszą przepowiednię, nigdy nie drukowaną i nie podaną do wiadomości publicznej, przepowiednię, która z jednego miasta Górnej Italii została przekazana pewnej osobie w Rzymie 12 lutego 1870 roku. Nie wiemy, skąd ona pochodzi. Ale możemy zapewnić, że mieliśmy ją w rękach, zanim Paryż został zniszczony przez Niemców i podpalony przez komunardów. I powiemy, że zdziwiła nas przepowiednia upadku Rzymu, skoro naprawdę nie wydawał się on ani bliski, ani prawdopodobny"

Sen Trzy węzły uniemożliwiającą dobrą spowiedź

Wieczorem 4 kwietnia 1869 roku ksiądz Bosko opowiedział swoim chłopcom sen, który poruszył go do żywego.

„Przyśniło mi się - mówił - że byłem w kościele, wśród całej rzeszy chłopców przygotowujących się do spowiedzi. Gęsta ciżba oblegała mój konfesjonał.
Zacząłem spowiadać, ale zaraz też - ujrzawszy tak dużo młodzieży - wstałem i poszedłem do zakrystii w poszukiwaniu jakiegoś księdza, który by mi pomógł.
Przechodząc, ku mojemu ogromnemu zdumieniu zobaczyłem chłopców, którzy mieli na szyi sznury, ściskające ich gardła.
Dlaczego trzymacie na szyjach te sznury? - zapytałem - Zdejmijcie je.
Oni nie odpowiadali, tylko wpatrywali się we mnie.
No, dalej - powiedziałem do jednego, stojącego najbliżej -zdejmij ten sznur!
Nie mogę go zdjąć; z tyłu jest ktoś, kto go trzyma.
Spojrzałem więc uważniej i wydało mi się, że zobaczyłem wystające zza pleców wielu chłopców długie rogi. Podszedłem, aby lepiej się przyjrzeć, i za plecami najbliżej stojącego chłopca zauważyłem obrzydliwego stwora o straszliwym pysku, który wyglądem przypominał kocura z długimi rogami - to on zaciskał sznur.
Chciałem zapytać potwora, kim jest i co robi, ale on opuścił pysk, usiłując ukryć go między łapami, i cały się skulił, byle tylko się nie pokazać. Poprosiłem więc jednego z chłopców, aby pobiegł do zakrystii i przyniósł mi wiaderko wody święconej. Jednocześnie spostrzegłem, że każdy chłopiec miał także za plecami jakieś piękne zwierzę. Wziąłem kropidło i zapytałem obrzydliwego kocura:
Kim jesteś?
Stwór spojrzał na mnie groźnie, otworzył paszczę i wyszczerzył zęby, jakby miał na mnie się rzucić.
Powiedz mi natychmiast, co tutaj robisz, wstrętna bestio! Nie boję się ciebie. Widzisz? Tą wodą porządnie cię wyszoruję, jeśli nie odpowiesz.
Potwór spojrzał na mnie i wzdrygnął się. Wykrzywił się przeraźliwie, a ja odkryłem, że w łapie trzymał trzy węzły.
Co one oznaczają?
Nie wiesz? Siedząc tutaj, tymi trzema węzłami tak ściskam chłopców, że się źle spowiadają.
Jak to? W jaki sposób?
Nie mam zamiaru ci tego mówić, bo powtórzysz to chłopcom.
Chcę wiedzieć, co to za trzy węzły. Mów, bo inaczej zleję cię wodą święconą!
Litości, poślij mnie do diabła, ale nie lej na mnie wody święconej!
A więc w imię Jezusa Chrystusa, mów!
Potwór, wykrzywiając się straszliwie, odpowiedział:

Pierwszy węzeł, którym zaciskam sznur, to przemilczanie grzechów podczas spowiedzi.

A drugi?
Drugi węzeł popycha do bezbolesnej spowiedzi.

A trzeci?
O trzecim ci nie powiem.
Jak to? Nie chcesz mi powiedzieć? No to obleję cię wodą święconą!
Nie, nie! Nie powiem! - zaczął wrzeszczeć - Już i tak za dużo ci powiedziałem!
A ja chcę, żebyś mi powiedział!
I powtarzając groźbę, podniosłem rękę. Wtedy z jego oczu posypały się skry, a potem popłynęły krople krwi. Wreszcie powiedział:
Trzeci każe nie czynić poprawy i nie słuchać przestróg
spowiednika.

Patrz, jaki jest skutek ich spowiedzi; jeśli chcesz
wiedzieć czy trzymam ich na sznurku, patrz, czy się poprawiają.
Dlaczego, zaciągając te sznury, kryjesz się za ich plecami?
Aby mnie nie widzieli i abym łatwiej mógł zaciągnąć ich do mojego królestwa.
Kiedy chciałem zapytać go o jeszcze inne rzeczy i nakłonić do wyjawienia mi, w jaki sposób udaremnić jego sztuczki, wszystkie pozostałe okropne kocury zaczęły wydawać głuche pomruki, potem zaczęły zawodzić, a następnie krzyczeć na tego, który mówił: to był jeden wielki krzyk. Widząc to zamieszanie pomyślałem, że żadnej korzyści nie będę już miał z tych bestii; podniosłem kropidło i pokropiłem je wodą święconą na wszystkie strony. Wtedy z wielkim piskiem potwory rzuciły się do panicznej ucieczki, którędy tylko się dało. Ten hałas mnie obudził" (M.B. IX, 593).

★ ★ ★
Jest takie przysłowie, które mówi: „Dobrą radę warto przyjąć nawet od samego diabła". I tutaj diabeł udzielił księdzu Bosko pewnej rady która i dla nas może okazać się dobra: „Patrz, jaki jest skutek ich spowiedzi; jeśli chcesz wiedzieć, czy trzymam ich na sznurku, patrz, czy się poprawiają".

Sen Spotkanie z grabarzem

Wieczorem 30 października 1868 roku zgromadzonym wspólnotom studentów i rzemieślników ksiądz Bosko opowiedział następujący sen:

Wszyscy chłopcy bawili się na podwórzu. Zaczęło się ściemniać, zabawa ustała, utworzyły się grupki oczekujące, aż odezwie się wzywający na naukę dzwon; jeszcze ktoś spacerował; tymczasem wieczór nadszedł na dobre i z trudem przyszło odróżnić jednego chłopca od drugiego.
I oto weszli przez stróżówkę dwaj grabarze, którzy, idąc szybkim krokiem, nieśli na ramionach trumnę. Chłopcy na ich widok usunęli się z drogi. Mężczyźni szli dalej i postawili trumnę na ziemi, pośrodku podwórza. Chłopcy otoczyli ich szerokim kołem, ale ze strachu nikt się nie odezwał. Grabarze zdjęli wieko trumny.
W tej chwili wyszedł księżyc i swym jasnym i żywym światłem powoli zatoczył krąg wokół kopuły Kościoła Maryi Wspomożycielki, potem zrobił to jeszcze raz , a przy trzecim okrążeniu, którego nie skończył, zatrzymał się nad świątynią, zupełnie jakby miał spaść z nieba.
Skoro tylko księżyc oświecił podwórze, pierwszy z grabarzy przeszedł się przed rzędami chłopców, a potem drugi; wpatrywali się kolejno w twarz każdego z nich, aż wreszcie ujrzawszy tego, na którego czole było napisane: „Morieris" (Umrzesz), wziął go, aby włożyć go do trumny.
Twoja kolej! - powiedział do niego. Ale chłopak zaczął krzyczeć:
Jestem jeszcze młody, chciałbym się przygotować, spełnić dobre uczynki, których jeszcze nie spełniłem!
Nie muszę na to odpowiadać.
Niechaj będzie mi wolno przynajmniej zobaczyć moich krewnych!
Nie mogę na to odpowiedzieć. Czy widzisz księżyc? Zrobił jedno okrążenie, potem drugie, a potem trochę więcej niż pół; kiedy tylko zniknie, ty pójdziesz ze mną.
Wkrótce potem księżyc zniknął na horyzoncie, a grabarz chwycił chłopca wpół, położył go w trumnie, przybił nad nim wieko i zabrał go, wspomagany przez towarzysza.
Kiedy księżyc odmienił się dwa i pół razy (czyli minęło dwa i pół miesiąca), proroctwo się spełniło (M.B. IX, 398).

★ ★ ★
Sekretarz, ksiądz Joachim Berto, mówiąc o spełnieniu snu, komentuje: „Byliśmy już tak przyzwyczajeni do sprawdzania się tych przepowiedni, że zdumiewaliśmy się wobec jakiegoś wyjątku od reguły - przepowiedni, która się nie spełniła".

Sen Podróż do piekła

Na okropieństwa tej wizji snop światła rzuca przekonanie księdza Bosko: chłopcy, których widzi wpadających do miasta ognia, nie otrzymali jeszcze wyroku Boskiego Sędziego: „Idźcie, przeklęci, w ogień wieczny". Zostaliby potępieni na wieki, gdyby umarli w stanie sumienia, w jakim w tamtym momencie się znajdowali. Wizja jest bardzo długa; my przedstawiamy jej wierne streszczenie.

Wieczorem 3 maja 1868 roku ksiądz Bosko powrócił do opowiadania tego, co widział w swych snach podczas pobytu w Lanzo.
Rozpoczął tak: „Muszę opowiedzieć wam jeszcze inny sen, który jest jakby konsekwencją poprzednich. Sny te tak mnie załamały, że nie mogłem już wytrzymać. Mówiłem wam o przerażającej ropusze, która w nocy 17 kwietnia chciała mnie pożreć, a wraz z jej zniknięciem usłyszałem ten głos: „Dlaczego nie mówisz?" Odwróciłem się w stronę, skąd dochodził głos, i zobaczyłem przy moim łóżku dostojną postać (Przewodniczkę).
O czym powinienem mówić? - zapytałem.
O tym, co widziałeś; co zostało ci powiedziane w ostatnich snach oraz o tym, co zostanie ci objawione w noc przyszłą".
Ksiądz Bosko kontynuował mówiąc, że przerażeniem napełniała go myśl, iż będzie musiał znowu oglądać te straszne wizje; dlatego postanowił położyć się spać dopiero po północy. Skoro tylko zasnął, ta sama co zawsze Przewodniczka podeszła do jego łóżka i nalegała:
Wstań i chodź ze mną.
Zaprowadziła go na rozległą i suchą równinę, prawdziwą pustynię bez ani jednego źdźbła trawy. To była długa i smutna podróż, chociaż droga, którą szli, była piękna, szeroka, przestronna i porządnie wybrukowana. Po obu jej stronach rósł wspaniały zielony żywopłot, obsypany przepięknym kwieciem. Na pierwszy rzut oka droga wydawała się równa, jednak w rzeczywistości wiodła w dół; ksiądz Bosko i Przewodniczka szli tak szybko, że wydawało mu się, że fruną.
„Za nami - opowiadał ksiądz Bosko - zobaczyłem wszystkich chłopców z Oratorium w towarzystwie kolegów, których nigdy przedtem nie widziałem. Gdy się zbliżali, zauważyłem, że to jeden, to drugi przewracał się i natychmiast jakaś niewidzialna siła ściągała ich po zboczu w majaczący w głębi dół. Zapytałem moją Przewodniczkę:
Co sprawia, że ci chłopcy się przewracają?
Podejdź trochę bliżej.
Wtedy zobaczyłem, że chłopcy przechodzili między pętlami; niektóre były rozciągnięte przy samej ziemi, inne zawieszone na wysokości głowy. Były prawie niewidoczne, dlatego wielu chłopców o nie zaczepiało: jedni głową, inni szyją, jeszcze inni rękoma, niektórzy ramionami, inni nogami czy bokami. Kiedy tylko pętla się zaciskała, sznur ściągał ich w dół.
Chciałem obejrzeć jedną z nich i pociągnąłem ją ku sobie; ale ponieważ nie mogłem jej ruszyć, postanowiłem iść wzdłuż liny aż do samego jej początku, prawdopodobnie gdzieś przywiązanego lub przez kogoś trzymanego. W ten sposób dotarłem na skraj straszliwej pieczary i szarpnąwszy porządnie za sznur, ujrzałem, jak wyłania się z niej ohydny, olbrzymi i obrzydliwy potwór. W szponach trzymał koniec liny, do której były przywiązane wszystkie pozostałe. Poruszony tym widokiem powróciłem do mojej Przewodniczki, która powiedziała mi:
-Teraz wiesz, kto ściąga chłopców w przepaść?.
Tak, teraz wiem! To demon zakłada te pętle, aby wtrącić moją młodzież do piekła.
Zauważyłem wtedy, że każda lina miała swój napis: pycha, nieposłuszeństwo, zawiść, nieczystość, kradzież, łakomstwo, lenistwo, gniew, itd. Zauważyłem też, że najwięcej ofiar zbierały liny nieczystości, nieposłuszeństwa i pychy. Do tej ostatniej przywiązane były dwie inne.
Wielu chłopców umiało jednak szczęśliwie ominąć pułapki; inni uwalniali się z nich, przechodząc obok wbitych w ziemię sztyletów, którymi rozcinali więzy. Były to symbole spowiedzi, modlitwy oraz innych cnót i oddania. Dwie wielkie szpady przedstawiały oddanie się Jezusowi Eucharystycznemu i Przenajświętszej Maryi".
Następnie ksiądz Bosko opowiadał, że dalej wędrował tą drogą, coraz bardziej dziką, schodzącą coraz bardziej stromo i osuwającą się, pełną jam, kamieni i głazów. I oto w głębi ukazał się jakiś ogromny i mroczny budynek. Nad wysokimi drzwiami widniał przerażający napis: „Tutaj nie ma zbawienia". Dotarli do bram piekieł.
Spójrz! - krzyknęła nagle Przewodniczka, chwytając go za ramię.
„Drżąc - mówił Święty - zwróciłem oczy ku górze i zobaczyłem daleko jakąś schodzącą szybko postać. W miarę jak schodziła, byłem w stanie rozróżnić jej fizjonomię; to był jeden z moich wychowanków. Miał rozczochrane włosy, częściowo stojące sztywno na głowie, częściowo powiewające z tyłu; ręce wyciągnięte przed siebie jakby w obronie przed upadkiem. Próbował się zatrzymać, ale nie mógł. Chciałem pobiec i pomóc mu, podać mu zbawczą dłoń, ale Przewodniczka nie pozwoliła mi na to:
Czy sądzisz - powiedziała - że możesz zatrzymać kogoś, kogo ściga gniew Boży?
Tymczasem ten chłopiec, oglądając się za siebie wzrokiem oszalałym z przerażenia, uderzył w drzwi z brązu, które się rozwarły. Za nimi otworzyły się jednocześnie, wydając przeciągły i głuchy łoskot, drugie, dziesiąte, setne - tysiące innych drzwi, pchniętych uderzeniem chłopca niesionego niewidzialnym, niepohamowanym i nagłym wichrem. Wszystkie te drzwi przez chwilę pozostały otwarte i w głębi ujrzałem coś w rodzaju otworu pieca, a z tej otchłani -w której niknął chłopiec - wzbijały się kłęby ognia. Drzwi zamknęły się tak samo szybko, jak się otworzyły. I oto zobaczyłem następnych trzech chłopców z naszych domów, toczących się szybko niczym głazy, jeden za drugim. Rozkładali szeroko ręce i krzyczeli z przerażenia. Spadli na sam dół i uderzyli o pierwsze drzwi, które się otworzyły, a za nimi tysiące następnych.
Wielu innych spadło. Pewien biedak spadł, popchnięty uderzeniem perfidnego kolegi. Wołałem ich, zdyszany, ale oni mnie nie słyszeli.
Oto główna przyczyna potępienia! - wykrzyknęła moja Przewodniczka - Koledzy, złe książki, wynaturzone przyzwyczajenia.
Widząc, jak wielu upadało, zawołałem zdesperowany:
A więc na darmo pracujemy w naszych kolegiach, skoro tylu młodych spotyka taki koniec!
Przewodniczka odpowiedziała:
To ich stan obecny i gdyby teraz umarli, bez wątpienia by tu pozostali".
W tej chwili ksiądz Bosko zobaczył staczającą się kolejną grupę chłopców, a drzwi na chwilę pozostały otwarte.
Chodź do środka i ty - powiedziała mu Przewodniczka -nauczysz się wielu rzeczy.
Weszli do przerażającego, wąskiego korytarza i dotarli do brzydkiego i brudnego okienka, gdzie było napisane: Ibunt impii in ignem aeternum (Bezbożnicy pójdą w wieczny ogień).
Przewodniczka wzięła za rękę księdza Bosko, otworzyła okienko i wprowadziła go do środka. „Widok, który ukazał się moim oczom - opowiadał ksiądz Bosko - napełnił mnie nieopisanym przerażeniem. Coś w rodzaju ogromnej pieczary gubiło się w trzewiach gór, tworząc liczne groty. Wszystkie pełne były ognia - nie tak, jak my wyobrażamy to sobie na ziemi, malując tańczące płomyki. Tam, w środku, wszystko było rozżarzone do białości, powodując nieopisane gorąco. Ściany, sklepienie, posadzka, żelazo, kamienie, drzewo, węgiel - wszystko było białe i lśniące. Oczy¬wiście ten ogień miał więcej niż tysiąc stopni ciepła; a jednak niczego nie zwęglał, niczego nie spalał. Brakuje mi słów, aby opisać wam tę pieczarę w całej jej przerażającej rzeczywistości.
Kiedy tak patrzyłem przerażony, z korytarza wyłonił się jakiś oszalały młodzieniec, który - wydając przeraźliwy krzyk - wpadł w sam środek pieczary, stał się biały jak cała jaskinia i zastygł w bezruchu, podczas gdy echem odbijał się jeszcze jego zamierający głos. Pełen trwogi popatrzyłem na niego i wydał mi się chłopcem z Oratorium, jednym z moich dzieci.
Czy on nie jest jednym z moich podopiecznych, takim a takim? - zapytałem Przewodniczki.
Niestety tak - odpowiedziała mi.
Po nim pojawili się następni, a ich liczba ciągle rosła; wszyscy wydawali ten sam okrzyk i zastygali w bezruchu, rozżarzeni tak samo jak ci, którzy pojawili się tutaj wcześniej.
Wzrastało we mnie przerażenie i zapytałem Przewodniczki:
Czy oni nie wiedzą, że tu przyjdą?
Oczywiście, wiedzą, że idą w ogień wieczny; tysiąc razy ich ostrzegano, ale wpadają tutaj dobrowolnie przez grzech, którego nie chcieli porzucić. Oni zlekceważyli i odrzucili miłosierdzie Boże, które nieustannie nawoływało ich do skruchy.
W jakiej rozpaczy muszą być pogrążeni nieszczęśnicy, którzy nie mają już nadziei na opuszczenie tego miejsca! - zawołałem.
Wtedy Przewodniczka nakazała mi:
Teraz i ty musisz wejść w tę strefę ognia, którą oglądałeś!
Nie, nie! - wzbraniałem się, przerażony - Aby pójść do piekła, trzeba najpierw stanąć przez sądem Bożym, a ja nie zostałem jeszcze osądzony. Nie chcę iść do piekła!
Powiedz mi - zapytała Przewodniczka - wydaje ci się, że lepiej iść do piekła i uwolnić swych podopiecznych, czy też stać tutaj i pozwolić im na tak straszne cierpienia?
Zaskoczony tym pytaniem, odpowiedziałem:
Kocham moich chłopców i chcę ocalić ich wszystkich. Czy nie można jednak wymyślić jakiegoś innego sposobu, abyśmy -ani ja, ani inni - nie musieli tam iść?
Ach - odpowiedziała Przewodniczka - masz jeszcze czas i mają go pozostali, bylebyś tylko zrobił wszystko, co możliwe.
Moje serce zabiło mocniej i natychmiast powiedziałem:
Co tam trud, bylebym tylko mógł ocalić od tych mąk moje kochane dzieci.
A zatem chodź do środka - nalegała Przewodniczka. Wzięła mnie za rękę, aby wprowadzić do jaskini. Natychmiast
znalazłem się w wielkiej sali z kryształowymi drzwiami. Wisiały na nich szerokie kotary, zasłaniające groty łączące się z pieczarą. Przewodniczka wskazała mi jedną z tych kotar, nad którą widniał napis: „Szóste przykazanie", i zawołała:
Łamanie tego przykazania jest przyczyną upadku wielu młodych!
Czy się nie wyspowiadali?
Wyspowiadali się, ale winy przeciwko czystości wyznali źle lub je zataili. Są tam także ci, którzy popełnili jeden raz grzech w dzieciństwie i zawsze wstydzili się go wyznać; inni nie odczuwali bólu i nie postanowili poprawy. Niektórzy nawet, zamiast przeprowadzić rachunek sumienia, zastanawiali się, jak oszukać spowiednika. Czy chcesz teraz zobaczyć, dlaczego miłosierdzie Boże zaprowadziło cię aż tutaj?
Podniosła zasłonę i zobaczyłem grupę znanych mi chłopców z Oratorium, skazanych z powodu tego grzechu. Wśród nich byli i tacy, którzy teraz dobrze się prowadzą.
Co mam im powiedzieć, aby pomóc im się zbawić?
-Przestrzegaj ich przed grzechem nieczystości. Widzieliśmy chłopców skazanych za inne grzechy. Potem
Przewodniczka wyprowadziła mnie z tej sali. Gdy przeszliśmy w jednej sekundzie przez długi korytarz wejściowy, przed opuszczeniem progu ostatnich drzwi z brązu odwróciła się do mnie i zawołała:
Teraz, kiedy widziałeś cudze męki, trzeba, abyś i ty doświadczył odrobiny piekła. Spróbuj dotknąć tej ściany.
Nie miałem odwagi i chciałem uciec, ale Ona zatrzymała mnie, mówiąc:
Musisz spróbować!
Zdecydowanie chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w stronę ściany, mówiąc bez przerwy:
Dotknij jej tylko raz, abyś przynajmniej mógł przeczuć, czym jest ostatnia ściana, jeśli tak straszna jest pierwsza. Czy widzisz ten mur? To pierwsza z tysiąca ścian stojących na drodze do prawdziwego ognia piekielnego. Otaczają go tysiące murów. Każdy mur liczy tysiąc miar grubości, a oddalone są od siebie o tysiąc mil; a zatem od tej ściany jest milion mil do prawdziwego ognia piekielnego - to sam początek właściwego piekła.
To powiedziawszy, chwyciła mnie za rękę, siłą otwarła mą dłoń i uderzyła nią o kamienie tego pierwszego z tysiąca murów. W tej chwili poczułem tak bolesne i silne pieczenie, że odskakując do tyłu i wydając głośny krzyk, obudziłem się.
Siedziałem na łóżku i wydawało mi się, że pali mnie dłoń; pocierałem nią o drugą, chcąc pozbyć się tego uczucia. Kiedy nastał dzień, zauważyłem, że moja ręka była naprawdę opuchnięta, a z wewnętrznej strony dłoni schodziła mi skóra".
Ksiądz Bosko zakończył: „Zauważcie, że nie opowiedziałem wam o tych wszystkich rzeczach, tak jak je widziałem, nie powiedziałem o tym całym okropieństwie, które mnie poruszyło, aby za bardzo was nie przerazić. Przez wiele następnych nocy nie mogłem zasnąć z powodu strachu" (M.B. IX, 166).

★ ★ ★
Są tacy, którzy - nic chcąc wstrząsnąć zbyt mocno współczesną wrażliwością - czynią z Ewangelii przesłodzoną antologię, wybierając fragmenty ukazujące nieskończoną dobroć Boga i eliminując te, które mówią o Jego równie nieskończonej sprawiedliwości. Jezus tak nie czynił; nie czyniła tak Matka Boska Fatimska; nie czynił tak ksiądz Bosko. „Chrystus ten sam wczoraj, dziś i na wieki". Duch Święty przedstawia Rzeczy ostateczne jako skuteczne antidotum na grzech: „We wszystkich sprawach pamiętaj na swój koniec, a nigdy nie zgrzeszysz" (Syr 7,36).

Sen o dwóch kolumnach

Wśród snów księdza Bosko jeden z najsłynniejszych nosi tytuł:
„Sen o dwóch kolumnach".
Opowiedział go wieczorem 30 maja 1862 roku.

„Wyobraźcie sobie - powiedział - że znajdujecie się ze mną nad morzem, na plaży albo raczej na samotnej skale, i że wokoło nas jest tylko morze. Na całej tej rozległej powierzchni wód widać nie¬zliczone okręty płynące w szyku bojowym; ich dzioby zakończone są żelaznymi, zakrzywionymi ostrzami na podobieństwo strzał. Okręty uzbrojono w armaty i rusznice, we wszelkiego rodzaju broń; zaopatrzono w materiały wybuchowe, a nawet w księgi. Zbliżają się do okrętu większego i potężniejszego od pozostałych, i usiłują staranować go, podpalić, zniszczyć.
Ten majestatyczny, doskonale wyposażony okręt eskortują maleńkie stateczki, które odbierają od niego polecenia i wykonują tysiące manewrów, aby obronić się przed flotą przeciwnika. Wieje jednak przeciwny wiatr, a wzburzone morze zdaje się być przychylne wrogom.
Pośrodku bezkresu wód wznoszą się nad falami blisko siebie dwie grube i bardzo wysokie kolumny.

Na jednej z nich znajduje się posąg Niepokalanej Dziewicy, u stóp której wisi tablica z następującym napisem:
„AUXILIUM CHRISTIANORUM" (Wspomożenie wiernych);
na drugiej, jeszcze wyższej i grubszej, znajduje się HOSTIA rozmiarów proporcjonalnych do kolumny, a pod nią inna tablica, z napisem:
„SALUS CREDENTIUM" (Zbawienie wierzących).

Wódz naczelny wielkiego statku, którym jest Rzymski Namiestnik, widząc furię nieprzyjaciół i fatalne położenie wiernych mu ludzi, gromadzi wokół siebie dowódców najważniejszych statków, aby postanowić, co dalej czynić. Wszyscy dowódcy wchodzą na pokład i zasiadają wokół papieża. Odbywa się uroczysta narada, ale w związku z nasilaniem się burzy wszyscy zostają odesłani, aby dowodzić własnymi statkami.
Po uspokojeniu się burzy papież powtórnie gromadzi wokół siebie dowódców, podczas gdy statek dowodzący zdąża swym kursem. Jednak burza powraca.
Papież stoi przy sterze, a wszystkie jego wysiłki skierowane są ku temu, aby wprowadzić statek pomiędzy te dwie kolumny, ze szczytu których zwieszają się dookoła kotwice i wielkie, doczepione do łańcuchów haki.
Okręty nieprzyjacielskie usiłują go zaatakować i zatopić: jedne pismami, inne książkami, jeszcze inne materiałami wybuchowymi, które próbują przerzucić na pokład; niektóre strzelają z armat, rusznic i uderzają dziobami. Walka staje się coraz bardziej zażarta, ale wysiłki są daremne: wielki okręt płynie bezpiecznie. Czasem po uderzeniu straszliwym ciosem otwiera się w jego boku szeroka i głęboka szczelina, ale natychmiast od dwóch kolumn wieje wiatr, który zamyka szczeliny i zatyka dziury.
Tymczasem armaty napastników rozrywają się, rusznice i wszelka inna broń łamie się, wiele okrętów zostaje zdruzgotanych i tonie w morzu. Wróg przystępuje do walki wręcz.
Nagle papież, silnie uderzony, upada. Natychmiast go podnoszą, ale on upada po raz drugi i umiera. Okrzyk zwycięstwa rozbrzmiewa wśród nieprzyjaciół; na ich okrętach widać niewypowiedzianą radość.
Jednak zaraz po śmierci jednego papieża drugi zajmuje jego miejsce. Zgromadzeni dowódcy wybrali go tak szybko, że wiadomość o śmierci papieża zbiega się z wiadomością o wyborze jego następcy. Wrogowie tracą ducha.
Nowy papież, pokonując wszystkie przeszkody, wprowadza okręt pomiędzy dwie kolumny i łańcuchami zwieszającymi się z dziobu i z rufy przywiązuje okręt do kolumny z Hostią i do kolumny z posągiem Niepokalanej Dziewicy.
I wtedy dokonuje się wielki przewrót: wszystkie okręty nieprzyjacielskie uciekają, rozpraszają się, zderzają, niszcząc się wzajemnie. Wiele tonie i usiłuje zatopić inne, podczas gdy statki od¬ważnie walczące u boku papieża dopływają, aby przywiązać się do kolumn. Teraz na morzu panuje wielki spokój".
W tym momencie ksiądz Bosko zapytał księdza Rua:
- Co myślisz o tym śnie?
Ksiądz Rua odpowiedział:
Wydaje mi się, że statek papieża to Kościół, okręty to ludzie, a morze - świat. Ci, którzy bronią wielkiego okrętu, są dobrzy, kochają Kościół; pozostali to jego wrogowie, którzy walczą z nim na wszystkie sposoby. Dwie zbawcze kolumny to moim zdaniem oddanie się Przenajświętszej Pannie i Przenajświętszemu Sakramentowi Eucharystii.
Dobrze powiedziałeś - skomentował ksiądz Bosko - trzeba tylko jedno poprawić. Okręty wrogów to prześladowania. Nadchodzą dla Kościoła ciężkie czasy. To, co było do tej pory, jest niczym w porównaniu z tym, co ma nastąpić. Pozostają jedynie dwa sposoby, aby uratować się z tego zamętu: oddać się Przenajświętszej Pannie i często przystępować do Komunii Świętej (M.B. VII, 169).

★ ★ ★
Błogosławiony kardynał Schuster, arcybiskup Mediolanu, przywiązywał ogromną wagę do tej wizji. W roku 1953, kiedy był w Turynie jako Legat Papieski na Krajowym Kongresie Eucharystycznym, poświęcił jej znaczną część swojej homilii podczas kończącej uroczystości pontyfikalnej, w nocy 13 września, na wypełnionym ludźmi Piazza Vittorio.
Powiedział między innymi: „W tej uroczystej godzinie, w Eucharystycznym Turynie, mieście Cottolenga i księdza Bosko, przychodzi mi na myśl prorocza wizja, którą Budowniczy Świątyni Maryi Wspomożycielki opowiedział swoim uczniom w maju 1862 roku. Wydawało mu się, że widzi flotę Kościoła walczącą w różnych miejscach z uderzeniami straszliwej burzy - do tego stopnia potwornej, że najwyższy kondotier kapitańskiego okrętu - Pius IX -wezwał na naradę hierarchów pomniejszych statków.
Niestety, coraz groźniejsza zawierucha przerwała Sobór Watykański (należy zauważyć, że ksiądz Bosko zapowiedział te wydarzenia z ośmioletnim wyprzedzeniem). W zmiennych losach tego okresu przynajmniej dwukrotnie najwyżsi hierarchowie upadali pod ciężarem bólu. Kiedy spadł trzeci cios, pośrodku rozjuszonego oceanu wyłoniły się dwie kolumny, na szczycie których triumfowały symbole Eucharystii i Niepokalanej Dziewicy.
Na widok tego objawienia nowy namiestnik Piotrowy - Św. Pius X - nabrał ducha i mocnym łańcuchem przywiązał okręt kapitański św. Piotra do tych dwóch pilastrów, spuszczając w morze kotwice.
Wtedy mniejsze statki zaczęły płynąć niestrudzenie, aby zgromadzić się wokół okrętu papieża, i w ten sposób uratowały się przed zatonięciem.
Historia potwierdziła proroctwo Widzącego. Papieskie początki Piusa X, który w herbie miał kotwicę, zbiegły się z pięćdziesiątą rocznicą proklamacji dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi - ten dzień uroczyście świętowano w całym katolickim świecie. My, starzy, wszyscy pamiętamy dzień 8 grudnia 1904 roku, kiedy namiestnik w Bazylice Świętego Piotra włożył na głowę Niepokalanej drogocenną koronę wysadzaną klejnotami, oddając w opiekę Matce całą rodzinę, którą Ukrzyżowany Jezus Jej powierzył.
Przyprowadzanie niewinnych dzieci oraz chorych do Stołu Eucharystycznego weszło również do programu tego szczodrego namiestnika, który pragnął odnowić w Chrystusie cały świat. Dopóki żył Pius X, nie było wojen i zasłużył on sobie na miano pokojowego namiestnika Eucharystii.
Od tamtego czasu stosunki międzynarodowe nie polepszyły się, a doświadczenie 75 lat potwierdza, że okręt Rybaka na wzburzonych wodach może mieć nadzieję na zbawienie jedynie dzięki zakotwiczeniu się przy dwóch kolumnach - Eucharystii i Wspomożycielki - kolumnach, występujących we śnie księdza Bosko".
Ten sam świątobliwy kardynał Schuster powiedział kiedyś do pewnego salezjanina: „Widziałem reprodukcję wizji dwóch kolumn. Proszę powiedzieć swoim przełożonym, aby kazali wydrukować ją na pocztówkach i aby rozprowadzili je w całym katolickim świecie, bo ta wizja księdza Bosko jest bardzo aktualna: Kościół i lud chrześcijański zbawią się dzięki tym dwóm sposobom: oddaniu Eucharystii i Maryi, Wspomożycielce Chrześcijan".

Sen Winorośl o owocach różnej jakości

Ten i następne sny przyśniły się księdzu Bosko w ciągu dni spędzonych w Lanzo, które miały być odpoczynkiem dla Świętego. Ksiądz Bosko postanowił je opowiedzieć chłopcom z Oratorium, aby być posłusznym wołaniu z góry: „Dlaczego nie mówisz?" Streścimy je wiernie.
Ksiądz Bosko opowiadał:
„W nocy, w Wielki Czwartek 9 kwietnia 1868 roku, zacząłem śnić, jak tylko usnąłem. Byłem na podwórzu Oratorium, chcąc porozmawiać z niektórymi przełożonymi. Nagle zobaczyliśmy, jak z ziemi wyrosła przepiękna winorośl, która rosła w oczach, osiągając prawie wzrost człowieka. Od razu zaczęła rozkładać swoje rozliczne latorośle i wypuszczać liście. W krótkim czasie tak się rozrosła, że zajęła całe podwórze. Ze zdziwieniem zauważyłem, że gałęzie rozłożyły się poziomo, tworząc ogromną pergolę, utrzymującą się w tej pozycji bez żadnego widocznego wsparcia. Wkrótce pojawiły się także kiście; ziarnka pociemniały, a winogrona przybrały wspaniałą barwę. Patrzyłem szeroko otwartymi oczami, milczący ze zdumienia, kiedy nagle wszystkie ziarnka upadły na ziemię, stając się żywymi i wesołymi chłopcami, którzy podskakiwali, bawili się, krzyczeli, biegali - tak że przyjemnie było na nich popatrzeć.
Wtedy jakaś tajemnicza postać (jak zwykle - Przewodniczka) stanęła u mojego boku i również im się przyglądała. Ale niespodziewanie rozpostarła się przed nami dziwna zasłona, niczym kurtyna, i skryła ten radosny widok. Cała radość chłopców nagle ustała i zapanowało smutne milczenie.
Patrz! - powiedziała mi Przewodniczka, i wskazała na winorośl.
Podszedłem i zobaczyłem, że nie było już na niej winogron, tylko same liście, na których wypisane były słowa z Ewangelii: Nihil irvenit in ae (Nic na niej nie znalazłem).
Co to znaczy? - zapytałem.
Przewodniczka podniosła zasłonę i ponownie ujrzałem chłopców; jednak było ich mniej niż przedtem.
Ci - powiedziała mi - choć łatwo przychodzi im czynienie dobra, nie chcą z tego skorzystać. Ich jedynym pragnieniem jest sprawiać pozory dobrych ludzi, nie będąc nimi w rzeczywistości. Postępują obłudnie, aby zyskać szacunek i pochwały przełożonych.
Przykro mi się zrobiło, widząc wśród nich tych, których uważałem za bardzo dobrych, kochających i szczerych. A Przewodniczka dodała:
To nie całe zło.
Znowu opuściła kurtynę, a potem powiedziała:
Teraz popatrz raz jeszcze.
Wśród liści pojawiły się kiście, które na początku zdawały się obiecywać obfity zbiór. Kiedy jednak się do nich zbliżyłem, spostrzegłem, że były zepsute: jedne pokryte pleśnią, inne robaczywe i pełne zżerających je owadów, jeszcze inne podziobane przez ptaki i nadjedzone przez osy, a niektóre zupełnie zgniłe i wysuszone.
Przewodniczka ponownie podniosła zasłonę i zobaczyłem wielu chłopców, których widziałem na początku snu. Ich twarze - tak na początku piękne - stały się brzydkie, ciemne, pełne odrażających ran. Chodzili zgarbieni, skuleni i melancholijni. Nikt nie rozmawiał.
Jak to możliwe? - zapytałem Przewodniczkę - Dlaczego na początku ci chłopcy byli tacy weseli i sympatyczni, a teraz są tacy smutni i brzydcy?
Patrz dobrze! - brzmiała odpowiedź.
Przyglądałem im się uważnie, kiedy przechodzili obok, i zobaczyłem, że wszyscy mieli na czole wypisany swój grzech. Na czołach chłopców czytałem: Nieczystość - Zgorszenie - Pycha -Łakomstwo - Zawiść - Gniew - Zemsta - Bluźnierstwo - Obojętność religijna - Nieposłuszeństwo - Świętokradztwo - Kradzież - itd.
Chciałem zapisać imiona tych biedaków, aby móc ich później przestrzec, ale Przewodniczka stanowczo mi tego zakazała, mówiąc:
- Znają reguły, niech ich przestrzegają; mają przełożonych, niechaj będą im posłuszni; mają sakramenty, niechaj do nich przystępują; mają spowiedź, niechaj jej nie profanują przemilczaniem grzechów; mają Świętą Komunię - niechaj nie przyjmują jej niegodnie. Niechaj chronią oczy, unikają złych kolegów, trzymają się z dala od złych lektur i rozmów. Wszyscy młodzi z łaską Boga i dzięki głosowi sumienia mogą dowiedzieć się, co mają czynić, a czego powinni unikać.
Opuściła zasłonę i znowu spojrzałem na winorośl. Tym razem była pełna zdrowych kiści, dojrzałych i nabrzmiałych. Z przyjemnością się na nie patrzyło, ślinka ciekła na sam ich widok. Ponownie podniosła się zasłona i pojawiło się mnóstwo młodych ludzi, którzy są, byli i będą w naszych kolegiach. Byli piękni i promieniejący radością.
To ci - powiedziała Przewodniczka - którzy dzięki twojej trosce wydają i wydadzą dobre owoce i będą dla ciebie pocieszeniem.
Uradowałem się, ale jednocześnie się zmartwiłem, bo nie było ich tak wielu, jak się spodziewałem" (M.B. IX, 157).
★ ★ ★

Zasłona podniosła się trzy razy za każdym razem ukazując inną grupę chłopców. Nic nowego pod słońcem. Gdyby dzisiejsi wychowawcy posiadali charyzmatyczne dary księdza Bosko, mogliby także zobaczyć coś podobnego.

Sen Odrażająca ropucha

Czasami to, co ksiądz Bosko widział we śnie, było tak straszne, że - przerażony - nie decydował się na jego opowiedzenie. Tak było między innymi ze snami, które przyśniły mu się w Lanzo w pierwszych dniach kwietnia 1868 roku. Ostatni z nich skłonił go jednak do tego, by opowiedzieć chłopcom z Oratorium także i pozostałe.
Wieczorem 30 kwietnia wyznał:
„Moje drogie dzieci, miałem sen i postanowiłem nie mówić wam o nim, dlatego że wątpiłem, czy jest on podobny do tych, które zazwyczaj powstają w sennej wyobraźni; ponadto za każdym razem, kiedy opowiadałem tego rodzaju sny, zawsze były jakieś komentarze albo żale. Jednak ostatni sen zmusił mnie do opowiedzenia wam pierwszego. Wiecie, że byłem w Lanzo, aby trochę odpocząć. Ostatniej nocy, którą spędzałem w kolegium, położyłem się do łóżka i właśnie zasypiałem, kiedy oczami wyobraźni ujrzałem to, co wam właśnie teraz chcę opowiedzieć.
Wydawało mi się, że widzę, jak do mojego pokoju wszedł wielki potwór. Podobny był do odrażającej, gigantycznej ropuchy. Patrzyłem na niego wstrzymując oddech, a ten ciągle rósł. Był zielony, z czerwoną linią wokół paszczy, co czyniło go jeszcze bardziej przerażającym. Oczy mu gorzały; z nosa wyrastały dwa rogi, z boków wychodziły zielonkawe skrzydła. Miał długi ogon, zakończony dwoma kolcami Zdawało mi się, że się go nie boję; ale gdy potwór zaczął się do mnie zbliżać, otwierając szeroko paszczę z wielkimi zębiskami, zdjął mnie strach. Uczyniłem znak krzyża, ale na nic się to nie zdało; zadzwoniłem, ale nikt dzwonka nie usłyszał; krzyczałem, ale na próżno: potwór nie uciekał.
Czego ode mnie chcesz, przebrzydły potworze?! - krzyknąłem.
Ale on dalej podchodził. Nagle, postawiwszy przednie łapy na brzegu łóżka, wskoczył na nie ciężko i zatrzymał się, wpatrując się we mnie. Wyciągnąwszy się w przód, zbliżył łeb do mojej twarzy i rozwarł paszczę. Byłem sparaliżowany z przerażenia. Zacząłem krzyczeć, sięgnąłem ręką do tyłu, szukając wody święconej, a nie znalazłszy jej, biłem pięściami o ścianę. Tymczasem ropucha wzięła na chwilę do paszczy moją głowę, tak że z połową mego ciała znalazłem się w środku tego obrzydliwego pyska. Wtedy krzyknąłem:
W Imię Boże, dlaczego mi to czynisz?
Ropucha na mój krzyk cofnęła się troszkę, uwalniając moją głowę. Ponownie uczyniłem znak Krzyża, a umoczywszy nareszcie palce w wodzie święconej, spryskałem nią bestię. Wtedy demon, wydając okropny ryk, rzucił się w tył i znikł.
Ale gdy znikał, usłyszałem głos z góry, który wypowiedział te słowa: „Dlaczego nie mówisz?"
Dyrektor Lanzo, ksiądz Lemoyne, tej nocy obudził się z powodu moich przedłużających się krzyków; słyszał, jak biłem pięściami w ścianę i następnego ranka zapytał mnie:
Księże Bosko, czy tej nocy księdzu coś się śniło?
Dlaczego mnie o to pytasz?
Słyszałem krzyki.
Wtedy poznałem wolę Bożą: powinienem przekazać wam to, co widziałem. Postanowiłem więc opowiedzieć wam wszystkie sny, które przyśniły mi się w tych dniach, ponieważ czuję się zmuszony do tego w sumieniu, a także aby uwolnić się od tak straszliwych wizji jak ta ropucha" (M.B. IX, 155).
★ ★ ★
W tym głosie z wysoka, który czynił księdzu Bosko wyrzuty, że nie opowiedział pewnych snów, można dostrzec jeden z czynników nadnaturalnych, charakteryzujących jego sny i potwierdzających fakt, iż nie były to zwykłe sny Należałoby życzyć sobie, aby ten sam głos słyszeli i usłuchali go ci rodzice, którzy widzą, jak dziecko schodzi na złą drogę, i na to nie reagują.

Sen Tragiczny spacer nad potokiem Stura w Lanzo Torinese

Ten sen przyśnił się księdzu Bosko w Lanzo Torinese, w nocy 17 kwietnia 1868 roku. Dyrektor Kolegium, ksiądz Lemoyne, który spał w pokoju obok, obudził się, słysząc przeraźliwy krzyk, jaki ksiądz Bosko wydał podczas snu.

Ksiądz Bosko opowiedział, iż znajdował się we śnie nad brzegami niezbyt szerokiego strumienia, którego wody były spienione i pełne wirów. Otaczający go chłopcy usiłowali przedostać się na drugi brzeg. Wielu brało rozbieg, skakało - i już byli na drugim brzegu. Innym jednak to się nie udawało. Niektórzy zeskakiwali na sam brzeg, ale padali do tyłu i wciągał ich wir. Kolejni wpadali z głośnym pluskiem w środek nurtu i tonęli. Jeszcze inni spadali na ostre skały, wystające z wody, rozbijali głowy albo rozpruwali sobie brzuchy i ginęli.
Mając przed sobą ten bolesny widok, ksiądz Bosko krzyczał, ostrzegał, pouczał, jak wziąć rozbieg - wszystko na próżno. Strumień w krótkim czasie zapełnił się martwymi ciałami, które, pchane silnym prądem, rozbijały się o skały albo na zakręcie rzeki znikały w wirze.
- Ale dlaczego - pytał ksiądz Bosko - tak zręczni i szczupli chłopcy nie potrafią przeskoczyć na drugi brzeg?
Wyjaśnienie było przerażające, przejmujące grozą. Wielu, biorąc rozbieg, miało za sobą jakiegoś nieszczęsnego kolegę, który złośliwie podstawiał im nogę albo chwytał za kurtkę, albo - co gorsza - mocnym pchnięciem rzucał ich na nieuchronne zatracenie.
- Dlaczego - wołał ksiądz Bosko następnego dnia, nawiązując do tych duchowych przestępców - dlaczego waszymi złymi słowami zapalacie w sercach waszych kolegów płomień namiętności, który zżerać ich będzie na wieki? Dlaczego uczycie zła tych, którzy są jeszcze może niewinni? Dlaczego przez złośliwość i głupotę oddalacie się od Sakramentów i nie chcecie słuchać słów tego, kto może sprowadzić was na dobrą drogę? Jedyne, co zyskacie, to gniew Boga.
Smutek, ściskający serce księdza Bosko w czasie tego snu, kazał mu wydać rozdzierający krzyk, który go obudził.

„Widziałem wszystkich tych chłopców - twierdził Święty, rozmawiając o tym z dyrektorem - widziałem ich wszystkich i rozpoznałem tych spryciarzy. Ale moją tajemnicę zatrzymam dla siebie i nikomu jej nie wyjawię. Od razu, kiedy tylko powrócę do Lanzo, powiem każdemu, co mu się należy" (M.B. IX, 133).

★ ★ ★
Poruszające jest zdanie księdza Bosko: „Rozpoznałem tych spryciarzy". Wtedy też nie brakowało młodych, którzy brali stronę diabła. Czuwać, aby zapobiegać: oto myśl stale towarzysząca rodzicom i wychowawcom; to ich słodki niepokój.

Sen Niebiańskie wizje

Pod koniec maja 1867 roku ksiądz Bosko miał sen, w którym przeżywał niebiańskie wizje.
Zdawało mu się, że znajduje się na rozległej równinie, ciągnącej się daleko jak okiem sięgnąć. Na niej, na wielkich łąkach, pasły się w stadach wielkie, dorodne owce. Ksiądz Bosko zadał ich pasterzowi wiele pytań, a ten odpowiedział:
Nie jesteś dla nich przeznaczony; zaprowadzę cię i pokażę ci stado, o które musisz zadbać.
A ty kim jesteś? - zapytał ksiądz Bosko.
Ja jestem Panem; chodź ze Mną.
I zaprowadził go w inne miejsce równiny, gdzie znajdowały się tysiące baranków tak wychudzonych, że ledwo ruszały nogami. Powierzchnia ziemi była sucha, nieurodzajna i piaszczysta, bez jednego źdźbła trawy, bez jednego strumyka.
Rzucało się w oczy, że te biedne, poranione baranki wiele wy¬cierpiały i cierpią nadal. Ksiądz Bosko poprosił o wyjaśnienie, a Pasterz uprzejmie odpowiedział:
Posłuchaj, a dowiesz się wszystkiego. Ta równina to świat. Zielone pastwiska to słowo Boże i łaska. Miejsca nieurodzajne i suche to te, gdzie nie słucha się słowa Bożego i gdzie szuka się przyjemności tego świata. Owce to ludzie dorośli, baranki to młodzież, i do niej Bóg posłał księdza Bosko. To suche miejsce wy¬obraża stan grzechu.
Ksiądz Bosko kontynuował: „Kiedy tak słuchałem i oglądałem wszystko, nagle znów się zdziwiłem. Wszystkie baranki zmieniły swój wygląd. Wspiąwszy się na tylne nogi, przybrały kształty młodzieńców. Podszedłem, aby zobaczyć, czy kogoś nie znam. To byli chłopcy z Oratorium. Wielu nigdy nie widziałem, ale wszyscy mówili, że są synami naszego Oratorium.
Kiedy z bólem obserwowałem te rzesze, Pasterz powie¬dział mi:
Chodź ze Mną, a zobaczysz coś jeszcze.
I zaprowadził mnie w odległy kraniec doliny, otoczony pa¬górkami i ogrodzony żywopłotem bujnych roślin, gdzie była ogromna, zielona łąka, pełna wszelkiego rodzaju pachnących traw, polnych kwiatów, świeżych zagajników i szemrzących krystalicznymi wodami strumyków. Tam napotkałem kolejną rzeszę młodych ludzi - wszyscy byli weseli, a z kwiatów polnych utkali prze¬piękne szaty.
Tutaj masz takich, którzy będą dla ciebie wielkim pociesze¬niem.
A kim oni są? - zapytałem.
To ci, którzy są w stanie łaski Bożej.
Ach! Mogę powiedzieć, że nigdy nie widziałem tak pięknych i promiennych osób, nigdy też nie mógłbym wyobrazić sobie takiej wspaniałości.
Oczekiwał mnie jednak jeszcze bardziej zaskakujący widok.
Chodź, chodź ze mną - powiedział mi mój Przewodnik -a pokażę ci scenę, która napełni cię wielką radością i bardzo cię podniesie na duchu.
I zaprowadził mnie na jeszcze inną łąkę, pełną tak pięknych i tak pachnących kwiatów, jakich nigdy dotąd nie widziałem. Wydawała się królewskim ogrodem. Dostrzegłem na niej znów - nie tak liczną już - grupę młodych ludzi; byli oni jednak tak nadzwyczajnej urody i majestatu, że przyćmiewali tych, których oglądałem przed chwilą. Niektórzy z nich są jeszcze w Oratorium, inni przyjdą później.
- Ci - powiedział mi Pasterz - zachowali lilię czystości. Odziani są w samą niewinność.
Patrząc na nich czułem się jak w ekstazie. Prawie wszyscy mieli na głowach wieńce z kwiatów nieopisanej piękności. Kwiaty te składały się z innych drobniutkich kwiatuszków zadziwiającej urody, o barwach tak żywych i różnorodnych, że wyglądały jak z bajki. Ponad tysiąc barw w jednym kwiecie, i w każdym ponad tysiąc kwiatów. Młodzieńcom spływały do stóp olśniewająco białe szaty, całe oplecione girlandami kwiatów takich samych jak w wieńcach. Cudowne światło, wydobywające się z tych kwiatów, okalało całe ich postacie, z których promieniowała radość.
Kwiaty przeglądały się w sobie, kwiaty z wieńców w kwiatach z girland, odbijając nawzajem swoje promienie. Barwny snop światła, łamiąc się w promieniu innej barwy, tworzył nowe promienie - inne, roziskrzone; każdy snop światła wysyłał coraz to nowe promienie, tak że nigdy nie mógłbym uwierzyć, iż nawet w raju możliwe jest coś tak cudownego.
To nie wszystko. Promienie i kwiaty jednych odbijały się w promieniach i wieńcach kwiatów drugich; nawet girlandy oraz bogactwo szat jednych odbijały się w girlandach i szatach drugich. Piękno oblicza każdego młodzieńca zwielokrotniało się, znajdując odbicie w promieniujących chwałą, niewinnych twarzach wszystkich jego towarzyszy, i dawało tak oślepiające światło, że nie można było na nich patrzeć.
I tak w każdym skupiało się piękno wszystkich pozostałych, w harmonii nieuchwytnego światła. Była to chwała świętych.
Człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić, przedstawić - nawet w marzeniach - jak pięknym był każdy z tych młodzieńców wśród tego oceanu chwały. Niektórym przyjrzałem się dokładnie; są oni teraz tutaj, w Oratorium, i jestem pewien, że gdyby mogli zobaczyć choćby dziesiątą część swojej rzeczywistej urody, byliby gotowi znieść płomienie ognia, daliby się pokroić na kawałki, jednym słowem stawiliby czoła najstraszliwszemu męczeństwu, byleby tylko jej nie stracić.
Kiedy tylko doszedłem do siebie po tej niebiańskiej wizji, zwróciłem się do Pasterza i powiedziałem:
Ale dlaczego wśród tylu moich podopiecznych tak mało jest niewinnych? Dlaczego tak mało jest tych, którzy nigdy nie utracili łaski Boga?
Odpowiedział mi:
Czy ich liczba nie wydaje ci się wystarczająca? Zresztą ci, którzy nie ustrzegli lilii czystości, a wraz z nią niewinności, mogą iść ze swoimi towarzyszami drogą pokuty. Widzisz? Na tamtej łące jest jeszcze wiele kwiatów; oni również mogą upleść sobie wieńce, utkać wspaniałe szaty i pójść za niewinnymi do chwały.
Podpowiedz mi coś - poprosiłem - co mógłbym przekazać moim wychowankom.
Powtórz chłopcom, że jeśli poznaliby, jak cenne i piękne są w oczach Boga niewinność i czystość, byliby gotowi na każde poświęcenie, aby tylko je zachować. Powiedz im, że nie powinni tracić odwagi w praktykowaniu tej cnoty, bo czystymi są ci, którzy crescunt tanąuam lilia in conspectu Domini (rosną jak lilie przed obliczem Boga)".
Ksiądz Bosko zakończył swoje opowiadanie mówiąc, że - oczarowany urodą tych młodzieńców - chciał znaleźć się pośród nich, ale potknął się i obudził (M.B. VIII, 840).

★ ★ ★
Dwa dni później wrócił do swojego snu i między innymi powiedział: „Jeden z was zapytał mnie, czy był wśród niewinnych, a ja odpowiedziałem, że nie. Zapytał mnie jeszcze, czy miał jakieś rany, a ja odpowiedziałem, że tak.
A co oznaczały te rany? - chciał wiedzieć.
Nie lękaj się - odpowiedziałem - zabliźnią się, znikną. Nie musisz się ich wstydzić, tak samo jak nie musi się wstydzić swych blizn żołnierz, który pomimo odniesionych ran i ataków wroga umiał go pokonać i odnieść zwycięstwo. To chwalebne blizny!... Ale jeszcze bardziej godzien chwały jest ten, kto walcząc odważnie pośród nieprzyjaciół, nie odnosi żadnej rany. Jego nietykalność wzbudza podziw wszystkich" (M.B. VIII, 844).

Sen Powódź i tratwa ratunkowa

Ten sen opowiedział ksiądz Bosko swoim podopiecznym 1 stycznia 1866 roku. Był zatytułowany: „Przyszłość Zgromadzenia Salezjańskiego i jego zbawcza misja wśród młodzieży". Ksiądz Bosko roztoczył wobec poruszonej wyobraźni swoich dzieci zachwycającą panoramę dziejów ducha, ożywiając - jakby barwnymi muśnięciami pędzla - radosną przyszłość, ku której Maryja Wspomożycielka konsekwentnie prowadzi swoich wiernych. Przedstawił także tragiczny los, jaki szykują sobie ci, którzy do Maryi i całości aktywnego chrześcijańskiego życia obracają się, w swej głupocie, plecami.
To sen niezwykle sugestywny, bliski objawieniu, zdolny oczyścić duszę i przywrócić ją jej prawdziwemu przeznaczeniu. Ksiądz Bosko opisał w nim podróż w towarzystwie swoich wychowanków, w czasie burzy, która nagle rozszalała się wokół nich, i gdy próbowali się wówczas przedostać przez spienione wody przerażającej powodzi. Przytoczymy go jak zwykle wiernie, gdzieniegdzie skracając.

Księdzu Bosko przyśniło się, że był wśród chłopców ze swojego Oratorium, którzy bawili się wesoło na rozległej łące. Nagle zobaczyli, że ze wszystkich stron otoczyły ich fale powodzi, które powiększały się niepomiernie i zbliżały się do nich.
Przerażeni, pobiegli skryć się w wielkim, samotnym młynie o ścianach tak grubych, jak w warownej twierdzy. Z okien było widać ogrom klęski: zamiast łąk, pól uprawnych, ogrodów warzywnych, lasów, gospodarstw - otaczała ich wyłączne woda ogromnego jeziora.
W miarę jak wody przybywało, wszyscy przechodzili na wyższe piętra. Straciwszy całą ludzką nadzieję na ratunek, ksiądz Bosko zaczął dodawać odwagi swoim kochanym podopiecznym, zachęcając ich do ufnego oddania się w ręce Boga i ramiona ich ukochanej Matki - Maryi.
Kiedy woda podeszła do ostatniego piętra, przerażenie opanowało wszystkich i nie widzieli już innego ratunku, jak schronić się na wielkiej tratwie w kształcie okrętu, która w tej chwili się pojawiła, dryfując niedaleko nich.
Każdy chciał na nią wskoczyć, a sposób był tylko jeden: trzeba było przejść po długim i wąskim pniu drzewa; przedsięwzięcie jednak utrudniał fakt, że pień jednym końcem opierał się o barkę i kołysał się zgodnie z ruchem fal.
Zdobywszy się na odwagę, ksiądz Bosko przeszedł jako pierwszy; i aby ułatwić przejście chłopcom, ustawił księży i kleryków, którzy we młynie podpierali wychodzących, a z tratwy pomagali nadchodzącym.
Tymczasem wielu niecierpliwych chłopców, znalazłszy kawałek dostatecznie długiej i odrobinę szerszej od pnia belki, sporządzili drugi most. Nie czekając na pomoc kapłanów i kleryków oraz nie zważając na krzyk księdza Bosko, weszli na niego, ale stracili równowagę i zostali pochłonięci przez mętne i cuchnące wody - więcej ich nie widziano.
Ich kruchy most również wpadł do wody ze wszystkimi, którzy na nim byli. A tak wielka była liczba nieszczęśników, że aż jedna czwarta chłopców padła ofiarą swej niesubordynacji.
Ci, którzy schronili się na tratwie, znaleźli tam mnóstwo chleba, schowanego w koszach.
„Kiedy wszyscy byli już na barce - kontynuował ksiądz Bosko - objąłem dowództwo i powiedziałem do chłopców:
- Maryja jest Gwiazdą Morza. Nie opuszcza tych, którzy Jej się powierzają: wszyscy ukryjmy się pod Jej płaszczem. Ona ocali nas od niebezpieczeństw i poprowadzi do spokojnego portu.
Powierzyliśmy nasz statek nurtowi, a on dryfował radośnie. Siła wzbijanych wiatrem fal pchała go z taką szybkością, że my, przytuleni do siebie, przytrzymywaliśmy się nawzajem, aby nie spaść.
Przebywszy ogromną przestrzeń w ciągu bardzo krótkiego czasu, barka niespodziewanie zatrzymała się i zaczęła obracać się wokół swej osi z nadzwyczajną prędkością, tak że wydawało nam się, że zatonie. Jednak bardzo gwałtowny wicher wypchnął ją z wiru. Uspokoiła się, kręcąc od czasu do czasu kilka młynków, ale zbawczy wiatr kazał się jej zatrzymać na lądzie, który wyłaniał się z tego morza niczym pagórek.
Wielu chłopców zachwyciło się nim i mówiąc, że Pan postawił człowieka na ziemi, a nie na wodzie, nie prosząc o pozwolenie, z radością opuściło barkę.
Ale ich radość była krótka, ponieważ niespodziewanie rozszalała się burza, wody się podniosły i pagórek został zalany, a oni zginęli wśród fal.
Zawołałem:
To prawda, że kto robi po swojemu, ze swego zapłaci! Tymczasem tratwa, wydana na pastwę wiru, znowu groziła nam
zatopieniem.
Zobaczyłem moich wychowanków bladych i drżących:
Odwagi - zawołałem do nich - Maryja nas nie opuści!
I zaczęliśmy wspólnie modlić się na kolanach, z serca, trzymając się wszyscy za ręce. Znaleźli się jednak tacy głupcy, którzy - obojętni na zagrożenie - wstali i spacerowali sobie po tratwie, chichocząc między sobą i kpiąc z błagalnych postaw swoich kolegów.
I oto statek nagle się zatrzymał, obrócił się szybko dokoła, a wściekły wiatr strącił w fale tych nieszczęśników. Było ich trzydziestu, jednak z powodu głębokości i mulistości wody, skoro tylko w nią wpadli, nie dało się nic zobaczyć.
My zaintonowaliśmy Salve Regina i usilniej niż przedtem prosiliśmy z serca o opiekę Gwiazdy Morza.
Nastał spokój, statek dalej posuwał się naprzód, a my nie wiedzieliśmy, dokąd nas zawiedzie. Na pokładzie tymczasem wrzała praca. Robiono wszystko, aby zabezpieczyć chłopców przed wpadaniem do wody i aby uratować tych, którzy już się w niej znaleźli.
Niektórzy wychylali się za niskie burty rufy i wpadali do jeziora; byli też i tacy, którzy bezczelnie i okrutnie przywoływali stojących najbliżej burty kolegów i wpychali ich do wody.
Dlatego księża przygotowywali grube kije, wędki i różnego rodzaju haki. Kiedy tylko do wody wpadał jakiś chłopiec, opuszczano kij, a topielec chwytał się go, albo też zaczepiano haczykiem za pasek lub za ubranie, i tak przenoszono uratowanego w bezpieczne miejsce.
Stałem u stóp wysokiego masztu, znajdującego się w samym środku tratwy, otoczony mnóstwem chłopców, księży i kleryków, którzy spełniali moje rozkazy.
Dopóki chłopcy zachowywali spokój i posłuszeństwo, wszystko szło dobrze: byli zadowoleni i bezpieczni. Jednak wielu uznało nagle tratwę za niewygodną, zaczęło narzekać na zbyt długą podróż, skarżyć się na niebezpieczeństwa i uciążliwość rejsu oraz rozprawiać nad miejscem, gdzie przybijemy do brzegu. Zastanawiali się nad sposobem znalezienia innego schronienia i odmawiali mi posłuszeństwa. Na próżno starałem się ich przekonać, przedstawiając słuszne racje.
I oto nagle zobaczyliśmy inne tratwy, które zdawały się zdążać w kierunku przeciwnym do naszego; ci zbuntowani chłopcy postanowili posłuchać swego kaprysu. Wrzucili do wody ławy, znajdujące się na naszej tratwie, wskoczyli na nie i oddalili się w ślad za widocznymi tratwami. Była to dla mnie scena bolesna i trudna do opisania: widziałem tych nieszczęśników, jak zdążali prosto do zguby. Wiał wiatr, fale się podnosiły i niektórzy znikali w rwących wirach; innym udało się wsiąść na tratwy, które jednak wkrótce zatonęły. Nastała ciemna noc, w oddali słychać było rozdzierające krzyki ginących. Wszyscy utonęli.
Liczba moich kochanych dzieci bardzo się uszczupliła. Powierzając się nadal Matce Bożej, po ciemnej nocy wpłynęliśmy w przesmyk pomiędzy dwoma mulistymi brzegami, porośniętymi krzewami, pełnymi kamieni i jakiegoś żelastwa. Wokół barki widzieliśmy tarantule, ropuchy, węże, krokodyle, żmije i tysiące innych obrzydliwych gadów. Na wierzbach płaczących, których gałęzie zwieszały się nad naszą tratwą, siedziały małpy i huśtając się na gałęziach usiłowały dotknąć chłopców i owinąć się wokół nich; oni jednak, pochylając się przestraszeni, unikali zasadzki.
Na tym brzegu dostrzegliśmy, ku naszemu zaskoczeniu i przerażeniu, naszych zatopionych towarzyszy. Fale, uderzając ich ciałami o skały, wyrzuciły je na plażę. Niektórzy byli pogrążeni w mule - widzieliśmy tylko ich włosy i końce rąk. Czasem z błota wystawał ludzki korpus, czasem głowa; gdzie indziej dryfowały zwłoki.
Potem inny widok przedstawił się naszym oczom. Niedaleko wznosił się ogromny piec, w którym palił się wielki ogień. Nad ogniem znajdowało się coś w rodzaju pokrywy, na której wielkimi literami wypisano następujące słowa: „Szósty i siódmy prowadzą tutaj" (tzn. kradzież i nieczystość).
W pobliżu, na szerokiej hałdzie ziemi znajdowało się mnóstwo naszych przyjaciół - tych, którzy wpadli do wody lub tych, którzy opuścili nas w trakcie podróży. Zszedłem na ląd nie bacząc na niebezpieczeństwo, podszedłem i ujrzałem, że ich oczy, uszy, włosy, a nawet i serca pełne były insektów i obrzydliwych robaków, które gryzły ich, zadając ogromny ból.
Pokazałem wszystkim źródło, z którego biły wielkie ilości orzeźwiającej i żelazistej wody. Każdy, kto się w niej obmył, natychmiast odzyskiwał zdrowie i mógł powrócić na tratwę. Większość tych nieszczęśników usłuchała mnie; ale niektórzy odmówili. Wtedy ja, w towarzystwie tych, co już zostali uzdrowieni, powróciłem na tratwę, która wypłynęła z przesmyku z przeciwnej strony i znów dryfowała po niezmierzonym oceanie.
Opłakując żałosny koniec naszych towarzyszy pozostawionych w tamtym miejscu, zaczęliśmy śpiewać: „Chwalcie Maryję usta wierne", dziękując niebieskiej Matce za dotychczasową opiekę. Nagle, jakby na rozkaz Maryi, wiatr ucichł, ale okręt mknął po spokojnych wodach. I oto na niebie zajaśniała tęcza wspanialsza od zorzy polarnej. Na niej ujrzeliśmy wielkimi literami wypisane słowo MEDOUM, którego znaczenia nie pojęliśmy. Wydało mi się, że każda litera jest inicjałem następujących słów: Mater et Domina omnis universi Mana (Matka i Pani całego wszechświata, Maryja).
Po długiej podróży zobaczyliśmy wyłaniający się na horyzoncie ląd. Opanowała nas niewymowna radość. Ziemia, przepiękna w okryciu swych lasów, gdzie rosły wszelkie gatunki drzew, przedstawiała zachwycający widok, ponieważ wschodzące słońce oświecało ją promieniami tak łagodnymi, że przypominało nam to wspaniały, letni wieczór.
Wreszcie tratwa, uderzywszy o piasek wybrzeża, zatrzymała się na suchym lądzie, u stóp piękniej winnicy. Chłopcy patrzyli na mnie, jakby chcieli zapytać:
Schodzimy?
Na moje „Tak" rozległ się wspólny okrzyk radości i wszyscy weszli do winnicy.
Z winorośli zwieszały się kiście winogron podobne do tych z Ziemi Obiecanej, a na drzewach rosły wszelkiego rodzaju owoce. Pośrodku tej rozległej winnicy wznosił się wielki zamek, otoczony wspaniałym ogrodem i mocnymi murami. Pozwolono nam tam wejść.
W ogromnej sali, całej ozdobionej złotem, stał duży stół, na którym znajdowały się przeróżne wykwintne potrawy.
Każdy mógł jeść do woli. Kiedy kończyliśmy się posilać, do sali weszła szlachetna młoda kobieta nieopisanej urody, która z pełną miłości i sympatii uprzejmością powitała nas, nazywając każdego po imieniu. Widząc nasze zdziwienie, powiedziała:
To jeszcze nic, chodźcie i zobaczcie.
Wszyscy poszliśmy za nią; z balkonów pozwoliła nam podziwiać ogrody, mówiąc, iż są do naszej dyspozycji. Wiodła nas od sali do sali, jednej wspanialszej od drugiej pod względem architektury, kolumnady i wszelkiego rodzaju ozdób. Wprowadziła nas w końcu do przepięknego kościoła. Posadzka, ściany, sklepienia wykonane były z marmuru, srebra, złota i drogich kamieni.
Ależ - zawołałem - to rajskie piękno! Proponuję, abyśmy pozostali tu na zawsze!
Pośrodku tej wielkiej świątyni stała na bogatym postumencie ogromna i wspaniała figura Maryi Wspomożycielki. Wokół niej zgromadziło się mnóstwo chłopców, aby podziękować Dziewicy za doznane łaski.
Podczas gdy oni podziwiali prawdziwie niebiańskie piękno posągu, postać ożyła i uśmiechnęła się. Wśród tłumu podniósł się krzyk:
Matka Boża rusza oczami!
Maryja istotnie poruszała oczami, spoglądając nimi z nieopisaną, matczyną dobrocią na otaczających Ją chłopców. Zaraz potem rozległ się drugi krzyk:
Matka Boża rusza rękoma!
Dziewica, podnosząc powoli ramiona, otwierała swój płaszcz w geście opieki.
Matka Boża porusza ustami! - znowu zakrzyknęli chórem chłopcy.
Nastało głębokie milczenie, a oczy wszystkich wpatrywały się w twarz Maryi, która słodkim głosem powiedziała:
Jeśli będziecie moimi oddanymi dziećmi, ja będę dla was kochającą Matką.
Na te słowa upadliśmy na kolana i zaintonowaliśmy pieśń: „Chwalcie Maryję usta wierne".
Harmonia naszych głosów była tak silna i tak słodka, że pod jej wpływem obudziłem się; i tak zakończyła się moja wizja" (M.B. VIII, 275).
★ ★ ★
Ten sen skomentował sam ksiądz Bosko i każdemu, kto go o to pytał, powiedział w zaufaniu, jakie miejsce w nim zajmował.
Rozległa równina to świat. Powódź to jego zagrożenia, młyn wyobraża Kościół. Pień drzewa, służący za most, to krzyż. Wielka tratwa to Dom Maryi, Oratorium. Koszyki z chlebem to Przenajświętsza Eucharystia. Nagłe wiry -pokusy. Pagórek, którzy urzeka wielu, to światowe pragnienia. Kapłani uwijający się przy wyławianiu za pomocą wędki i haczyków to spowiedź. Obrzydliwe gady i małpy to powaby zła. Źródło orzeźwiającej, żelazistej wody to spowiedź i Komunia. Jaśniejąca tęcza to Maryja. Zamek, winnica i uczta to Niebieska Ojczyzna. Na koniec sama Maryja Wspomożycielka wieńczy upajającą radość wszystkich obecnych zapewnieniem: „Jeśli będziecie moimi oddanymi dziećmi, Ja będę dla was kochającą Matką".
Dziś świat, a raczej antychrześcijańska mentalność szerzy się jeszcze bardziej ze swymi szalonymi wirami, zalewając stopniowo chrześcijańskie zwyczaje i przekonania. Stąd ciągle aktualne jest przestanie księdza Bosko. Teraz, kiedy dotarł do Ojczyzny, jest jeszcze potężniejszy i aktywniejszy niż przedtem w dziele ratowania młodzieży, swego „oczka w głowie".

Sen Kwiaty i owoce dla Maryi

Wieczorem 30 maja 1865 roku, zamykając miesiąc maryjny, ksiądz Bosko opowiedział, że widział we śnie wielki ołtarz poświęcony Dziewicy oraz chłopców ze swojego Oratorium, którzy kroczyli ku niemu w procesji, ze śpiewem na ustach.
Niektórzy śpiewali anielskimi głosami, inni chrypliwie, a jeszcze inni fałszowali; byli nawet chłopcy, którzy ziewali z nudów.
Wszyscy nieśli coś dla Maryi - jakaż różnorodność darów! Jeni mieli bukiety róż, inni lilii albo fiołków; inni baranki, jeszcze inni króliki, ryby, orzechy, winogrona, itd., itd. Ale znaleźli się i tacy, którzy nieśli Dziewicy bardzo dziwne dary: łeb świni, kota czy talerz ropuch.
Przepiękny Anioł, być może Anioł Stróż Oratorium, stał przed ołtarzem, przyjmował dary i składał je na nim. Najpierw jednak usuwał kwiaty piękne, ale bez zapachu - takie jak dalie i kamelie; a przede wszystkim wyjmował z niektórych bukietów ciernie i gwoździe w nich ukryte.
Przyszli też chłopcy, którzy nieśli dziwne i niegodne dary.
-Jak to?
Masz czelność ofiarowywać Dziewicy świnię?! - powiedział Anioł do pierwszego - Nie wiesz, że to oznacza nieczystość, a Maryja jest cała czysta i cała święta? Odejdź stąd!
Podeszli kolejni, którzy nieśli talerz ropuch, a Anioł krzyknął oburzony:
- Ropuchy symbolizują haniebne grzechy zgorszenia, a wy przychodzicie ofiarować je Dziewicy?
Byli też i tacy, którzy przychodzili ze sztyletem wbitym w serce, symbolem świętokradztwa.
Czy nie widzicie - powiedział im Anioł - że macie śmierć w sercu? Na miłość boską, niech wam wyjmą ten sztylet!
Oni także musieli odejść.
Kiedy wszyscy złożyli swoje dary, pojawiły się dwa Anioły, niosące dwa kosze pełne wspaniałych wieńców, uplecionych z przepięknych róż. Anioł Stróż przyozdobił nimi głowy wszystkich chłopców, których dary zostały przyjęte, i powiedział im:
Maryja chciała, żebyście zostali dzisiaj ukoronowani tymi pięknymi różami. Czyńcie tak, aby nigdy wam ich nie odebrano - praktykując pokorę, posłuszeństwo i czystość. Trzy cnoty, dzięki którym zawsze będziecie Jej mili, które uczynią was godnymi przyjęcia korony nieskończenie piękniejszej niż ta.
Ukoronowani chłopcy wyrazili swoją radość, intonując „Chwalcie Maryję" z taką mocą, że ksiądz Bosko się obudził (M.B. VIII, 129).

★ ★ ★
Sam ksiądz Bosko dał taką interpretację: kwiaty bezwonne to dobre uczynki wykorzystane do ludzkich celów; ciernie to nieposłuszeństwo; gwoździe to grzechy ciężkie.
I zakończył mówiąc: „Moi kochani, wiem, kogo Anioł ukoronował, a kogo przepędził. Powiem to każdemu z osobna, abyście zatroszczyli się o złożenie Dziewicy takiego daru, który Ona raczy przyjąć".

Sen Kocur o świecących ślepiach

6 lutego 1865 roku swoje „słówko na dobranoc" ksiądz Bosko poprzedził następującym wstępem: „Ponieważ kocham moich podopiecznych, zawsze śni mi się, że jestem wśród nich.
Zdawało mi się, że jestem tutaj, na podwórzu, w otoczeniu moich ukochanych dzieci. Wszyscy trzymali w ręku jakiś piękny kwiat. Jedni różę, inni lilię, jeszcze inni fiołka, niektórzy różę i lilię, itd. Jednym słowem każdy miał inny kwiat. Nagle pojawił się brzydki kocur z rogami, cały czarny, wielki jak pies, o ślepiach świecących niczym rozżarzone węgle i szponach wielkich niczym zakrzywione gwoździe. Obrzydliwa bestia zbliżała się powoli do chłopców i krążąc wśród nich, uderzeniem łapy wyrywała im z rąk kwiaty i rzucała je na ziemię.
Na widok tego kocura przeraziłem się bardzo i zdziwiłem, że chłopcy się nie zmieszali, stojąc spokojnie, jak gdyby nigdy nic.
Kiedy ujrzałem, że kocur zaczął zbliżać się do mnie, żeby wyrwać mi kwiaty, chciałem uciekać; ale zostałem zatrzymany i powiedziano mi:
- Nie uciekaj i powiedz swoim wychowankom, aby podnieśli wysoko rękę; kocur nie dosięgnie wtedy kwiatów.
Zatrzymałem się i podniosłem rękę: kocur usiłował wyrwać mi kwiaty, podskakiwał, żeby ich dosięgnąć, ale ponieważ był bardzo ciężki, spadał niezdarnie na ziemię".

Posłuchajmy teraz komentarza samego Świętego:

„Lilia, moi kochani, jest piękną cnotą czystości, przeciwko której diabeł zawsze prowadzi wojnę. Biada tym, którzy ten kwiat trzymają nisko! Demon zmusi ich do upadku.
Ci, którzy trzymają kwiat nisko, to tacy, co pieszczą swoje ciało, jedząc nieporządnie i poza wyznaczonymi godzinami posiłków; to ci, którzy unikają trudu i nauki, którzy oddają się bezczynności; to ci, którzy prowadzą niewłaściwe rozmowy i unikają umartwienia. Na miłość Boską, walczcie z tym nieprzyjacielem, w przeciwnym razie stanie się on waszym panem. To trudne zwycięstwa, ale Przedwieczna Mądrość wskazała nam środki, prowadzące do ich osiągnięcia: «Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem» (Mt 17,21). Podnieście rękę, wznieście do góry wasz kwiat i bądźcie pewni. Czystość jest cnotą niebieską i kto chce ją zachować, musi wznieść się ku niebu. Ratujcie się modlitwą.
Modlitwa, która wznosi was do nieba, to dobrze odmówiona modlitwa poranna i wieczorna; modlitwą są rozważania i Msza Święta; modlitwą jest częsta spowiedź i Komunia; modlitwą są kazania i zachęty waszych przewodników; modlitwą jest nawiedzanie Przenajświętszego Sakramentu; modlitwą jest różaniec; modlitwą jest nauka. Dzięki modlitwie wasze serce rozszerzy się niczym napompowana poduszka i wzniesie was ku niebu. I tak będziecie mogli powtórzyć wraz z Dawidem: «Biegnę drogą Twoich przykazań, bo czynisz moje serce szerokim» (Ps 118,32).
W ten sposób uratujecie najpiękniejszą z waszych cnót, a wasz nieprzyjaciel niezależnie od tego, jak bardzo by się trudził, nie będzie mógł wyrwać jej z waszej dłoni" (M.B. VIII, 34).

★ ★ ★
Te „kocury" dzisiaj się rozmnożyły. To pornograficzne gazety, kino, telewizja, komputer. Trzeba bronić nas i naszych dzieci przed niszczącymi ciosami łap tych przestępców, którzy w eleganckim przebraniu niszczą lilie niezliczonych młodych dusz.

Sen Majestatyczny orzeł

Obecnie, podobnie jak kiedyś, nie brak pedagogów i wychowawców, którzy nie chcą, aby młodzieży mówiono o śmierci, bo - powiadają - ta myśl mąci spokój i beztroską radość. Ksiądz Bosko był zdecydowanie odmiennego zdania, nie dla zasady, ale na podstawie swojego bogatego doświadczenia.
To jasne i oczywiste dla każdego, kto przeczyta 19 tomów Memorie Biografiche, że u księdza Bosko myśl o kruchości życia i możliwości spotkania z Bogiem w każdej chwili budziła ewangeliczną czujność oraz stwarzała atmosferę czystości i nadzwyczajnej świętości. Niektóre przepowiednie śmierci, przytoczone w dramatycznej i szczegółowej formie, przepowiednie, po których następowała nie mniej dramatyczna rzeczywistość, kazały chłopcom biec na rekolekcje - szczególnie, że często odbywały się one w skupionej atmosferze comiesięcznego Ćwiczenia Dobrej Śmierci.

Właśnie podczas ćwiczenia, 1 lutego 1865 roku, ksiądz Bosko przepowiedział, że jeden z chłopców nie przyjdzie na następne ćwiczenie. Ta przepowiednia była wynikiem snu.
Pewnej nocy zobaczył, że jest na podwórzu wśród bawiących się chłopców. Nagle pojawił się majestatyczny i bardzo piękny orzeł, który krążył nad chłopcami, zniżając lot. Ksiądz Bosko patrzył zdziwiony. Ta sama co zwykle Przewodniczka powiedziała mu:
- Czy widzisz tego orła? Chce pochwycić w szpony jednego z twoich podopiecznych.
Kogo? - zapytał ksiądz Bosko.
Patrz dobrze: to ten, nad którego głową się zatrzyma. Ksiądz Bosko patrzył uważnie i zobaczył, że orzeł zatrzymał
się nad głową trzynastoletniego Antoniego Ferrarisa z Castellazzo Bormida. Ksiądz Bosko rozpoznał go i obudził się. Poruszony wizją odmówił następującą modlitwę:
Panie, jeśli to nie jest sen, a rzeczywistość, to kiedy się sprawdzi?
Znowu zasnął i oto ukazała mu się Przewodniczka, która powiedziała:
Młody Ferraris odbędzie tylko dwa Ćwiczenia Dobrej Śmierci - i znikła.
Wtedy ksiądz Bosko przekonał się, że to nie był sen, ale prawda. Oto dlaczego ostrzegł swoich podopiecznych.
Wtedy Ferraris czuł się dobrze, zaczął jednak odczuwać pewne dolegliwości, które się nasilały. Ksiądz Bosko delikatnie go przygotowywał; 16 marca chłopiec w świętości oddał ducha (M.B. VIII, 52).

★ ★ ★
Tego samego wieczoru, 16 marca, ksiądz Bosko tak mówił do swoich wychowanków: „Widzę, iż wszyscy pragniecie dowiedzieć się, jak wyglądały ostatnie chwile życia naszego Antoniego; jestem tutaj, aby zaspokoić wasze słuszne pragnienia. Umarł spokojnie. Nie lękał się śmierci. Zapytałem go:
Czy jest coś, co niepokoiłoby twoje sumienie? Czy chciałbyś mi coś powiedzieć?
Zastanowił się i odpowiedział:
Nie, nic nie mam.
Jaka piękna odpowiedź! Chłopiec, który zbliża się do śmierci, który wie, że musi umrzeć, odpowiada: „nic nie mam!" z całym spokojem i radością.
Każdy z nas, moje drogie dzieci, chciałby znaleźć się na miejscu Ferrarisa. Ja jestem przekonany, że poszedł do raju. I bardzo chętnie zamieniłbym się z nim na miejsca" (M.B. VIII, 58).

Sen Kuropatwa i przepiórka

16 stycznia 1865 roku ksiądz Bosko opowiedział swoim podopiecznym sen, który przyśnił mu się dwa dni wcześniej.
Miał wrażenie, że był w podróży ze wszystkimi wychowankami Oratorium. Dotarłszy do pewnej winnicy, zatrzymali się na śniadanie. Chłopcy porozbiegali się i zaczęli jeść owoce; ksiądz Bosko, stojąc pośród nich, odcinał kiście, rozdawał im i mówił:
- Masz: bierz i jedz!
Posiliwszy się, wyruszyli w dalszą drogę, przechodząc przez winnicę; ale droga była uciążliwa, bo trzeba było to wchodzić, to schodzić, to przeskakiwać przez głębokie rozpadliny. Najsilniejsi skakali, najmniejsi również próbowali przeskakiwać, ale wpadali do rowów. Ksiądz Bosko rozejrzał się wokoło, zobaczył drogę biegnącą wzdłuż winnicy i razem ze wszystkimi chłopcami skierował tam swe kroki. Jednak Przewodniczka zatrzymała go:
Nie idź tą drogą: nie nadaje się do przejścia - jest pełna kamieni, cierni, błota i rowów.
Ale najmniejsi - zaoponował ksiądz Bosko - nie dają sobie rady w tych rozpadlinach.
Sprawnie wam pójdzie - odpowiedziała Przewodniczka -najsilniejsi niech wezmą na ramiona najmniejszych.
Dotarłszy tam, gdzie kończyła się winnica, otworzywszy sobie z ogromnym trudem przejście w gęstym, kolczastym żywopłocie, znaleźli się w cudownej dolinie, pełnej drzew i zielonych łąk. Tutaj spotkali dwóch dawnych kolegów z Oratorium, którzy pozdrowili księdza Bosko.
Niech ksiądz popatrzy - powiedział jeden, pokazując mu dwa ptaki: kuropatwę i przepiórkę.
Ksiądz Bosko wziął kuropatwę i kiedy ją karmił, zauważył, że jej dziób jest podzielony na cztery części. Poprosił o wyjaśnienie młodzieńca, który odpowiedział:
Ksiądz tyle studiował, a nie rozumie? Jak nazywa się kuropatwa po łacinie?
-Perdix.
Dobrze, niechaj ksiądz rozważy litery składające się na słowo perdix:
„p”- to perseverantia (wytrwałość),
„e”- to aeternitas te expectat (czeka cię wieczność),
„r”- to referet unus ąuisąue secundum opera sua prout gessit, swe bonum, sive malum (każdy zda rachunek ze swoich uczynków, dobrych i złych),
„d”- to dempto nomine (przekreślona wszelka sława, wiedza, chwała, bogactwo),
„i” - to ibit (dokona się).
Oto, co znaczą cztery części dzioba: cztery rzeczy ostateczne.
Rozumiem, ale powiedz mi, gdzie podziałeś "x"? Co ono znaczy?
Jak to, ksiądz uczył się matematyki i nie wie, co oznacza "x"?
„x” - oznacza niewiadomą, którą należy obliczyć.
A więc niech ksiądz uda się w miejsce nieznane (in locum suum).
Podczas gdy ksiądz Bosko zastanawiał się nad tymi wyjaśnieniami, młodzieniec zapytał go:
Czy chce ksiądz obejrzeć przepiórkę?
Tak, pokaż mi ją.
Podał mu więc wspaniałą przepiórkę; tak się przynajmniej wydawało. Ksiądz Bosko wziął ją do ręki, podniósł jej skrzydła i zobaczył, że była cała poraniona; powoli stała się brzydka, zgniła i śmierdząca. Wtedy ksiądz Bosko zapytał o powód tej przemiany. Młodzieniec odpowiedział:
- Czy pamięta ksiądz, jak Żydzi na pustyni szemrali i jak Bóg zesłał im przepiórki, i jedli je, a kiedy mieli jeszcze mięso między zębami, tysiące z nich Bóg poraził swą ręką? Ta przepiórka oznacza, że bardziej zabija podniebienie niż miecz i że większość grzechów rodzi podniebienie.
Tymczasem w krzakach, na drzewach i wśród traw pojawiło się mnóstwo kuropatw i przepiórek. Chłopcy zaczęli na nie polować i w ten sposób zapewnili sobie drugie śniadanie.
Kiedy później wyruszyli w drogę, ksiądz Bosko zauważył, że ci, którzy jedli kuropatwy, stali się silni i kontynuowali podróż; ci natomiast, którzy jedli przepiórki, pozostali w dolinie, rozproszyli się i ksiądz Bosko już ich nie widział.
Sen trwał, przynosząc zapowiedź śmierci. Ksiądz Bosko zakończył: „Sen trwał całą noc, a rano obudziłem się tak zmęczony i rozbity, że zdawało mi się, iż naprawdę całą noc wędrowałem" (M.B. VIII, 12).
★ ★ ★
Dwa wieczory później ksiądz Bosko powrócił do swych snów i powiedział tak: „Chcecie wiedzieć coś więcej na temat tego snu. Powiem wam tylko, co oznacza przepiórka i kuropatwa. Kuropatwa to cnota, a przepiórka to przywara - ponieważ była ona pozornie piękna, ale oglądana z bliska okazała się śmierdząca; rozumiecie: to przywara nieczystości.
Niektórzy chłopcy jedli kuropatwy: to ci, którzy kochają cnoty i idą za nimi. Inni jedli żarłocznie i łapczywie przepiórki, pomimo tego, że były zepsute: to ci, którzy oddają się grzechowi. Niektórzy trzymali w jednym ręku przepiórkę, a w drugim kuropatwę, ale jedli przepiórkę: to ci, którzy podziwiają piękno cnoty, jednak nie decydują się na jej praktykowanie.
Jeszcze inni, trzymając w jednym ręku przepiórkę a w drugim kuropatwę, jedli kuropatwę, rzucając pożądliwe i chciwe spojrzenia na przepiórkę: to ci, którzy idą drogą cnoty, ale z trudem i prawie z musu; co do nich trudno być pewnym, bo jeśli nie zmienią upodobań, upadną.
Byli też i tacy, którzy jedli trochę kuropatwy i trochę przepiórki: to ci, którzy praktykują na przemian grzech i cnotę, wpadając w pułapkę myślenia, iż wcale nie są tacy źli.
Zapytacie mnie: kto z nas je przepiórkę, a kto kuropatwę? Wielu z was już to powiedziałem: pozostali, jeśli chcą, niech do mnie przyjdą, a dowiedzą się" (M.B. VIII, 16).

Sen Kruki, dziobanie, balsam

W noc poprzedzającą Białą Niedzielę /obecnie Niedziela Miłosierdzia/, 3 kwietnia 1864 roku, księdzu Bosko wydawało się, że był na balkonie swojego pokoju i obserwował bawiących się chłopców, kiedy nagle dostrzegł białe prześcieradło, które zakryło całe podwórze wraz z chłopcami. Kiedy tak patrzył, zauważył mnóstwo kruków latających nad płótnem: fruwały to tu, to tam, aż wreszcie odnalazły skraj materii, sfrunęły pod nią i rzuciły się na chłopców, żeby ich podziobać.
Jego oczom ukazał się bolesny widok: jednemu kruki wydziobały oczy, innemu język; jeszcze innego dziobały w czoło, a kolejnemu wydziobały serce. Jednak najbardziej dziwiło księdza Bosko to, że nikt się nie skarżył ani nie krzyczał - wszyscy byli zimni i nieczuli, nie dbali też o to, aby się bronić.
- „Sen to czy jawa? - pomyślałem - Czy te kruki to demony, które atakują moich wychowanków?
Kiedy tak myślałem, usłyszałem jakiś hałas i obudziłem się. Ktoś zapukał do moich drzwi.
Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy w poniedziałek rozdałem mniej Komunii, a we wtorek jeszcze mniej, nie mówiąc już o środzie, kiedy to w połowie Mszy skończyłem już spowiadać! Nie chciałem jednak nic mówić, bo w związku ze zbliżającymi się rekolekcjami miałem nadzieję, że wszystkiemu będzie można zaradzić.
Wczoraj, 13 kwietnia, miałem kolejny sen. W ciągu dnia cały czas spowiadałem, a zatem moje myśli były zajęte duszami moich podopiecznych, jak zawsze zresztą. W nocy wydało mi się, że znowu jestem na balkonie i patrzę na chłopców podczas rekreacji. Widziałem wszystkich tych, którzy zostali ranni i przyglądałem im się, kiedy pojawiła się nagle postać ze słoiczkiem w ręku - w słoiczku był jakiś balsam. Postaci towarzyszył ktoś jeszcze, niosący opatrunki. Obydwaj zaczęli leczyć rany chłopców, którzy natychmiast po nałożeniu balsamu odzyskiwali zdrowie. Było jednak wielu, którzy nie chcieli być uleczeni. I właśnie z tego powodu było mi najbardziej przykro, że było ich tak wielu. Z pośpiechem zapisałem ich imiona na kawałku papieru, ale kiedy pisałem, obudziłem się, a moje ręce były puste. Jednak pamiętam ich prawie wszystkich i będę z nimi rozmawiał - tak jak już rozmawiałem z niektórymi - aby nakłonić ich do uleczenia ich ran" (M.B. VII, 649).
★ ★ ★
Te sny wyjaśniają to, co czytamy w Memorie Bigliografiche. „Po zakończeniu rekolekcji ksiądz Bosko poskarżył się, że niektórzy z jego uczniów nie skorzystali z nich dla dobra swej duszy. «Ja w tych minionych dniach - powiedział - widziałem tak wyraźnie grzechy każdego z was, jakbym miał je wszystkie zapisane przed oczami. To szczególna łaska, którą Pan obdarzył mnie w tych dniach dla waszego dobra»" (M.B. VII, 649).

Sen Dziesiąte wzgórze

Wieczorem 22 października 1864 roku ksiądz Bosko opowiedział chłopcom z Oratorium sen, w którym zostało mu objawione, jak łatwo niewinni pokonują przeszkody, które dla innych stanowią dość ciężką drogę do zbawienia.
Wydało mu się, że jest w rozległej dolinie, pełnej tysięcy młodych ludzi; wielu rozpoznał jako uczniów swojego Oratorium. Wysoka skała zamykała z jednej strony dolinę.
Czy widzisz tę skałę? - zapytała go Przewodniczka - Ty i twoi chłopcy musicie zdobyć jej szczyt.
Na znak księdza Bosko wszyscy chłopcy rzucili się, aby wspiąć się na skałę. Pomagali im kapłani z domu: jedni podnosili tych, którzy upadali, inni nieśli na plecach słabych i wycieńczonych. Ksiądz Rua (przyszły błogosławiony) pracował więcej od pozostałych: brał chłopców po dwóch i wręcz wrzucał ich na skałę; ci szybko się podnosili i wesoło biegali. Ksiądz Cagliero (przyszły kardynał) i ksiądz Francesia biegali nieustannie, wołając:
Odwagi! Naprzód, naprzód, odwagi!
W krótkim czasie ich oddziały dotarły do szczytu skały i ujrzały dziesięć wzgórz, wznoszących się przed nimi jedno za drugim.
Musisz - powiedziała Przewodniczka do księdza Bosko -przejść ze swoimi podopiecznymi przez te dziesięć wzgórz.
Ale jak zniosą tak długą drogę najmniejsi i najsłabsi?
Ci, którzy nie mogą chodzić, zostaną zawiezieni - odpowiedziała Przewodniczka.
I oto pojawił się wspaniały wóz, błyszczący od złota i drogocennych kamieni. Był trójkątny, a koła jego obracały się we wszystkie strony. Z trzech rogów wystawały trzy belki zbiegające się nad wozem, tworząc coś w rodzaju strzelistego wierzchołka, nad którym wznosił się cudowny sztandar z napisem: NIEWINNOŚĆ.
Wóz wjechał w sam środek chłopców. Wydano polecenie i wsiadło do niego pięciuset. Tutaj ksiądz Bosko ze smutkiem dodał komentarz: „Zaledwie pięciuset spośród tylu tysięcy młodych ludzi było niewinnych".
Gdy ci usadowili się na wozie, ukazało się nagle sześciu na biało ubranych młodzieńców, którzy zmarli w Oratorium, niosących inny przepiękny sztandar z napisem: POKUTA. Stanęli oni na czele zastępów młodzieży i na dany znak ruszyli ku dziesięciu wzgórzom, podczas gdy chłopcy siedzący na wozie śpiewali z niewymowną słodyczą: Laudate, pueri, Dominum (Chwalcie, dzieci, Pana).
Ksiądz Bosko mówił dalej: „Szedłem upojony tą rajską muzyką, kiedy przypomniałem sobie, żeby się odwrócić, aby sprawdzić, czy wszyscy chłopcy poszli za mną. Co za bolesny widok! Wielu pozostało w dolinie, a wielu odeszło. Szarpany niewypowiedzianym bólem postanowiłem wrócić, aby przekonać tych nierozumnych do pójścia za mną. Jednak absolutnie zakazano mi tego.
- Tym gorzej dla nich - powiedział Przewodniczka. - Zostali powołani jak wszyscy pozostali. Widzieli drogę, wystarczy.
Prosiłem i zaklinałem: wszystko na nic. I musiałem iść dalej.
Jeszcze ten ból nie minął, kiedy zdarzył się inny wypadek. Wielu chłopców, którzy siedzieli na wozie, spadło na ziemię. Z pięciuset zostało pod sztandarem Niewinności zaledwie stu pięćdziesięciu.
Serce miałem rozdarte; jęczałem i słyszałem mój jęk odbijający się echem po pokoju; chciałem odpędzić koszmar tego widma, ale nie mogłem. Tymczasem muzyka na wozie brzmiała nadal i była tak słodka, że powoli ukoiła mój palący ból.
Przejechaliśmy już siedem wzgórz, a kiedy nasze zastępy dotarły do ósmego, weszły na cudowną ziemię, gdzie zatrzymały się, aby odpocząć. Były tam domy urodą i bogactwem wykraczające poza wszelkie wyobrażenie, rosły drzewa owocowe, na których były razem kwiaty i owoce, dojrzałe i cierpkie: to było jak czar. Chłopcy cieszyli się, podziwiając owoce i rozkoszując się nimi.
Jednak tutaj spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Nagle młodzi stali się starzy: bezzębni, posiwiali, z twarzami pooranymi zmarszczkami, kulejący i zgarbieni - chodzili ciężko, wspierając się na kijach. Dziwiła mnie ta przemiana, ale Przewodniczka zwróciła mi uwagę, że każde wzgórze to dziesięć lat życia.
- To dzięki tej boskiej muzyce - powiedziała - droga wydawała ci się krótka i czas ci się nie dłużył. Spójrz na siebie, a przekonasz się, że mówię prawdę.
I dano mi lustro; przejrzałem się i zobaczyłem, że wyglądam jak człowiek w podeszłym wieku: mam pomarszczoną twarz, rzadkie i popsute zęby.
Tymczasem towarzystwo wyruszyło w dalszą drogę. Daleko, daleko, w oddali, na dziesiątym wzgórzu widniało światło, które stawało się coraz większe, jakby wydobywało się z jakiejś wspaniałej szczeliny (bram raju?). Chłopcy na wozie znowu podjęli swoją słodką pieśń, tak powabną, że jedynie w raju można usłyszeć podobną. Moje wzruszenie i radość były tak wielkie, że moja dusza zatopiła się w muzyce i obudziłem się w swoim pokoju".
Ksiądz Bosko zakończył mówiąc, że jest gotów w tajemnicy powiedzieć niektórym chłopcom, co robili w jego śnie: czy byli tymi, którzy pozostali w dolinie, czy tymi, którzy siedzieli na wozie (M.B. VII, 796).
★ ★ ★
Ksiądz Bosko często w ten sposób interpretował sen: dolina to świat; skała to przeszkody utrudniające oderwanie się od niego; dziesięć wzgórz to dziesięć przykazań Bożych; wóz to łaska Boża; zastępy maszerujących młodych to ludzie, którzy stracili niewinność, ale żałowali swych błędów.
Biograf, ksiądz Lemoyne, interpretuje jednak dziesięć wzgórz jako dziesięciolecia i komentuje: „Jestem pewien, że ksiądz Bosko starał się ukryć to, co było we śnie najbardziej zaskakujące, przynajmniej w pewnych okolicznościach. Taka interpretacja dziesięciu wzgórz mnie nie zadowala. Ósme wzgórze, przy którym ksiądz Bosko się zatrzymuje i ogląda się w lustrze tak bardzo postarzałym - jak sądzę - wskazuje koniec jego życia, który powinien nastąpić po siedemdziesiątce. Zobaczymy, co pokaże przyszłość".
Pisał to zaraz po opowiadaniu księdza Bosko, wieczorem 22 października 1864 roku. A czas przyznał mu rację, ponieważ ksiądz Bosko nie dożył osiemdziesięciu lat - umarł po 72 latach i pięciu miesiącach.

Sen o słoniu

6 stycznia 1863 roku ksiądz Bosko opowiedział swoim wychowankom jeden z tych snów, które czyniły cuda - były skuteczne w poruszaniu serc i doprowadzaniu ich do Maryi.
Przyśniło mu się, że był w swoim pokoiku i po przyjacielsku gawędził z profesorem Vallauri, senatorem Królestwa, kiedy nagle usłyszał pukanie do drzwi. Pobiegł otworzyć. Była to Mama Małgorzata, zmarła przed sześcioma laty - zdyszana, wołała go:
- Chodź zobaczyć! Chodź zobaczyć!
Ksiądz Bosko wybiegł na balkon i ujrzał na podwórku ogromnego słonia. Przestraszony ruszył na dół, a za nim profesor Vallauri.
Ten słoń wydawał się spokojny i łagodny, bawił się z chłopcami, głaskał ich trąbą tak, że szło za nim całe ich mnóstwo. Większość jednak uciekała przerażona i chroniła się w kościele. Ksiądz Bosko także poszedł za nimi. Przechodząc obok figury Dziewicy, znajdującej się w krużganku (gdzie stoi do dnia dzisiejszego), dotknął końca jej płaszcza, prosząc o ochronę, a Ona uniosła prawą rękę. Vallauri zrobił to samo, a Dziewica podniosła rękę lewą.
Nadszedł czas nabożeństwa i wszyscy chłopcy udali się do kościoła. Słoń poszedł za nimi i ksiądz Bosko podczas udzielania eucharystycznego błogosławieństwa zobaczył w głębi kościoła potwora, który ukląkł także, ale w odwrotnym kierunku, mając pysk i łapy zwrócone w stronę głównych drzwi.
Po wyjściu z kościoła chłopcy znowu zaczęli się bawić. „Nagle - opowiadał ksiądz Bosko - zobaczyłem brzydkiego zwierza, który wcześniej wydawał się taki miły, jak niespodziewanie dla wszystkich rzucił się z wściekłym rykiem na stojących w pobliżu chłopców - chwytał trąbą najbliższych, podrzucał w górę i rozgniatał, uderzając o ziemię, a następnie deptał ich, rozbijając na ohydną miazgę. Wszyscy zaczęli uciekać: jedni krzyczeli, inni płakali, jeszcze inni wołali na pomoc kolegów; tymczasem - rzecz straszna - niektórzy chłopcy, zamiast pomagać rannym, sprzymierzyli się z potworem, aby dostarczać mu nowych ofiar.
Kiedy działo się to wszystko, figura Matki Bożej ożyła, urosła, stała się wysoka, podniosła ramiona; rozpostarła płaszcz, który powiększył się do niebotycznych rozmiarów, tak że przykrył wszystkich, którzy się pod nim schronili. Ale Przenajświętsza Maryja widząc, że wielu nie starało się zbytnio do niej przybiec, wołała głośno:
Venite ad me omnes! (Przyjdźcie do mnie wszyscy!).
I oto tłum pod płaszczem zaczął rosnąć, a płaszcz ciągle się rozszerzał. A ponieważ niektórzy pozostawali głusi i odnosili rany, Dziewica, czerwona na twarzy z wysiłku, nie przestawała wołać:
Venite ad me omnes! (Przyjdźcie do mnie wszyscy!
Tymczasem słoń dalej szerzył zniszczenie, wspomagany przez niektórych chłopców, którzy, uzbrojeni w szpady, przeszkadzali kolegom w ucieczce do Matki Bożej. Spośród chłopców skrytych pod płaszczem Dziewicy niektórzy robili szybkie wycieczki, wyrywali słoniowi łup i zanosili rannych pod płaszcz Matki Bożej, a ci natychmiast odzyskiwali zdrowie".
Podwórze opustoszało, ukazując dwie przeciwstawne sceny. Z jednej strony był słoń z 10 czy 12 chłopcami, którzy pomagali mu w wyrządzaniu tego wielkiego zła. Nagle bestia wspięła się na tylnych nogach, przemieniła się w straszliwą zjawę z długimi rogami i wziąwszy czarną kapę, owinęła nią tych nieszczęśników, którzy z nią byli, wydając przy tym okropny ryk. Wtedy otoczył ich gęsty dym, wszyscy wraz z potworem wpadli w lej, który niespodziewanie otworzył się pod nimi, i zniknęli.
Z drugiej strony najsłodsza Dziewica do chłopców ukrytych pod jej płaszczem kierowała słowa pocieszenia i nadziei. Między innymi ksiądz Bosko usłyszał to:
- Czy wy, którzy usłuchaliście mojego głosu i uciekliście przed rzezią demona, chcecie wiedzieć, jaka była przyczyna ich zguby? To złe słowa i czyny, które po nich nastąpiły. Unikajcie tych kolegów, którzy są przyjaciółmi Szatana, unikajcie złych słów, a zwłaszcza tych, które występują przeciwko czystości; ufajcie mi bezgranicznie, a mój płaszcz zawsze będzie dla was bezpiecznym schronieniem.
To powiedziawszy, zniknęła, a ksiądz Bosko zobaczył tylko swoją ukochaną figurę. Ocaleni chłopcy stanęli pod sztandarem, na którym widniał napis: Sancta Maria, succurre miseris (Święta Maryjo, wspomagaj nas, biednych) i wyruszyli śpiewając: „Chwalcie Maryję usta wierne" (M.B. VII, 356).
★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończył swoje opowiadanie, mówiąc: „Kto chce wiedzieć, jakie miejsce zajmował we śnie, niech do mnie przyjdzie, to mu powiem".
„Chłopcy - komentuje jego biograf, ksiądz Lemoyne - rozważając ten sen, przez ponad tydzień nie dawali mu spokoju. Rano spowiadali się, a po obiedzie wszyscy przychodzili do niego, aby się dowiedzieć, jakie miejsce zajmowali w tym tajemniczym śnie".

Sen Człowiek z łuczywem

25 kwietnia 1862 roku umarł niespodziewanie w Oratorium na Valdocco młody Maestro Vittorio. Jego śmierć przewidział ksiądz Bosko we śnie, który opowiedział swoim podopiecznym 21 marca tego samego roku.
„Wyglądałem przez okno mojego pokoju i patrzyłem na moich wychowanków, którzy wesoło bawili się na podwórzu. Nagle dostrzegłem, jak przez stróżówkę weszła jakaś postać: wysoka, z białą brodą i śnieżnobiałymi, mocno przerzedzonymi włosami, opadającymi na ramiona. Była owinięta w prześcieradło, które lewą ręką przytrzymywała przy ciele; w prawej dłoni zaś trzymała łuczywo, świecące ciemnoniebieskim światłem. Powolnym i ciężkim krokiem przemierzyła podwórze, obchodząc kilkakrotnie bawiących się chłopców, aż zatrzymała się przed jednym z nich, przystawiła mu łuczywo do twarzy i zawołała:
-To on!
Podała mu bilecik, wydobyty z fałd płaszcza; młody człowiek przeczytał go, zbladł, zadrżał i zapytał:
Kiedy?
Starzec grobowym głosem odpowiedział:
Chodź, wybiła twoja godzina!
Czy mogę dalej się bawić?
Nawet podczas zabawy możesz zostać zaskoczony!
Młody człowiek trząsł się, chciał coś powiedzieć, ale mężczyzna, wskazując palcem lewej ręki na trumnę, umieszczoną pod portykiem, powiedział mu:
Widzisz? Ta trumna jest dla ciebie. Chodź, szybko!
Nie jestem przygotowany - zawołał chłopak - jestem za młody! - ale duch zniknął".
Ksiądz Bosko zakończył:
Jeden z was musi umrzeć; ja wiem, kto, ale nikomu tego nie powiem. Niechaj każdy pomyśli, aby się przygotować.
Zszedłszy z katedry, zwierzył się niektórym, że ów młodzieniec nie dożyje dwóch wielkich uroczystości zaczynających się na literę Z (Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Świętego), i że jego śmierć będzie nagła.
Miesiąc później, 16 kwietnia, umarł młody Alojzy Fornasio, ale ksiądz Bosko wyraźnie powiedział, że nie jest to chłopiec z jego snu.
Tamtego wieczoru chłopcy otoczyli księdza, aby dowiedzieć się, kim jest ten, który musi umrzeć.
Niech nam ksiądz powie przynajmniej pierwszą literę jego nazwiska.
Ten, kto otrzymał bilecik od tajemniczego starca - odpowiedział ksiądz Bosko - ma inicjały takie, jak Maryja.
Próbowano odgadnąć, ale było to trudne, ponieważ w domu ponad trzydziestu uczniów nosiło nazwisko zaczynające się na M.
Pewnego ranka ksiądz Bosko spotkał na schodach Maestro Vittorio z Viora koło Mondovi, i niespodziewanie zapytał go:
Czy chcesz iść do raju?
Oczywiście - odpowiedział Maestro.
A zatem przygotuj się!
Chłopak pomyślał, że to jedno z codziennych powiedzonek księdza Bosko i się nie zmieszał. Ksiądz Bosko jednak przygotowywał go i nakłaniał go odbycia spowiedzi generalnej w związku z nadchodzącymi świętami Wielkiej Nocy.
I oto 25 kwietnia właśnie Maestro umarł niespodziewanie na atak apopleksji (M.B. VII, 123).
★ ★ ★
Tamtego wieczoru ksiądz Bosko okazał ojcowskie serce, ponieważ mówił o nim z ogromnym wzruszeniem, które wszystkich doprowadziło do łez. Powiedział między innymi, że Maestro był tym młodzieńcem, którego widział we śnie; że jego śmierć była nagła, ale nie niespodziewana, bo chłopiec był dobrze przygotowany. I dodał: „Jak bardzo oszukują się ci, którzy mówią, że chcą poczekać na uporządkowanie spraw swego sumienia, aż się zestarzeją! Jakże wielki byłby nasz ból, gdyby Pan pozwolił, aby zabrani zostali nam ci, którzy w domu prowadzą się niezbyt zadowalająco" (M.B. VIII, 132).

Sen Tajemnicze i prorocze koło

W nocy 1 maja 1861 roku ksiądz Bosko miał niezwykły sen, zarówno ze względu na jego długość (trwał około sześciu godzin), jak i ze względu na różnorodność podziwianych scen, z których wiele dotyczyło poszczególnych chłopców albo jego rodzącego się Zgromadzenia, którego przyszłość proroczo przewidywał.
Na jego opowiedzenie ksiądz Bosko poświęcił trzy „słówka na dobranoc", a krótka, kilkuminutowa przemowa, jaką miał zwyczaj kierować do swoich dzieci po modlitwach wieczornych, trwała ponad pół godziny.

W tym śnie również była obecna Przewodniczka, która jednak nie ujawniła swojego imienia. Pokazała księdzu Bosko maszynę, zaopatrzoną w wielkie koło z korbą, za pomocą której można było obracać wielkim szkłem o średnicy półtora metra a w nim widział on sumienia swoich wychowanków i przyszłość Zgromadzenia.
Ograniczymy się do przytoczenia jedynie streszczenia dwóch pierwszych części, podkreślając wyraźnie widoczny w nich dar introspekcji sumień. Rzeczywiście, na polecenie Przewodniczki ksiądz Bosko obracał korbą i patrząc po każdym obrocie w tajemnicze szkło, dostrzegał swoich podopiecznych w różnych sytuacjach i postawach: raz dobrych oddzielonych od złych, to znów złych naznaczonych grzechem, którym się splamili. Widział nawet tych, którym było przeznaczone pozostać z nim, skupionych
na pracy, jaka im została przydzielona; a także tych, którzy po chwilowym entuzjazmie mieli go opuścić. Przed jego oczami stawał wyraźnie stan sumienia poszczególnych osób oraz ich powołanie.
O tym, co zobaczył w pierwszej części swojego snu, opowiedział wychowankom, którzy w następnych dniach domagali się, aby wyjawił im, jakimi widział ich we śnie. Moralne skutki były takie - przytaczając słowa biografa - jakich można by się spodziewać po najbardziej owocnych misjach.
Wśród rad, których Przewodniczka udzieliła księdzu Bosko, była też następująca: „Kiedy wypowiada się kilka słów zza pulpitu, niechaj jedno z nich dotyczy dobrej spowiedzi".

Czas teraz na najciekawszą, proroczą część snu; ale dla księdza Bosko nie było to niczym nowym, ponieważ już w roku 1856 miał krótki, ale niezwykle znaczący sen. Śniło mu się, że znajduje się na jakimś placu, gdzie było urządzenie przypominające „koło fortuny". Ta sama co zawsze Przewodniczka powiedziała mu, że ta maszyna pokaże przyszłość jego Oratorium i nakazała mu zakręcić korbą. Przy pierwszym obrocie wydobył się ledwo dosłyszalny dźwięk.
Co to znaczy? - zapytał Święty.
Każdy obrót - odpowiedziała Przewodniczka - obejmuje dziesięć lat twojego Oratorium. Obróć jeszcze cztery razy.
Przy każdym obrocie hałas się wzmagał. Ksiądz Bosko miał wrażenie, że drugi słychać było w Turynie i w całym Piemoncie, trzeci w całych Włoszech, czwarty w Europie, a piąty na całym świecie.
Wszystko działo się bardzo szybko; sen nawiązywał, jak zwykle, do przyszłości rodzącego się Zgromadzenia.
We śnie z 1861 roku natomiast nie było już niezrozumiałego hałasu, ale jasność okoliczności i osób. Cudowne szkło, które pokazała mu Przewodniczka, obracając się, w magiczny sposób ukazywało mu przyszłość jego Dzieła.
Najpierw Przewodniczka poleciła:
Obróć dziesięć razy kołem; pamiętaj, licz dokładnie i patrz.
Ksiądz Bosko obrócił dziesięć razy korbą, potem z pewnym lękiem zbliżył oko do szkła. Cud! Widział prawie wszystkich chłopców, ale już dorosłych: jedni nosili wąsy; niektórzy zapuścili brody.
Jak to? - zapytał - Skoro ten tutaj był wczoraj dzieckiem, to jak to się stało, że urósł tak szybko?
Ile razy obróciłeś kołem? - spytała Przewodniczka.
Dziesięć.
A więc dodaj dziesięć lat. Mamy rok 1871: są o dziesięć lat starsi.
Nie tylko chłopcy dojrzeli; ksiądz Bosko zobaczył swoje domy, pomnożone i zamieszkane przez nieznaną a liczną młodzież, pod przewodnictwem tych jego dzieci, które teraz stały się dorosłe.
Znowu obróć dziesięć razy - powiedziała Przewodniczka -a przeniesiemy się do roku 1881.
Ksiądz Bosko wykonał kolejnych dziesięć obrotów, a potem spojrzał. Jego chłopcy stopnieli do połowy: niektórzy mieli siwiejące włosy, inni się lekko przygarbili. Przykrość, jakiej doznał, zrekompensował mu widok nieznanych nowych krajów i regionów oraz wielu chłopców, prowadzonych przez nieznanych mu nauczycieli, podlegających jednak jego aktualnym, dojrzałym już pomocnikom w Oratorium.
Ze wzrastającym niepokojem obrócił kołem kolejne dziesięć razy. Z jego obecnych wychowanków została jedna czwarta. Posunęli się w latach, mieli białe włosy i brody. Był rok 1891. Domy i jego dzieci znowu się pomnożyły. Wśród młodzieży znajdowały się dzieci o różnym kolorze skóry.
Jeszcze dziesięć obrotów i oto pojawił się rok 1901, i nowe powody do bólu i radości. Z pierwszych chłopców z Oratorium została już tylko garstka, starych i wychudzonych; bliskich nagrody. W wielu domach pracował całkiem nowy personel, a liczba wychowanków niepomiernie wzrosła. Kiedy oczarowany ksiądz Bosko kontemplował w milczeniu, jego Przewodniczka ponagliła go:
Obróć jeszcze dziesięć razy, a zobaczysz rzeczy, które cię ucieszą i zmartwią.
Dziesięć szybkich obrotów i ksiądz Bosko znalazł się w roku 1911. Jego oczom ukazały się „nowe domy, nowi młodzi, nowi dyrektorzy i nauczyciele w nowych strojach i o nowych obyczajach". Szukał w tym mnóstwie kogoś z pierwszych lat i rozpoznał tylko jednego, wychudłego i pochylonego, który - otoczony wieńcem chłopców - opowiadał o początkach Oratorium i powtarzał im rzeczy zasłyszane od księdza Bosko, pokazując jego portret zawieszony na ścianie rozmównicy (tutaj ksiądz Bosko z całą pewnością mówił o księdzu Francesia, który aż do późnego wieku lat 90 nie przestawał o nim opowiadać, napisał o nim książki, opiewał go w swoich niezliczonych wierszach i ozdabiał wspomnieniami o ukochanym Ojcu każde swoje kazanie i niezapomniane rozmowy. Autor tych słów cieszył się radością słuchania go przez kilka lat).
Długi sen zbliżał się do końca i Przewodniczka powiedziała księdzu Bosko, że zostanie pokrzepiony ostatnią wizją.
Chętnie - odpowiedział.
A zatem uważaj: zakręć kołem w odwrotną stronę tyle razy, ile razy obróciłeś nim wcześniej.
Koło obróciło się 50 razy - pięćdziesiąt lat naprzód. Ksiądz Bosko spojrzał. I jego pełnym niedowierzania oczom ukazały się ogromne rzesze młodych, nowych i nieznanych, różniących się między sobą zwyczajami, pochodzeniem, wyglądem i językiem. Mimo jego wysiłków udało mu się zobaczyć jedynie niewielką grupę pomocników i nauczycieli.
Ale ja tu nikogo nie znam - powiedział, zwracając się do Przewodniczki.
A jednak to twoje dzieci. Posłuchaj ich. Mówią o tobie, o twoich dawnych dzieciach i przełożonych, którzy od lat już nie żyją, i wspominają nauki otrzymane od ciebie i od nich.
Ksiądz Bosko kontemplował z ogromnym zdumieniem panoramę roku 1961: swoje domy w liczbie ponad tysiąca, swoje dzieci liczone w dziesiątkach tysięcy, swoich wychowanków w setkach tysięcy. Panoramę różnorodną i zadziwiającą, ponieważ każdy naród na ziemi wniósł do niej swoje cechy.
Potwierdzenie proroczego charakteru snu nastąpiło poprzez spełnienie się przepowiedni odnoszących się do pojedynczych osób.

I tak w tym śnie ksiądz Bosko widział kleryka Molinę, jak zrzucił kapelusz, przeskoczył rów i uciekł. Kleryk poprosił o wyjaśnienie.
Ty - odpowiedział mu ksiądz Bosko - będziesz studiować nie pięć, ale sześć lat teologię, a następnie zrzucisz suknię.
Molinie odpowiedź wydała się dziwna i daleka od rzeczywistości; ale proroctwo spełniło się z dokładnością co do przecinka: po sześciu latach studiów teologicznych kleryk skorzystał z odwiedzin u rodziny i nigdy już nie powrócił.
Ksiądz Bosko zobaczył także kleryka Vaschettiego, jak zszedł z pola i przeskoczył rów. Kiedy mu to obwieścił, ten odrzekł prawie rozgniewany:
Ksiądz naprawdę śnił!
Wtedy bowiem daleki był od myśli porzucenia księdza Bosko; ale kilka lat później rzeczywiście „przeskoczył przez rów". Był jednak doskonałym proboszczem w diecezji.
Kleryk Józef Fagnano, przybyły kilka miesięcy wcześniej z seminarium w Asti, nie znając księdza Bosko sądził, że chodzi tu o marzenia, ale pod wpływem kolegów zapytał księdza Bosko, co widział w tym szkle na jego temat.
Zobaczyłem cię pracującego wśród nagich ludzi, ale byłeś tak daleko, że ledwo cię rozpoznałem.
Był prorokiem. Biskup Fagnano był wielkim misjonarzem Ziemi Ognistej (M.B. VI, 898).

★ ★ ★
Skończywszy opowiadać, ksiądz Bosko powiedział tak: „Teraz, gdy opowiedziałem wam wszystkie te rzeczy, być może pomyślicie: «Ksiądz Bosko jest nadzwyczajnym człowiekiem, pewnie świętym». Moi kochani chłopcy, aby położyć kres niemądrym dociekaniom na mój temat, uważam, iż muszę wam powiedzieć, że Pan ma wiele sposobów, aby objawić swą wolę. Czasami posługuje się najmniej zdatnymi i godnymi narzędziami, tak jak posłużył się oślicą Balaama, kiedy kazał jej przemówić, czy samym Balaamem, fałszywym prorokiem, każąc mu przepowiedzieć wiele rzeczy dotyczących Mesjasza. Dlatego to samo może przytrafić się i mnie" (M.B. VI, 916).

Sen Spacer chłopców do raju

Ten sen przyśnił się księdzu Bosko w ciągu kilku nocy - 3,4 i 5 kwietnia 1861 roku.
Pod wieloma względami to bardzo oryginalny sen, o którym zaświadczają dwaj pierwsi i najbardziej wiarygodni kronikarze Oratorium księdza Bosko: ksiądz Dominik Ruffino i ksiądz Jan Bonetti, nazywając go „jednym ze snów, jakie podoba się Panu od czasu do czasu zesłać swoim wiernym sługom".
Sen był bardzo długi. Ksiądz Bosko poświęcił trzy wieczory, aby opowiedzieć go wspólnocie swych podopiecznych. My prezentujemy jego wierne streszczenie; na ile to możliwe - wierne również w słowach.
Księdzu Bosko śniło się, że odbywał ze swoimi wychowankami niezwykły spacer, którego celem był - nie mniej ni więcej tylko-raj !!!
Wyruszyli w drogę pełni radości i oto stanęli u stóp przepięknego pagórka. Wiał wiosenny wietrzyk, wszędzie panował spo¬kój, miłe ciepło, słodka woń i jasność, które dodawały sił tym setkom chłopców, przechodzących od niespodzianki do niespodzianki, od radości do radości, i znajdujących w coraz to wyższych partiach różne rodzaje najsmakowitszych owoców, od czereśni do dojrzałych winogron.
Wszyscy mieli wrażenie, że dotarli do raju, ale wszedłszy na szczyt rozkosznego pagórka spostrzegli rozległy płaskowyż, poza którym wznosiła się bardzo wysoka, sięgająca chmur góra. Widać było na niej z trudem wspinające się rzesze, które po dotarciu do celu witano z ogromną radością. Zrozumieli, że to jest raj i biegiem rzucili się przez płaskowyż, dzielący ich od góry.
Ale oto nagle znaleźli się na wprost jeziora krwi, szerokiego -powiada ksiądz Bosko - jak z Oratorium do Piazza Castello (dobry kilometr). Chłopcy, którzy dotarli tam pierwsi, zatrzymali się przerażeni. Wszyscy zamilkli i ogarnął ich smutek. Na brzegu widniał wielki napis: PER SANGUINEM (przez krew). Chłopcom pytającym, co ma znaczyć ten widok, tajemnicza postać (sądzimy, że to nasza Przewodniczka) odpowiedziała:
Tutaj jest Krew Jezusa Chrystusa i wszystkich tych, którzy dostali się do raju, przelewając swoją krew; tutaj są Męczennicy.
Ani chłopcy, ani ksiądz Bosko nie czuli się na siłach, by przejść przez to jezioro krwi. Obeszli je jednak dookoła, szukając innego przejścia. I oto weszli na ziemię porosłą dębami, wawrzynami, palmami i innymi roślinami. Szli szczęśliwi w ich cieniu, kiedy przed ich oczami pojawił się kolejny widok: ogromne jezioro pełne wody. Na brzegu widniał wielki napis: PER AQUAM (przez wodę). Również tutaj chłopcy pytali, co może oznaczać to drugie jezioro - zwłaszcza że widzieli ludzi chodzących po tej wodzie, która ledwie sięgała ich stóp.
W tym jeziorze - odpowiedziała Przewodniczka - jest woda Chrztu świętego; w niej muszą wykąpać się wszyscy ci, którzy chcą iść do raju. Czy widzicie tych młodych, jak szybko chodzą po wodzie? To niewinni.
Niektórzy zaczęli chodzić po tej wodzie, ale większość patrzyła na księdza Bosko, jakby chciała powiedzieć:
- Idziemy i my?
A ksiądz Bosko odpowiedział:
Co do mnie, nie czuję się tak święty, aby mógł przejść po tej wodzie i nie zanurzyć się w niej.
Wtedy wszyscy zawołali:
- Jeśli ksiądz się na to nie odważy, tym bardziej i my! Zaczęli więc krążyć w poszukiwaniu innego przejścia do raju;
i oto znaleźli się nad trzecim jeziorem, rozległym jak pierwsze,
pełnym ognia i płomieni. Na brzegu napisano: PER IGNEM (przez ogień). Tajemnicza Przewodniczka powiedziała:
Tutaj płonie ogień Bożej miłości, przez który muszą przejść ci, którzy nie przeszli przez krew męczeństwa i wodę chrztu.
„Pośpiesznie chcieliśmy przejść obok - mówi ksiądz Bosko -ale wkrótce zobaczyliśmy, że droga do następnego jeziora jest za¬grodzona: było tam pełno dzikich bestii, które czekały z otwartymi paszczami, gotowe pożreć każdego przechodzącego. Nasza Przewodniczka powiedziała:
Te bestie to demony, zagrożenia i zasadzki świata. Ci, którzy przechodzą między nimi bez szwanku, to dusze sprawiedliwych, o których Jezus powiedział: „Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi" (Łk 10,19)/
Chodźmy i my! - zawołali niektórzy.
Ja nie mam odwagi - odpowiedział ksiądz Bosko - pychą jest chęć przejścia nietkniętym po głowach tych dzikich potworów.
Jeśli ksiądz nie ma odwagi - zawołali chłopcy chórem - tym bardziej i my!
„Oddaliliśmy się więc od jeziora bestii i zaczęliśmy tracić nadzieję na znalezienie wygodnego przejścia w stronę góry, kiedy napotkaliśmy mnóstwo ludzi, którzy mimo swego żałosnego wyglądu radośnie zdążali do raju: jedni nie mieli oka, inni stopy, jeszcze inni języka, a niektórzy ręki. Chłopcy patrzyli zdumieni, a Przewodniczka powiedziała:
To przyjaciele Boga, ci, którzy - aby się zbawić - umartwiali swoje zmysły i którym udało się przejść nietkniętym pośród zagrożeń świata. Jeśli i wy chcecie dotrzeć do raju, możecie do nich dołączyć i iść radośnie drogą umartwienia".
W tej chwili głos Przewodniczki zagłuszyły okrzyki „Brawo!", „Świetnie!", dochodzące ze szczytu góry. Dodawały one odwagi wspinającym się po stoku.
Wreszcie ksiądz Bosko wraz ze swoimi wychowankami dotarł do placu pełnego ludzi, kończącego się bardzo wąską ścieżką pomiędzy dwoma urwiskami. Każdy, kto wkraczał na tę ścieżkę, wychodząc po drugiej stronie musiał przejść po bardzo wąskim moście bez poręczy, pod którym rozwierała się przerażająca przepaść.
Oto ścieżka prowadząca do raju! - zawołali chłopcy. I poszli nią. Dotarłszy jednak do mostu, zatrzymali się, przerażeni, i bali się iść dalej. Księdzu Bosko, który zachęcał ich do dalszej drogi, odpowiadali:
Niech ksiądz pójdzie i spróbuje. My nie mamy odwagi, bo jeśli zmylimy krok, spadniemy w przepaść.
„Ale wreszcie - ciągnął ksiądz Bosko - jeden z nich wysunął się naprzód jako pierwszy i tak, jeden po drugim, przeszliśmy na drugą stronę i stanęliśmy u stóp góry. Usiłowaliśmy wejść, ale nie znaleźliśmy żadnej ścieżki; przed nami piętrzyły się tysiące trudności i przeszkód: w jednym miejscu pełno było porozrzucanych bezładnie głazów, gdzie indziej należało ominąć urwisko, a w innym miejscu przepaść. Jeszcze gdzie indziej zagradzał nam drogę ciernisty krzew. Z każdej strony - wspinaczka po stromiźnie. A jednak nie załamywaliśmy się i zaczęliśmy wspinać się z zapałem. Po godzinie męczącej drogi, pomagając sobie nogami i rękami, znaleźliśmy się nagle na bardziej przystępnej ścieżce i mogliśmy już iść wygodniej.
I oto doszliśmy do miejsca, gdzie zobaczyliśmy mnóstwo ludzi, którzy cierpieli w tak straszliwy i dziwny sposób, że wszystkich nas ogarnęło przerażenie i współczucie. Nie mogę powiedzieć, co zobaczyłem, bo przysporzyłbym wam wiele cierpienia; nie znieślibyście mojego opisu.
Tymczasem zobaczyliśmy mnóstwo innych ludzi rozproszonych po stokach, którzy również wchodzili pod górę; kiedy docierali do szczytu, oczekujący witali ich wśród radości i ciągłych oklasków. Słyszeliśmy równocześnie niebiańską muzykę i śpiew tak słodkich głosów, że zachęcały nas do dalszej wspinaczki.
Dotarliśmy i my prawie do szczytu góry, gdy odwróciłem się, aby zobaczyć, czy są ze mną wszyscy chłopcy; ale z wielkim bólem stwierdziłem, że jestem prawie sam. Z moich tak licznych małych towarzyszy zostało trzech czy czterech. Spojrzałem w dół i ujrzałem pozostałych na zboczach góry: jedni szukali ślimaków wśród kamieni, inni zbierali bezwonne kwiaty, niektórzy dzikie owoce, jeszcze inni gonili motyle albo siedzieli spokojnie i odpoczywali w cieniu drzew. Zacząłem wołać najgłośniej jak mogłem, machałem rękami, dając im znaki; wołałem ich po imieniu. Ni¬którzy przyszli, chociaż było ich niewielu, może ośmiu. Wszyscy pozostali nadal zajmowali się głupstwami. Ale ja nie chciałem iść do raju z taką garstką, dlatego postanowiłem sam pójść i przyprowadzić opornych.
I tak uczyniłem. Ilu spotkałem schodząc, tylu pchałem w górę. Jednych ostrzegałem, innych z miłością upominałem; a jeszcze innych porządnie skrzyczałem:
- Idźcie do góry, na miłość Boską! - powtarzałem - Nie zatrzymujcie się dla tych błahostek!
Schodząc ostrzegłem prawie wszystkich i znalazłem się na zboczu, po którym z takim trudem się wspięliśmy. Tutaj zatrzymałem kilku, którzy, zmęczeni wchodzeniem i przestraszeni wysokością góry, wrócili na dół. Wtedy ponownie zacząłem wspinać się ku szczytowi, ale potknąłem się o kamień i obudziłem się" (M.B. VI, 864-878).

★ ★ ★
Ksiądz Bosko zakończył mówiąc: „Gdyby sen nie był snem, ale rzeczywistością, i gdybyśmy mieli wtedy umrzeć, to spośród tylu chłopców, którzy są tutaj - gdybyśmy mieli ruszyć w drogę do raju - niewielu by dotarło: spośród 700-800 doszłoby tylko trzech albo czterech. Ale na razie nie martwcie się: mówię, że byłoby tylko trzech czy czterech, którzy na skrzydłach dotarliby do raju, nie będąc ani przez chwilę w płomieniach czyśćca. Niektórzy być może pozostaliby tam tylko przez chwilę, inni jeden dzień, a jeszcze inni całe dnie i tygodnie. Starajcie się więc o odpusty, kiedy tylko możecie. Jeśli zyskacie odpust całkowity, na skrzydłach dostaniecie się do raju" (jw.).

Sen Stoły podzielone na trzy rzędy

Wieczorem 5 sierpnia 1860 roku ksiądz Bosko opowiedział chłopcom z Oratorium sen, w którym widział ich w pięknym ogrodzie, siedzących przy stołach, które tworząc stopnie, sięgały od ziemi tak wysoko, iż z trudem można było dostrzec ich szczyt. Było 14 długich stołów, ustawionych w rozległym amfiteatrze i podzielonych na trzy rzędy, wsparte na murze, tworzącym podest.
W dole, wokół stołu postawionego na gołej ziemi, bez obrusa i zastawy, siedziała grupka chłopców. Twarze mieli smutne, jedli niechętnie, a ich chleb był zjełczały i spleśniały, obrzydliwy! Leżał w brudzie, wśród żołędzi. Ci biedacy jedli niczym brudne zwierzęta z koryta. Ksiądz Bosko chciał im powiedzieć, aby wyrzucili ten chleb, ale zadowolił się pytaniem, dlaczego mają przed sobą tak obrzydliwy pokarm. Oni odpowiedzieli:
- Musimy jeść chleb, który sobie upiekliśmy; nie mamy innego.
Był to stan grzechu śmiertelnego.
W miarę jak stoły pięły się w górę, chłopcy stawali się coraz weselsi i jedli coraz smaczniejszy chleb. Byli piękni, pełni blasku, coraz większej urody i zamożności. Ich stoły, niezwykle bogate, przykryto wspaniałymi obrusami, na których błyszczały kandelabry, amfory, filiżanki, wazony kwiatów, talerze z wykwintnymi potrawami; skarby nieocenionej wartości. Tych chłopców było wielu. Był to stan nawróconych grzeszników.
Na koniec, na stołach na samym szczycie, znajdował się chleb, którego nie da się opisać. Wydawał się żółty, to znów czerwony, a taką samą barwę miały szaty oraz twarze chłopców, jaśniejące żywym światłem. Rozkoszowali się oni nadzwyczajną radością i każdy dzielił się nią z pozostałymi. Ich piękno w świetle i blasku stołów przewyższało wszystkich zajmujących niższe stopnie. Był to stan niewinności.
„Ale najbardziej zaskakujące jest to, kontynuował ksiądz Bosko, że chłopców tych rozpoznałem od pierwszego do ostatniego, tak iż widząc teraz któregokolwiek z nich, zdaje mi się, że widzę go jeszcze tam, siedzącego na swoim miejscu przy stole".
Następnego dnia ksiądz Bosko wyjawił każdemu wychowankowi z osobna jego miejsce przy stole. Zapytano go, czy od stołu niższego można przejść do wyższego. Odpowiedział, że tak, oprócz najwyższego stołu niewinnych, ponieważ ci, którzy stamtąd spadli, nie mogą już tam powrócić: jest on bowiem zarezerwowany dla tych, którzy zachowali niewinność chrztu. Liczba tych osób była skromna, natomiast liczba siedzących przy pozostałych stołach - ogromna (M.B. VI, 708).

★ ★ ★
Nic dziwi, że ksiądz Bosko czytał w sercach i mówił o tym z taką swobodą, jeśli się zrozumie, że posiadał dar przenikania dusz.
Świadectwo jedno z wielu. I z tamtych lat. Biskup A. Cattaneo, Wikariusz Apostolski Homanu, w roku 1909 napisał do błogosławionego księdza Rua: „Miałem szczęście i radość odbyć u księdza Bosko spowiedź generalną, kiedy przyjechał do Bergamo w roku 1861 na rekolekcje kleryków. Stanąwszy przed nim, zacząłem czytać mu grzechy, które napisałem na dużej kartce. On zabrał mi ją i wrzucił do ognia.
Milczałem, nie mogąc wymówić ani słowa. Ale on, pocieszając mnie, powiedział: «Ja ci wyliczę twoje grzechy». I rzeczywiście, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, opowiedział mi o wszystkich tak, jak sam to zapisałem. Może ksiądz sobie wyobrazić, jakie było moje zaskoczenie i wzruszenie. Wybuchnąłem płaczem prawdziwego bólu i pocieszenia" (M.B. VIII, 473).


Sen Trzej wielcy sędziowie

W kronikach Oratorium czytamy: „W ciągu trzech nocy poprzedzających ostatni dzień roku 1860 ksiądz Bosko miał trzy sny - jak sam je nazywa, ale które my z głębokim przekonaniem, na podstawie tego, co widzieliśmy, słyszeliśmy i czego doświadczyliśmy, możemy nazwać cudownymi wizjami. W zasadzie był to ten sam sen, powtórzony trzykrotnie, za każdym razem jednak w innych okolicznościach" (M.B. VIII, 17).
Ksiądz Bosko opowiedział go w ostatni wieczór roku 1860 wszystkim zgromadzonym chłopcom. My streszczamy wyłącznie najciekawsze sceny.
Przez trzy kolejne noce ksiądz Bosko przenosił się w snach na wieś w towarzystwie swoich trzech wielkich przyjaciół: Józefa Cafasso, Silcio Pellico i księcia Cays, deputowanego do Parlamentu Piemonckiego.
„Pierwszą noc - opowiadał ksiądz Bosko - spędziliśmy dyskutując nad różnymi sprawami religijnymi, dotyczącymi zwłaszcza obecnych czasów. Drugą na rozważaniach moralnych, podczas których rozpatrywaliśmy różne przypadki sumienia związane z kierownictwem duchowym młodzieży. Trzecia noc była poświęcona konkretnym przypadkom, dzięki którym poznałem moralne wnętrze każdego chłopca z osobna. Pierwszego dnia nie chciałem uwierzyć w sen, ponieważ Pan zakazuje nam tego w Piśmie Świętym. Ale w ciągu tych minionych dni, po wielu doświadczeniach, po tym, jak rozmawiałem na osobności z wieloma chłopcami i opowiedziałem im o tym, co widziałem we śnie, a oni zapewniali mnie, że tak właśnie jest, nie mogłem już dłużej wątpić w to, że Pan daje wszystkim dzieciom Oratorium nadzwyczajną łaskę. Czuję się jednak w obowiązku powiedzieć wam, że Pan pozwala usłyszeć swój głos, ale biada tym, którzy będą się mu opierać".
Właściwie ksiądz Bosko także uczestniczył w tej scenie. Przyśniła mu się wielka sala. Przy stole siedziały trzy osoby, wyznaczone na sędziów. Na życzenie księdza Cafasso ksiądz Bosko wpuszczał do środka chłopców. Przychodzili jeden po drugim z kartką, na której znajdowało się wiele liczb do dodania, i wręczali ją tym panom. Ci, jeśli kartka była w porządku i liczb na niej było dużo, dodawali je i zwracali każdemu z osobna; odrzucali kartkę, kiedy rachunki były fałszywe. Pierwsi wychodzili z sali szczęśliwi i szli bawić się na podwórku, drudzy natomiast wychodzili smutni i zmartwieni. Procedura ta trwała bardzo długo; niektórzy chłopcy w ogóle nie chcieli wejść do sali, ponieważ ich kartki były puste.
Kiedy wszyscy wyszli z sali, zobaczyli, że chłopcy, których kartki były w porządku, bawili się szczęśliwi. Natomiast pozostali stali smutni na uboczu. Ksiądz Bosko przyjrzał się im: niektórzy mieli bandaże na oczach, inni byli jakby spowici we mgle, jeszcze inni mieli głowy w chmurach, a niektórzy serca pełne ziemi. „Zobaczyłem ich - twierdzi ksiądz Bosko - i dobrze rozpoznałem; jeszcze do tej pory zachowałem ich w pa-mięci i mógłbym wymienić wszystkich po kolei, od pierwszego do ostatniego".
Jednocześnie ksiądz Bosko swoim czujnym okiem zauważył, że na podwórku brakuje wielu jego podopiecznych. Po długich poszukiwaniach znalazł ich w kącie podwórza.
„- Cóż za żałosny widok! - zawołałem.
Zobaczyłem jednego leżącego na ziemi, bladego niczym śmierć; inni siedzieli na niskiej i brudnej ławie; niektórzy leżeli na ohydnym sienniku. Byli ciężko chorzy. Jedni mieli chory język, inni oczy, a jeszcze inni uszy. Przeróżne choroby nękały kolejnych nieszczęśników: serca jednych były spróchniałe, innych zepsute, jeszcze innych zniszczone; niektórzy byli poranieni. Był nawet jeden cały pogryziony.
Ten widok był niczym ostry cierń przeszywający moje serce, wszystko jednak zostało osłodzone tym, co teraz opowiem.
Ksiądz Cafasso dał mi znak, abym za nim poszedł i zaprowadził mnie do wspaniałej sali, całej zdobnej w złoto, srebro i liczne drogocenne przedmioty, oświetlonej tysiącem lamp, z których bił taki blask, iż moje oczy nie mogły go znieść. Pośrodku tej królewskiej sali znajdował się ogromny stół pełen przeróżnych słodyczy. Były tam migdałowe ciasteczka tak wielkie jak pociski, biszkopty tak długie, że jeden wystarczyłby, aby zaspokoić głód. Rzuciłem się zapraszać chłopców do stołu. Ale ksiądz Cafasso zatrzymał mnie krzykiem:
Powoli! Tylko ci, których rachunki się zgadzają, mogą spróbować tych słodyczy!
Uspokoiłem się i zacząłem rozdzielać te biszkopty i migdałowe ciasteczka tym, których wskazał mi ksiądz Cafasso. Wszyscy dostali w nadmiarze. Cieszyłem się widząc, jak chłopcy jedzą ze smakiem. Na ich twarzach malowała się radość; nie wyglądali już jak chłopcy z Oratorium, tak bardzo się odmienili".
Ci, którzy słodyczy nie dostali, siedzieli w kącie smutni i upokorzeni. Ksiądz Bosko był przejęty: oni także byli jego dziećmi; błagał więc nieustannie księdza Cafasso, aby pozwolił i im spróbować słodyczy.
Nie - odpowiedział Święty - oni nie mogą spróbować; uzdrówcie ich, a i oni będą mogli je jeść.
Ksiądz Bosko zapytał go, czy podpowie mu jakiejś lekarstwo, które mogłoby uleczyć tych biedaków. Ksiądz Cafasso, który miał się właśnie oddalić, trzykrotnie donośnym głosem zawołał:
Bądźcie czujni! Bądźcie czujni! Bądźcie czujni!
I z tymi słowami zniknął wraz z pozostałymi dwiema postaciami.
Słowa księdza Cafasso, choć tajemnicze, powinny okazać się jasne i wymowne dla księdza Bosko, który zawsze za podstawowy element swojego systemu wychowawczego uważał pełne miłości - jakkolwiek czujne i nieustanne - opiekowanie się młodzieżą, stwarzające jej sytuację moralnej niemożności popełnienia zła (M.B. VI, 817).

★ ★ ★
15 stycznia księdzu Bosko zadano następujące pytanie:
Dlaczego - skoro ten sen przyśnił się księdzu w okolicach Bożego Narodzenia - czekał ksiądz tak długo, zanim go nam opowiedział?
Powiem to - odpowiedział ksiądz Bosko - co już powiedziałem. Przyśnił mi się ten sen, ale z jednej strony nie chciałem w niego uwierzyć; z drugiej zaś uważałem, że jest zbyt ważny, dlatego bardzo dokładnie przeanalizowałem sprawę. Wezwałem chłopca, którego we śnie widziałem z najgorszymi ranami i powiedziałem mu: „Twoje sumienie wygląda tak a tak", według ran, które widziałem. A on odpowiedział, że naprawdę taki jest jego stan. Wezwałem innego i otrzymałem równie dokładne odpowiedzi co do spraw przeze mnie widzianych. W trzecim, z którym rozmawiałem, ujrzałem spełnienie mojego snu. Nie mogłem już dłużej wątpić. W tym śnie poznałem stan sumienia wszystkich moich podopiecznych - stan obecny, a także wiele spraw z przyszłości (M.B. VI, 831).

Sen ostrzegawczy

Rok 1860. Do liczby dziesięciu rewizji, dokonanych w poprzednich latach w Oratorium księdza Bosko, podejrzanego o rewolucyjne knowania, minister Farini dodał następną, nakazując Kwestorowi Turynu przeprowadzić kolejną kontrolę podatkową Domu. Dzięki tej niezapowiedzianej rewizji spodziewano się znaleźć w Oratorium jakiś kompromitujący dokument, aby w ten sposób uzyskać pretekst do zamknięcia Domu.
„Dzieło Oratorium - pisze ksiądz Lemoyne - które przez 19 lat kosztowało księdza Bosko i jego współpracowników wiele troski, trudu i potu, było obecnie zagrożone zniszczeniem. Złowrogim echem odbijała się groźba uwięzienia tego, który troszczył się o chleb dla swoich podopiecznych i zapewniał im godną przyszłość... Obawy wzrastały w związku z zamknięciem w tamtych dniach wielu domów wychowawczych oraz uwięzieniem wielu uczciwych ludzi. Ksiądz Bosko jednak cierpliwie czekał na interwencję Matki Bożej".
I oto na trzy dni przed rewizją księdzu Bosko, jeszcze nieświadomemu całej sprawy, przyśnił się sen, który okazał się wielce pożyteczny. Opowiedział o nim w następujących słowach: „Zdawało mi się, że widzę, jak banda zbójów wchodzi do mojego pokoju, związuje mnie, myszkuje w papierach, w każdej skrzyni, wywracając wszystkie dokumenty do góry nogami. W pewnej chwili jeden z nich, o dość dobrodusznym wyglądzie, powiedział mi:
- Dlaczego nie pozbył się ksiądz tych listów? Byłby ksiądz zadowolony, gdyby znaleziono te listy arcybiskupa, które mogłyby przysporzyć wam i innym wiele zła? A te zapomniane listy z Rzymu - i pokazywał miejsca - a te, tam? Gdyby ksiądz je usunął, uwolniłby się od wszelkich nieprzyjemności.
Z nastaniem dnia, żartując opowiedziałem ten sen, uznawszy go za wytwór wyobraźni; mimo to uporządkowałem wiele rzeczy, a pewnych pism, które mogłyby być zinterpretowane na moją niekorzyść, pozbyłem się. Były to listy poufne, nie mające żadnego związku z polityką czy sprawami rządowymi. Za przestępstwo mogłyby jednak zostać uznane wszystkie otrzymane od papieża i arcybiskupa wskazówki odnośnie do sposobu ustosunkowywania się kapłanów względem niektórych wątpliwości sumienia. Przed rozpoczęciem rewizji, przeniosłem w inne miejsce wszystko to, co mogłoby choćby w najmniejszym stopniu wskazywać na związek naszych spraw z polityką" (M.B. VI, 546).

★ ★ ★
Najbardziej zdziwiło księdza Bosko to, że przeprowadzający rewizję myszkowali szczególnie w miejscach, gdzie wcześniej znajdowały się ukryte przez niego papiery, w tych wskazanych mu we śnie.

II Sen o Matce

Później, w roku 1886, księdzu Bosko przyśniła się jego matka- Małgorzata Occhiena, czerpiąca wodę ze źródła niedaleko swego domku. Była bardzo stroskana, ponieważ ta woda, zawsze krystalicznie czysta, teraz była mętna i pełna robaków. Zapytana przez księdza Bosko o powód swojego zmartwienia, odpowiedziała:
-Aąuam nostram pretio bibimus (Pijemy naszą wodę, płacąc za nią).
- Ciągle ta twoja łacina - odpowiedział jej ksiądz Bosko. Mama Małgorzata dalej mówiła po łacinie, tłumacząc księdzu Bosko, że w przyszłości jej słowa się sprawdzą.
Zaprowadziła go za źródło, na wzniesienie, skąd było widać Capriglio i różne inne wioski, rozrzucone po okolicy. Wskazując na nie, powiedziała:
Czym różnią się one od Patagonii?
Chciałbym, gdybym tylko mógł, nieść dobro i tu, i tam. Wtedy matka zniknęła. Ksiądz Bosko, opowiadając ten sen,
poczynił następującą uwagę: „Miejsce, gdzie zaprowadziła mnie moja matka, doskonale nadaje się do tego, aby dokonać tam jakiegoś dzieła, znajduje się bowiem wśród wiosek, w których nie ma kościołów" (M.B. XVII, 27).

★ ★ ★
Ten krótki sen zawierał dwa proroctwa. Pierwsze - to źródło, którego wody nie nadawały się do picia przez wiele lat. W roku 1934 zastąpiono je akweduktem z Monferrato („opłacona woda").
Drugie proroctwo dotyczyło wzniesienia, na które Mama Małgorzata zabrała księdza Bosko. Od 1940 roku wznosi się tam Instytut Bernardi-Semeria; a od roku 1965 świątynia pod wezwaniem księdza Bosko, cel częstych pielgrzymek i centrum duszpasterskie dla wielu okolicznych parafii.

I Sen o Matce

Ksiądz Bosko zachował bardzo żywe uczucie do swojej matki MATUSI MAŁGORZATY Occhiena; mówił o niej zawsze z ogromnym wzruszeniem; wielokrotnie widział ją w swoich snach, które pozostały niezatarte w jego umyśle.
I tak w sierpniu 1860 roku (cztery lata po jej śmierci) zdawało mu się, że spotkał ją w sanktuarium Matki Bożej Pocieszycielki, kiedy powracał z Oratorium. Wyglądała przepięknie.
Jak to, skądże ty tutaj? - zapytał ksiądz Bosko - Nie umarłaś?

Umarłam, ale żyję - odpowiedziała Małgorzata. -I jesteś szczęśliwa?
Bardzo szczęśliwa!
Ksiądz Bosko zapytał ją, czy zaraz po śmierci wstąpiła do raju. Małgorzata odpowiedziała, że nie. Chciał się dowiedzieć, czy w raju są chłopcy, których imiona wymienił, a Małgorzata odpowiedziała, że tak.
A teraz - ciągnął ksiądz Bosko - powiedz mi, czym rozkoszujesz się w raju?
Nie mogę - odpowiedziała mama.
Daj mi przynajmniej choć trochę posmakować twojego szczęścia.
Wtedy zobaczył swoją matkę jaśniejącą blaskiem, odzianą w drogocenną szatę, z wyrazem zadziwiającego majestatu, a za nią liczny
chór, który wraz z nią zaczął śpiewać. Pieśń miłości do Boga, o niewymownej słodyczy, trafiała prosto do jego serca, wypełniała je i przyciągała, nie zadając mu żadnej przemocy. Wydawała się harmonią tysiąca chórów i tysiąca skal głosów, które od najniższych basów przechodziły do najwyższych sopranów, przy różnorodności dźwięków, słabszych i silniejszych modulacji i wibracji, połączonych tak kunsztownie, delikatnie i zgodnie, że tworzyły jedną całość. Ksiądz Bosko na dźwięk tej słodkiej melodii zupełnie się zatracił i nie wiedział, co powiedzieć ani o co pytać. A Małgorzata, kiedy przestała śpiewać, zwróciła się do niego tymi słowami:
- Czekam na ciebie, bo my dwoje zawsze musimy być razem. Wypowiedziawszy te słowa, zniknęła (M.B. V, 567).

★ ★ ★
Kiedy opuszcza nas droga nam osoba, mamy zwyczaj pocieszać się stówami: „Poszedł do Domu Ojca". To pięknie! Ale wiara mówi nam, że Dom Ojca ma przedsionek, znany pod nazwą czyśćca:
„Gdzie się duch ludzki z grzesznej myje pleśni,
Gotując stanąć na niebieskim dworze".
(Dante Alighieri, Boska Komedia, Czyściec 1,5)*
Również święta mama księdza Bosko przeszła przez ten tajemniczy, ale realny przedsionek raju.


ŻYCIORYS:

Małgorzata Occhiena urodziła się 1 kwietnia 1788 r. w Capriglio we włoskim Piemoncie jako szóste z dziesięciorga dzieci. Tego samego dnia została ochrzczona w kościele parafialnym. Jej rodzice byli rolnikami i bardzo gorliwymi chrześcijanami. Od samej młodości Małgorzata bardzo dużo i chętnie pracowała. Ciągłe zajęcia domowe nie pozwalały, aby mogła się uczyć. Posiądzie jednak wielką życiową mądrość.

W 1812 r. poślubia Franciszka Bosko, 27-letniego wdowca, który ma trzyletniego syna, Antoniego, i chorą matkę. W rok po ślubie przychodzi na świat Józef, a w 1815 r. Jan (w przyszłości ks. Bosko). Wkrótce potem rodzina Bosko przenosi się do Becchi, malutkiej osady na pagórkach Piemontu, ok. 30 km od Turynu. W roku 1817 mąż Małgorzaty, Franciszek umiera na zapalenie płuc.

Dwudziestodziewięcioletnia Małgorzata musi zmierzyć się z bardzo trudną sytuacją, w jakiej znalazła się rodzina w okresie głodu. Opiekuje się matką zmarłego męża, jego synem oraz małymi Józefem i Jankiem. Małgorzata jednak była przede wszystkim kobietą wielkiej wiary. Bóg był zawsze pierwszym i ostatecznym punktem odniesienia we wszystkich jej decyzjach, słowach i czynach.

Miłość do Boga była w niej tak gorąca, że wpłynęła na uformowanie w niej serca matki. Była mądrą wychowawczynią, wiedziała, jak połączyć w wychowaniu element macierzyństwa i ojcostwa, dobroci i konsekwencji, ciągłej obecności i zaufania, ducha rodzinnego i dialogu. Wychowała synów w duchu miłości bezinteresownej, cierpliwej i wymagającej. Posługiwała się naturalnymi metodami, ale jednocześnie nieustannie zwracała się o pomoc do Boga. Trzej chłopcy, o bardzo różnych temperamentach, byli wychowani wg tych samych zasad, do każdego stosowała inne metody. Uczyła ich katechizmu i sama przygotowała do I Komunii św.

Kiedy dziewięcioletni syn Janek ma sen, potrafi zinterpretować go w Bożym świetle: "Być może zostaniesz księdzem" - powie wówczas. Swojemu najmłodszemu synowi pozwala przebywać z tzw. trudnymi chłopcami, ponieważ zauważyła, że ma na nich dobry wpływ.

W domu pojawiają się także trudności. Najstarszy Antoni niechętnie spogląda na kształcenie Janka. To zmusza Małgorzatę do wysłania najmłodszego syna poza rodzinne Becchi, bo tylko tak będzie mógł zdobyć wykształcenie. Będzie mu towarzyszyła do samych święceń, a w tym dniu powie do syna słowa, które zostaną w jego sercu na całe życie.

Kiedy w roku 1846 ks. Bosko zachorował bardzo ciężko, Małgorzata przybyła do niego do Turynu, Odkryła wówczas, ile dobra jej syn czyni opuszczonym chłopcom. Na jego prośbę, aby pozostała z nim na stałe, odpowiedziała: "Jeśli wierzysz, że to jest wola Boża, to jestem gotowa pozostać".

Obecność Mamy Małgorzaty przekształca oratorium w rodzinę. Przez dziesięć lat jej życie jest połączone z życiem syna, uczestniczy jednocześnie w rodzeniu się dzieła salezjańskiego. Była pierwszą współpracownicą ks. Bosko - cerowała ubrania, gotowała, stała się prawdziwą matką dla chłopców. Wprowadziła element macierzyński do systemu wychowawczego stosowanego przez ks. Bosko. Jest nieświadomą "współzałożycielką" Rodziny Salezjańskiej.

Umarła w Turynie na zapalenie płuc 25 listopada 1856 r w wieku 68 lat. Na cmentarz odprowadziły ją rzesze chłopców, którzy opłakiwali jej odejście, jak odejście własnej matki. Kolejne pokolenia salezjanów nazywają ją familiarnie Mamą lub Matusią Małgorzatą.

Sen o 22 księżycach

W marcu 1854 roku ksiądz Bosko zebrał chłopców z internatu przy swoim Oratorium i opowiedział im następujący sen:
„Znajdowałem się z wami na podwórzu i radowałem się, widząc was ożywionych i wesołych. Jedni skakali, inni krzyczeli, jeszcze inni biegali. Nagle widzę jednego z was, jak spaceruje pomiędzy kolegami w wysokim cylindrze na głowie. To dziwne nakrycie głowy było przezroczyste, całe podświetlone od wewnątrz, z obrazem wielkiego księżyca, w samym środku którego widniała cyfra 22. Zdziwiony usiłowałem podejść do niego, aby mu powiedzieć, żeby zdjął ten karnawałowy rekwizyt; ale oto się ściemniło, podwórze opustoszało i wszyscy chłopcy zgromadzili się pod krużgankami domu. Obserwowałem ich: byli bladzi i przestraszeni. Wśród nich dostrzegłem chłopca w cylindrze, bledszego od pozostałych, z kirem żałobnym na ramionach. Starałem się do niego podejść, ale zatrzymała mnie czyjaś ręka i zobaczyłem jakiegoś nieznajomego mężczyznę o szlachetnym wyglądzie i z powagą na twarzy, który powiedział mi:
- Posłuchaj, ten chłopiec ma jeszcze 22 księżyce czasu: kiedy miną, umrze. Miej go na oku i przygotuj go!"
Ksiądz Bosko skończył swoje opowiadanie, mówiąc: - Ten chłopiec jest wśród was i ja go znam.
Słuchacze byli przerażeni; także dlatego, że po raz pierwszy ksiądz Bosko przepowiedział śmierć kogoś z domu. Święty zauważył to i usiłował ich uspokoić:
- Musicie - powiedział - być zawsze przygotowani i nie popełniać grzechów; wtedy śmierć nie będzie już dla was straszna. Ja tymczasem będę mieć na oku tego chłopca 22 księżyców, tzn. 22 miesięcy, i mam nadzieję, że będzie miał dobrą śmierć.
Ta nauka wzbudziła w Oratorium atmosferę wielkiej żarliwości: wszyscy starali się być w stanie łaski Bożej i w napięciu liczyli księżyce.
Był wśród nich pewien siedemnastoletni chłopiec, Secondo Gurgo, wywodzący się z Pettinengo z okolicy Biella, mocno zbudowany i tryskający zdrowiem. Opiekował się nim kleryk Cagliero, przyszły kardynał, którego ksiądz Bosko uporczywie pytał o jego podopiecznych i zalecał mu szczególną o nich troskę, bez wymieniania jednak Gurga. Ze swojej strony ksiądz Bosko w ciągu tych 22 miesięcy dyskretnie i z zaangażowaniem przygotowywał duszę chłopca, który daleki był od myśli, iż to on jest właśnie młodzieńcem 22 księżyców, wziąwszy pod uwagę jego zdrowie i siłę.
W pierwszych dniach grudnia (dwudziesty drugi księżyc) w Oratorium nie było ani jednego chorego, ale ksiądz Bosko obwieścił, że jeden z chłopców umrze przed Bożym Narodzeniem. Minął miesiąc w wielkim napięciu. 24 grudnia Gurgo doznał gwałtownego ataku kolki ze straszliwymi bólami. Miał czas, aby przyjąć ostatnie namaszczenie i tego samego dnia oddał swe młode życie Bogu.
W domu wiele mówiono o tej śmierci, ponieważ nastąpiła ona w dwudziestym drugim księżycu, zgodnie z przepowiednią księdza Bosko. Młody Gurgo, umierając 24 grudnia, wypełnił również drugie proroctwo, mówiące o tym, że nie doczeka Bożego Narodzenia.
Tamtego wieczoru ksiądz Bosko z wielkim smutkiem na twarzy wstępował na małą katedrę, z której miał zwyczaj kierować swoje „słowo na dobranoc" do chłopców, i z akcentem bólu mówił: „To pierwszy chłopiec, który umarł w naszym Oratorium. Dobrze wykonywał swoje obowiązki i mamy nadzieję, że jest w raju..." Ze wzruszenia nie mógł kontynuować: śmierć zabrała mu jednego z jego najukochańszych synów (M.B. V, 456).

★ ★ ★
Nic będzie nas dziwić to, że ksiądz Bosko dokładnie przepowiedział tę śmierć, jeśli przypomnimy sobie słowa błogosławionego księdza Ruy, który przez czterdzieści lat żył u boku Świętego: „Ksiądz Bosko posiadał wysoko rozwinięty dar proroctwa. Przepowiadane rzeczy przyszłe, nieprzewidywalne i niespodziewane, które na dodatek zupełnie się sprawdziły, są tak liczne, iż można przypuszczać, że ksiądz Bosko posiadał dar proroczy na stałe" (M.B. V, 456).

Sen Wielkie pogrzeby na Dworze

Pewnej nocy, pod koniec listopada 1854 roku, księdzu Bosko przyśniło się, że znajdował się na podwórzu w otoczeniu księży i kleryków, kiedy nagle pojawił się dworski lokaj w swoim czerwonym uniformie i stanąwszy przed nim, krzyknął:
Wielka nowina!
Jaka? - zapytał ksiądz Bosko.
Wielki pogrzeb na Dworze!
Ksiądz Bosko, boleśnie zaskoczony, chciał poprosić go o wyjaśnienia, ale lokaj, powtarzając: - Wielki pogrzeb na Dworze! -zniknął.
Zaraz po przebudzeniu ksiądz Bosko przygotował natychmiast list do króla Wiktora Emanuela II, w którym opowiedział mu swój sen. W porze obiadowej pojawił się wśród chłopców z plikiem listów.
Dziś rano - powiedział - napisałem trzy listy do wielkich osobistości: papieża, króla i kata.
Słysząc razem te trzy rzeczowniki, chłopcy wybuchnęli śmiechem. Słowo „kat" ich nie zdziwiło, ponieważ znali stosunki księdza Bosko z władzami więziennymi. Co się tyczy papieża, wie¬dzieli, że ich wychowawca utrzymywał z nim korespondencję. Najbardziej zaciekawiła ich treść listu napisanego do króla. Ksiądz Bosko opowiedział im swój sen i zakończył: - Przez ten sen źle się czułem całą noc.
Pięć dni później sen się powtórzył. Ksiądz Bosko siedział w nim przy stoliku, kiedy nagle wszedł lokaj w czerwonej liberii i zawołał:
Nie wielki pogrzeb na Dworze, ale wielkie pogrzeby na Dworze!
Ksiądz Bosko napisał do króla drugi list, w którym opowiedział mu swój kolejny sen i zachęcał go, aby nie dopuścił do zatwierdzenia ustawy rozwiązującej zakony nie zajmujące się kształceniem, nauczaniem albo opieką nad sierotami. Projekt ustawy przewidywał także przejęcie wszystkich dóbr tych zgromadzeń przez państwo pod pretekstem, iż „dzięki temu będzie ono mogło wspomóc parafie najbiedniejsze". Pomysłodawcą ustawy był Urban Rattazzi.
podczas gdy dyskutowano nad ustawą w parlamencie, ksiądz Bosko powtarzał swoim najbliższym: - Ta ustawa ściągnie na królewski dom wielkie nieszczęścia.
Król dał do przeczytania otrzymane listy markizowi Fassatiemu, który przyszedł do księdza Bosko i powiedział mu:
- Czy księdzu się wydaje, że to najlepszy sposób na wywrócenie do góry nogami całego Dworu? Król jest poruszony i zdenerwowany. A nawet wściekły.
- To, co napisałem, jest prawdą - odpowiedział ksiądz Bosko.
Przykro mi, że wzbudziłem niezadowolenie władcy, ale chodzi o dobro jego i Kościoła.
W tych dniach Wiktor Emanuel II pisał do generała Alfonsa Lamarmory: „Moja matka i żona ciągle powtarzają, że umrą ze smutku z mojego powodu". Były one bowiem przeciwne tej sekciarskiej i niesprawiedliwej ustawie.
5 stycznia 1855 roku zapadła na ciężką chorobę Królowa Matka, Maria Teresa, a 12 stycznia - umarła. Miała 54 lata. Ogłoszono powszechną żałobę, bo kochano ją za jej miłość dla potrzebujących.
16 dnia tego samego miesiąca królewski dwór nie powrócił jeszcze z uroczystości pogrzebowych ku czci Królowej Matki, kiedy otrzymał pilne wezwanie do uczestnictwa w wiatyku królowej Marii Adelajdy. Wydała ona na świat dziecko osiem dni przed czasem. Cztery dni później, wieczorem 20 stycznia, dostojna królowa oddała ducha w wieku zaledwie 33 lat.
Księdza sny się sprawdziły - powiedzieli do niego chłopcy po powrocie z drugiego pogrzebu.
To prawda - odpowiedział ksiądz Bosko - i nie wiemy, czy na tym drugim pogrzebie zakończy się żałoba na Dworze.
I rzeczywiście, w nocy z 10 na 11 lutego, po dwudziestu dniach ciężkiej choroby, umarł książę Ferdynand Sabaudzki - książę Genui, brat króla; on także w wieku zaledwie 33 lat.
Król był naprawdę przejęty tymi bolesnymi proroctwami, które się sprawdziły, i pewnego dnia zawołał: „Nie mam ani chwili spokoju! Ksiądz Bosko nie daje mi żyć!" I nakazał ważnej dworskiej osobistości powtórzyć księdzu te słowa (M.B. V, 176).

★ ★ ★
Ten szereg nagłych rodzinnych nieszczęść powinien byt przekonać króla, że tajemnicze listy, otrzymane przez niego od księdza Bosko i innych osób świętych, objawiały mu wolę Boga, aby nie zatwierdzał tak poważnej ustawy bez wstępnego porozumienia ze Stolicą Apostolską. A jednak 2 marca ustawa została zatwierdzona przez Izbę Deputowanych przy 94 głosach za i 23 przeciw A 22 maja zatwierdził ją również Senat 53 głosami za i 42 przeciw. Król podpisał ją 29 maja.
Podczas gdy w Senacie dyskutowano nad zgubną ustawą, 17 maja dom królewski ponownie okrył się żałobą z powodu śmierci małego - zaledwie czteromiesięcznego - Wiktora Emanuela Leopolda M. Eugeniusza.
W przeciągu 130 dni król stracił matkę, żonę, brata i syna. Prorocze sny księdza Bosko całkowicie się spełniły [M.B. V, 176).


Sen Różana altana

Następny sen nosi wyraźne cechy wizji. Ksiądz Bosko, opowiadając go swoim pierwszym salezjanom, poprzedzał go takim wprowadzeniem: „Aby każdy z nas miał pewność, że to Maryja Dziewica pragnie naszego Zgromadzenia, przekażę wam już nie sen, ale to, co samej Błogosławionej Matce spodobało się mi objawić". My przytaczamy jego słowa, pomijając dla uproszczenia niektóre szczegóły.
„Pewnego dnia w roku 1847, po moich długich rozważaniach nad sposobami czynienia dobra wśród młodzieży, ukazała mi się Królowa Niebieska i zaprowadziła mnie do cudownego ogrodu".
Ksiądz Bosko opisał ogród i mówił dalej: „Znajdowała się tam altana, która ciągnęła się daleko, a jej boki pokrywały kwitnące krzewy różane. Również ziemia cała była przykryta różami. Błogosławiona Dziewica powiedziała mi:
Zdejmij buty! - a gdy je zdjąłem, dodała:
Przejdź przez tę altanę; tą właśnie drogą musisz pójść.
Poszedłem, ale natychmiast zauważyłem, że róże skrywały bardzo ostre kolce i moje stopy zaczęły krwawić. Uczyniwszy więc kilka kroków, byłem zmuszony zawrócić.
Tutaj potrzebne są buty - powiedziałem do mojej Przewodniczki.
Oczywiście - odpowiedziała mi - potrzebne są dobre buty.
Znowu założyłem buty i ruszyłem ponownie w drogę z kilko¬ma towarzyszami, którzy chcieli pójść za mną. Altana wydawała się coraz bardziej ciasna i niska. Wiele gałęzi opuszczało się i pod¬nosiło niczym girlandy; inne zwieszały się pionowo nad ścieżką. Wszystko przykrywały róże, a ja widziałem tylko je - po bokach, nad głową, pod nogami - wszędzie dotykałem róż i czułem coraz ostrzejsze kolce, które mnie kłuły. Krwawiły mi nie tylko ręce, ale całe moje ciało. Zwieszające się z góry róże skrywały także bardzo ostre kolce, które wbijały mi się w głowę. Ale zachęcany przez Błogosławioną Dziewicę, szedłem dalej.
Tymczasem ci, którzy mnie obserwowali, mówili:
Ksiądz Bosko ciągle idzie po różach! Idzie naprzód spokojnie; wszystko układa się po jego myśli.
Tylko że oni nie widzieli kolców, które rozdzierały moje człon¬ki. Wielu księży, kleryków i świeckich, zwabionych pięknem tych kwiatów, poszło w moje ślady z radością, jednak gdy uczuli ukłucia kolców, zaczęli krzyczeć:
Zostaliśmy oszukani!
Przeszedłszy spory kawałek drogi, obróciłem się i z bólem spostrzegłem, że mnie opuścili. Ale zaraz zostałem pocieszony, bo zobaczyłem cały zastęp księży, kleryków i świeckich, którzy zbliżali się do mnie z tymi słowami:
Oto jesteśmy: wszyscy należymy do ciebie, jesteśmy gotowi pójść za tobą".
Ksiądz Bosko opowiadał dalej, że dotarłszy do końca altany, znalazł się razem ze swoimi towarzyszami w przepięknym ogrodzie, gdzie otoczyli go jego nieliczni naśladowcy: wszyscy wy¬chudzeni, rozczochrani i okrwawieni. Wtedy podniósł się lekki wiaterek i od jego powiewu wszyscy wyzdrowieli jak zaczarowani. Po nim powiał inny wiatr i ksiądz Bosko znalazł się w otoczeniu mnóstwa młodych ludzi, którym towarzyszyli księża oraz jego współpracownicy.
Zobaczył też, że przeniósł się z nimi do „obszernej sali tak bogatej, iż żadna siedziba królewska nie mogłaby się poszczycić niczym podobnym.
Była cała usłana i przyozdobiona świeżymi różami bez kolców, wydzielającymi delikatną woń. Przenajświętsza Dziewica, która była moją Przewodniczką, zapytała mnie:
Czy wiesz, co to wszystko znaczy?
Nie - odpowiedziałem - proszę, wyjaśnij mi, Pani. Wtedy ona powiedziała:
- Wiedz, że droga, którą przebyłeś wśród róż i kolców, oznacza troskę, którą otoczysz młodzież: musisz nią pójść w butach umartwienia. Kolce leżące na ziemi oznaczają ludzkie miłości, sympatie i antypatie, które rozpraszają wychowawcę i odwodzą go od prawdziwego celu - ranią, zatrzymują w jego misji, przeszkadzają mu gromadzić zasługi dla wiecznego życia. Róże symbolizują gorącą miłość, która powinna wyróżniać ciebie i twoich pomocników. Pozostałe kolce oznaczają przeszkody, cierpienia, przykrości, które cię czekają. Ale nie trać odwagi. Miłością i umartwieniem pokonacie wszystko i dotrzecie do róż bez kolców.
Kiedy tylko Matka Boża skończyła mówić, wróciła mi przytomność i znalazłem się w moim pokoju" (M.B. III, 32).
★ ★ ★
„Ogrody rajskie nie są podobne do ogrodów ziemskich. W tych ostatnich kolce pozostają, a róże przemijają; w tych pierwszych natomiast kolce prze¬mijają, a róże pozostają na wieki" (Św. Franciszek Salezy, Maksymy, Libreria Editrice Salesiana, Rzym, s. 50).
„Gdy zrywa się różę, wiadomo, zawsze trafi się na kolec; ale tam, gdzie są kolce, zawsze jest róża" (Ksiądz Bosko do Salezjanów, M.B. XVII, 131).
„To prawda, będą kolce, ale zamienią się one później w kwiaty, a te będą kwitły na wieki" (Ksiądz Bosko do Córek Maryi Wspomożycielki, M.B. XVII, 555).

Sen Wspaniały, strzelisty kościół

Kiedy ksiądz Bosko, już jako kapłan, doskonalił się w naukach teologicznych pod kierownictwem św. Józefa Cafasso w kościelnej szkole z internatem w Turynie, miał dwa kolejne sny, budzące zdumienie u tych, którzy znają losy jego wędrownego Oratorium. Te dwa sny pozwoliły Świętemu poznać przed czasem różne etapy rozwoju jego Dzieła. W tych wizjach ksiądz Bosko zobaczył kościół Maryi Wspomożycielki na dwadzieścia lat przed jego wybudowaniem. Oto najbardziej znaczące fragmenty (przytoczymy też jego własne słowa):
We śnie z roku 1844, po zwyczajowej scenie z całą rzeszą zwierząt różnego gatunku, pojawiła się tajemnicza Pasterka. Ksiądz Bosko opowiadał: „Po długim marszu znalazłem się na łące, gdzie zwierzęta skakały i jadły wspólnie, i żadne z nich nie próbowało ugryźć drugiego. Ogarnięty zmęczeniem chciałem usiąść, ale Pasterka zachęciła mnie do dalszej drogi. Przebywszy jeszcze krótki odcinek, znalazłem się na rozległym, otoczonym krużgankiem podwórzu, na którego końcu stał kościół. Tutaj spostrzegłem, że cztery piąte tych zwierząt przemieniło się w baranki. Ich liczba stała się przeogromna.
W tej chwili pojawili się liczni pasterze, aby ich strzec, ale baranki zatrzymywały się na krótko i natychmiast odchodziły. Wtedy zdarzył się cud: wiele baranków przemieniło się w pasterzy, którzy - coraz liczniejsi - zajmowali się pozostałymi barankami. Tak liczni, pasterze rozdzielali się i szli w różne miejsca, aby zbierać bardzo dziwne zwierzęta i prowadzić je do swych owczarni.
Chciałem odejść, ale Pasterka poprosiła, abym popatrzył na południe. Popatrzyłem i zobaczyłem pole obsadzone warzywami.
Spójrz jeszcze raz - powiedziała.
Spojrzałem znowu i zobaczyłem wspaniały, strzelisty kościół. W środku znajdowała się biała wstęga, na której napisano wielkimi literami: HIC DOMUS MEUS, IN DE GLORIA MEA (Oto mój dom, stąd moja chwała).
Zapytałem Pasterkę, co to wszystko ma znaczyć.
Wszystko zrozumiesz - odpowiedziała mi - kiedy oczami ciała zobaczysz to, co teraz widzisz oczami umysłu.
Później - kontynuuje ksiądz Bosko - ten sen w połączeniu z innym stał się moim programem, wyznaczającym cel moich dążeń" (M.B. II, 245).
W następnym śnie, który przyśnił mu się rok później, ponowiła się symboliczna wizja rozwoju, jaki miała osiągnąć jego misja wśród młodzieży, a oprócz kościoła Maryi Wspomożycielki zobaczył również kaplicę w domu Pinardiego oraz kościół św. Franciszka Salezego.
Proszę zauważyć, że te trzy kościoły - które można do dziś jeszcze podziwiać - wtedy nie istniały i że ksiądz Bosko nie znał nawet miejsca, gdzie miały zostać zbudowane.
W tym śnie Pasterka przedstawiła mu się jako Pani, ukazująca nowy etap rozwoju jego Oratorium: od zwykłej łąki (miała to być łąka „Filippi") do stałej siedziby bardziej na północy (Valdocco).
Posłuchajmy księdza Bosko: „Wtedy Pani ta powiedziała mi: - Patrz!
Zobaczyłem malutki i niski kościółek (przyszłą kaplicę u Pinardiego), kawałek podwórka i mnóstwo młodzieży. Ale ponieważ kościół ten był ciasny, zwróciłem się do Niej, a ona pokazała mi inny kościół, znacznie większy, z domem niedaleko (kościół Świętego Franciszka Salezego i dom Pinardiego). Następnie zaprowadziła mnie prawie przed fasadę tego drugiego kościoła i, wskazując na pole uprawne, dodała:
W tym miejscu, gdzie sławni męczennicy Turynu, Awentore i Ottavio, ponieśli śmierć w cierpieniu, na tej ziemi skąpanej i uświęconej ich krwią - chcę, aby Bóg został uwielbiony w sposób szczególny.
To powiedziawszy, postawiła stopę na miejscu męczeństwa, i dokładnie mi je wskazała.
Ja tymczasem ujrzałem, że otacza mnie ogromna, ciągle powiększająca się gromada młodzieży. Gdy tak patrzyłem na Panią, powiększały się również pomieszczenia. Zobaczyłem wtedy ogromny kościół (dzisiejszą świątynię Maryi Wspomożycielki), dokładnie w miejscu - jak pokazała mi Pani - męczeństwa Świętych z Legionu Tebea i mnóstwo budynków wokoło oraz przepiękny pomnik pośrodku" (czyżby zobaczył swój pomnik?).
„W tym - ukazanym we śnie - czasie miałem za pomocników księży i kleryków, którzy trochę mnie wspierali, a potem uciekali. Z wielkim trudem starałem się ich zatrzymać, ale oni wkrótce odchodzili i zostawiali mnie zupełnie samego. Znowu więc zwróciłem się do Pani, która powiedziała mi:
- Czy chcesz wiedzieć, co robić, aby już więcej ci nie uciekali? Weź tę wstęgę i zawiąż ją im na czołach.
Z szacunkiem wziąłem z jej ręki białą wstęgę i zobaczyłem, że jest na niej napisane słowo: Posłuszeństwo. Natychmiast zrobiłem, co poleciła mi Pani, i zacząłem obwiązywać głowy niektórych moich wolontariuszy tą wstążką. Od razu spostrzegłem cudowny skutek, który ciągle się rozszerzał, podczas gdy ja kontynuowałem powierzoną mi misję, bo - posłuszni - porzucili myśl o odejściu i zostawali, aby mi pomagać. Tak zostało ustanowione Zgromadzenie" (M.B. II, 298).
★ ★ ★
Sen trwał dłużej, ale nas interesuje jego koniec: „Od tamtej pory kroczyłem pewnie, będąc spokojnym zarówno o Oratoria, jak i o Zgromadzenie, a także o sposób, w jaki powinienem zachowywać się wobec władz. Doskonale widziałem trudności, które muszą się pojawić, i poznałem sposób na ich pokonanie".
Biograf komentuje: „Stąd wzięła się niezachwiana wiara w pomyślny skutek jego misji, ta pozornie zuchwała pewność w stawianiu czoła wszelkim przeszkodom, to angażowanie się w kolosalne przedsięwzięcia, przewyższające ludzkie siły, a jednak doprowadzone do szczęśliwego zakończenia" (M.B. 11,300).

Sen Spotkanie z nieżyjącym biskupem

Wieczorem 25 czerwca 1867 roku ksiądz Bosko opowiedział swoim podopiecznym jeden ze swych najbardziej obrazowych snów.

Zdawało mu się, że jest na drodze prowadzącej do ... (i wymienił miasto), kiedy usłyszał, jak woła go po imieniu jego Przewodniczka. Poszedł za nią. Podróżowali z prędkością myśli, a ich stopy nie dotykały ziemi. Dotarli tak do pałacu o wspaniałej architekturze, budynek jednak był niedostępny.
Wejdź do tego pałacu - powiedziała mu Przewodniczka.
Jak mam tam wejść, skoro nie ma drzwi?
Wejdź! - odpowiedziała rozkazująco Przewodniczka. A widząc, że ksiądz Bosko się nie rusza, powiedziała:
Zrób to, co ja: podnieś ręce, a wejdziesz.
I to powiedziawszy, podniosła ręce do nieba; ksiądz Bosko zrobił to samo i poczuł, jak wznosi się w powietrzu, aż znalazł się na progu pałacu.
Co jest w środku? - zapytał ksiądz Bosko.
Wejdź, rozejrzyj się, a zobaczysz. W głębi, w jednej z sal, znajdziesz kogoś, kto cię pouczy.
Przewodniczka znikła. Ksiądz Bosko przebiegł mnóstwo zbytkownych sal z prędkością wichru i - co dziwniejsze - zawieszony w powietrzu, ze złączonymi nogami, sunął bez trudu niczym po tafli kryształu, nie dotykając jednak posadzki. Tak przemieszczając się z jednej komnaty do drugiej, dotarł wreszcie do wielkiej sali, wspanialszej od pozostałych.
W końcu komnaty, na tronie, zauważył siedzącego w majestatycznej postawie biskupa, jakby czekającego, aby udzielić audiencji.
„Podszedłem z szacunkiem - opowiadał ksiądz Bosko - i ogarnęło mnie ogromne zdziwienie, kiedy w tym Księdzu rozpoznałem mojego najserdeczniejszego przyjaciela. To był Ekscelencja... (i wymienił jego imię), Wyglądał kwitnąco, promieniał radością i taką urodą, że nie da się tego opisać".
Wasza Ekscelencjo! Ksiądz tutaj? - powiedziałem - Czy ksiądz nie umarł?
Oczywiście, że umarłem. A wy, księże Bosko, jesteście żywi czy umarli?
Ja jestem żywy: czy nie widzicie, że przyszedłem tu z duszą i ciałem?
Tutaj nie można przyjść z ciałem.
A jednak jestem tu.
Wtedy ksiądz Bosko zadał biskupowi wiele pytań:
Proszę mi powiedzieć, czy Wasza Ekscelencja jest zbawiony?
Tak, jestem w miejscu zbawienia.
Ale czy Wasza Ekscelencja jest w raju i rozkoszuje się obecnością Boga, czy też w czyśćcu?
Jestem w miejscu zbawienia, ale Boga jeszcze nie oglądałem, dlatego módlcie się za mnie.
A ile czasu Wasza Ekscelencja musi jeszcze być w czyśćcu?
Popatrzcie tutaj.
I podał mu kartkę, dodając:
Czytajcie.
Ksiądz Bosko obejrzał kartkę, obrócił ją na wszystkie strony, ale niczego nie mógł przeczytać. Biskup zwrócił mu uwagę, że musi czytać odwrotnie, bo sądy Boże są inne niż sądy świata.
Ksiądz Bosko nie odważył się dopominać o wyraźniejszą odpowiedź i zapytał:
A czy ja będę zbawiony?
Nie traćcie nadziei.
Proszę mnie nie męczyć: niechaj Wasza Ekscelencja mi powie, czy będę zbawiony.
Nie wiem.
To niech Wasza Ekscelencja przynajmniej powie mi, czy je¬stem w łasce u Boga.
Nie wiem.
A czy moi chłopcy zostaną zbawieni?
Nie wiem.
Błagam, proszę mi powiedzieć chociaż o łasce.
Właśnie te rzeczy Pan odsłania przed kim chce i kiedy chce, i pozwala, aby zostały objawione tym, którzy jeszcze żyją.
Tutaj ksiądz Bosko wtrącił, że chciał koniecznie dowiedzieć się wielu rzeczy; dlatego zadał biskupowi kolejne pytania:
Niech Wasza Ekscelencja powie mi coś, co mógłbym od Niego powtórzyć chłopcom.
Powiedzcie im, aby zbawili duszę, bo reszta niczemu nie służy.
To wiemy, że musimy zbawić duszę; ale jak mamy to zrobić?
Powiedzcie chłopcom, aby byli dobrzy i posłuszni.
A kto o tym nie wie?
Powiedzcie im, aby byli czyści i aby się modlili.
Czy Wasza Ekscelencja mógłby wyrażać się jaśniej?
Powiedzcie im, żeby się często spowiadali i przyjmowali Komunię.
Niech Wasza Ekscelencja powie mi coś szczególnego.
Powiem wam, skoro tego chcecie. Powiedzcie im, że mają mgłę przed oczami; jeśli zaczną ją widzieć, to już dobrze.
Co to za mgła?
To rzeczy tego świata, które przeszkadzają w oglądaniu rze¬czy niebieskich takimi, jakimi one są.
A jak można usunąć tę mgłę?
Niechaj wiedzą, że mundus totus in maligno positus est (cały świat jest pod władzą diabła), wtedy zbawią duszę; niech nie dadzą się oszukać pozorom świata. Młodzi wierzą, że przyjemności, radości, przyjaźnie tego świata mogą dać im szczęście, dlatego czekają tylko chwili, kiedy będą się mogli nimi rozkoszować; ale niechaj pamiętają, że wszystko to jest marnością i smutkiem dla ducha.
A ta mgła skąd pochodzi?
Z nieskromności i nieczystości. To jak czarna i gęsta chmura, która odbiera wzrok i nie pozwala młodym dostrzec przepaści, ku której się zbliżają. Powiedzcie im więc, żeby zazdrośnie strzegli cnoty czystości, bo ci, którzy ją posiadają, florebunt sicut lilium in civitate Dei (zakwitną niczym lilie w mieście Bożym).
A co jest potrzebne, aby zachować czystość?
Potrzebne są: skupienie, posłuszeństwo, unikanie bezczynności i modlitwa.
-I co jeszcze?
Modlitwa, unikanie bezczynności, posłuszeństwo i skupienie.
-l co nic więcej?
Posłuszeństwo, skupienie, modlitwa i unikanie bezczynności.
„Gdy tylko biskup skończył mówić - kontynuował ksiądz Bosko - ogarnięty palącym pragnieniem przekazania wam tych ostrzeżeń, opuściłem pośpiesznie salę i pobiegłem do Oratorium. Leciałem z prędkością wichru i w jednej chwili znalazłem się u drzwi Oratorium.
Kiedy już tam byłem, zatrzymałem się i pomyślałem: Dlaczego dłużej nie porozmawiałem z biskupem? Przecież potrzebowałem więcej wyjaśnień. I natychmiast wróciłem tam równie szybko jak poprzednio. Ponownie wszedłem do pałacu i do tej sali.
Ale jaka zmiana dokonała się w ciągu tych krótkich chwil!
Biskup, blady jak wosk, leżał na łóżku. Wydawał się być trupem; z oczu ciekły mu łzy: cierpiał. Tylko lekki ruch piersi, wstrząsanych ostatnim tchnieniem, pozwalał stwierdzić, że jeszcze żył. Podszedłem do niego zmartwiony:
Wasza Ekscelencjo, co się stało?
Zostawcie mnie - odpowiedział z jękiem.
Wasza Ekscelencjo, chciałem zadać wam jeszcze wiele pytań.
Zostawcie mnie samego, cierpię tak strasznie.
Co mogę dla was uczynić?
Módlcie się i pozwólcie mi odejść.
Dokąd?
Dokąd prowadzi mnie ręka Wszechmocnego.
Wasza Ekscelencjo, błagam, proszę powiedzieć mi, dokąd?
Cierpię tak strasznie, zostawcie mnie!
Jeszcze słowo: macie jakąś prośbę, którą mógłbym spełnić na świecie? Niczego mi nie przekażecie dla waszego następcy?
Idźcie do obecnego biskupa ... i powiedzcie mu ode mnie to i to.
{Rzeczy, o których mi powiedział, nie są przeznaczone dla was, kochani chłopcy, dlatego je pominę. }

Biskup tymczasem mówił dalej:

Powiedzcie tym i tym ludziom o takich to a takich sekretnych sprawach
.
[Kiedy pytał później ksiądz Lemoyne'a - Ks. Bosko, czy wykonał polecone mu przez biskupa zadanie, odpowiedział: - Tak, wiernie wypełniłem jego polecenia.]

Biskup tymczasem mówił dalej:

Powiedzcie swoim wychowankom, że zawsze bardzo ich kochałem, że dopóki żyłem, zawsze modliłem się za nich i że teraz też o nich pamiętam. Niechaj oni modlą się teraz za mnie.
Bądźcie pewni, powiem im to i zaczniemy zaraz modlić się w waszej intencji; ale kiedy Wasza Ekscelencja znajdzie się w raju, niechaj o nas pamięta.
Tymczasem Biskup wyglądał na jeszcze bardziej cierpiącego. Jego widok był dla mnie męką. Przeżywał jedną z najstraszliwszych agonii.
Zostawcie mnie - powiedział raz jeszcze - pozwólcie mi pójść tam, dokąd woła mnie Pan.
Wasza Ekscelencjo!... Wasza Ekscelencjo!... - nie przestawałem powtarzać, ogarnięty niewymownym współczuciem.
Zostawcie mnie! Zostawcie mnie! - powtórzył i znikł.
Ja, przerażony i wzruszony tak wielkim cierpieniem, odwróciłem się i chciałem wrócić, ale uderzywszy się o jakiś przedmiot, obudziłem się i znalazłem we własnym łóżku" (M.B. VIII, 853).

★ ★ ★
Ksiądz Lemoyne' pisze: „Ksiądz Bosko nie komentował stanu tego biskupa. Zresztą z najgodniejszych objawień wiary i świadectw świętych Ojców wiemy, że osoby spełnionej świętości, lilie czystości dziewiczej i wielkich zasług, sprawcy cudów, których my teraz czcimy na ołtarzach, z powodu lekkich przewinień muszą czasem długo pozostawać w czyśćcu" (M.B. VIII, 859).

Sen o tratwie

W innym śnie widzi ksiądz Bosko wielu chłopców, bawiących się na ogromnej łące, których nagle zaczyna zalewać powódź. Wszyscy biegną, by schronić się w potężnym młynie o grubych ścianach. Poziom wody stale się podnosi. Chłopcy dobiegają do ostatniego piętra, a fale powodzi zewsząd ich zalewają. Ksiądz Bosko, czując się po ludzku całkowicie bezradny, oddaje całą sytuację w ręce Maryi. Nagle dostrzegają samotnie dryfującą tratwę, na którą jednak można się przedostać po bardzo wąskimi lekko chwiejnym pniu drzewa. Bosko przechodzi pierwszy i z pomocą innych księży pomaga chłopcom przedostać się na tratwę. Niestety, wielu chłopców się niecierpliwi; wynajdują sobie jakieś inne kładki, nawet trochę szersze i bez pomocy księży, ignorując krzyk ks. Bosko, próbują się przedostać na tratwę. Większość traci równowagę i wpada do mętnej i cuchnącej wody, padając ofiarą własnej niesubordynacji. Schronieni na tratwie, chłopcy posilają się chlebem, zawierzając swój los Maryi. Ksiądz Bosko obejmuje dowództwo. Łódka mknie po wzburzonych falach, wszyscy są wtuleni w siebie, by nie wypaść. Nagle wpadają w potężny wir, łódka wiruje wokół własnej osi, lecz wypchnięta siłą wiatru, nagle zatrzymuje się na niewielkiej wysepce. Część chłopców bez zastanowienia i bez pytania wyskakuje na pagórek, ciesząc się z ocalenia. Ich radość jest jednak krótka, gdyż momentalnie wody wzbierają, zalewając wysepkę wraz z nieposłusznymi chłopcami. Tratwa mknie nadal, wszyscy modlą się na kolanach trzymając się za ręce. Niektórzy jednak nonszalancko spacerują po krawędzi łódki drwiąc sobie z rozmodlonych towarzyszy. Przy pierwszym podmuchu gwałtownego wiatru i ci wpadają w wodne odmęty. Inni jeszcze narzekają na zbyt długą i męczącą podróż i zaczynają szukać innej drogi ocalenia. Dostrzegają inne tratwy, płynące w przeciwnym kierunku i próbują się na nie przedostać, mimo nalegań ks. Bosko. Wszyscy ci giną w rwącej wodzie. Po długiej podróży, w znacznie okrojonym składzie, wraz z niektórymi, których udało się wyłowić z wody za pomocą wędki, docierają na wyspę z rajsko piękną winnicą.
Święty sam komentuje symbolikę tego snu. Rozległa równina to świat. Powódź to jego zagrożenia. Młyn wyobraża Kościół. Pień drzewa, służący za most, to krzyż. Wielka tratwa to Dom Maryi, Oratorium. Chleb to Przenajświętsza Eucharystia. Nagłe wiry - pokusy. Pagórek, który urzeka wielu, to światowe pragnienia. Kapłan uwijający się przy wyławianiu [...] to spowiedź. [...] Winnica [...] to Niebieska Ojczyzna. Widać, jak wiele zagrożeń niesie ze sobą świat dla tych, którzy zmierzają do Niebieskiej Ojczyzny, ale widać też, że Bóg zaopatruje nas we wszelkie potrzebne środki, by tam dotrzeć. Inna sprawa to to, czy zechcemy z nich skorzystać. W tym śnie szczególnie niebezpieczne wydają się dwie rzeczy. Pierwsza to nieposłuszeństwo, które doprowadziło do zguby wielu; druga - to ziemskie, światowe pragnienia, symbolizowane przez małą wysepkę. Na pozór bezpieczny kawałek lądu, miejsce schronienia i odpoczynku od trudu wędrówki. A jednak ta iluzja poczucia bezpieczeństwa i pokładanie nadziei w rzeczach światowych jest wyjątkowo groźne, może szczególnie w dzisiejszych czasach.

Sen o chustkach

W nocy z 14 na 15 czerwca 1861 roku księdzu Bosko przyśniło się, że był na wielkiej równinie, na której wznosił się piękny pałac z ogromnymi tarasami i rozległym placem. W jednym z jego rogów zobaczył pewną Panią, która rozdawała chustki tłoczącym się wokół niej młodym ludziom. Po otrzymaniu chustki każdy wchodził na taras i zajmował na nim miejsce.
Również ksiądz Bosko podszedł do tej Pani i usłyszał, jak wręczając chustkę mówiła każdemu:
- Nigdy jej nie rozkładaj, kiedy wieje wiatr; a kiedy wiatr cię zaskoczy, gdy będziesz ją miał rozłożoną, obróć się natychmiast w prawo, nigdy w lewo.
Kiedy skończyła rozdawanie, ksiądz Bosko zaczął przyglądać się młodzieży zgromadzonej na tarasie i zobaczył, że jedni po drugich rozkładali te chustki, które ukazały mu się w całej swojej krasie: były bardzo duże, haftowane złotem i widniał na nich złoty napis: Regina Virtutum /Królowa Cnót/ .
A oto nagle podniósł się silny wiatr. Niektórzy natychmiast schowali chustkę, inni obrócili się w prawo, a jeszcze inni w lewo.
Wtedy rozszalała się straszliwa burza, z deszczem, gradem i śniegiem. Niektórzy jednak pozostali z rozpostartą chustką i grad, uderzając, rozdzierał ją. To samo czynił deszcz: jego krople zdawały się mieć kolce; podobnie płatki śniegu. W jednej chwili wszystkie te chustki zostały podziurawione tak, że nie pozostało już z nich nic pięknego.
Ksiądz Bosko był boleśnie zaskoczony, tym bardziej, że rozpoznał tam chłopców ze swojego Oratorium.
Poszedł więc na miejsce, gdzie była ta Pani, która rozdawała chustki.
Co to wszystko ma znaczyć? Odpowiedziała mu Pani:
Czy nie widziałeś tego, co napisano na chustkach?
Tak: Regina Virtutum /Królowa Cnót/.
A zatem ci młodzi wystawili cnotę czystości na wicher pokus. Niektórzy uciekli przed nimi - to ci, co ukryli chustki; inni odwrócili się w prawo - to ci, którzy w niebezpieczeństwie uciekają się do Pana; pozostali trzymali rozpostartą chustkę i popadli w grzech.
Widząc, jak niewielu zachowało cnotę czystości, wybuchnąłem bolesnym płaczem.
Nie martw się - powiedziała mi wtedy Pani - chodź i zobacz!
Spojrzałem i zobaczyłem, że chustki tych, którzy obrócili się w prawo, zrobiły się bardzo małe, ale za to były zszyte i połatane. A Pani dodała:
To ci, którzy na swoje nieszczęście stracili tę piękną cnotę, ale zaradzili temu spowiedzią. Pozostali, którzy się nie ruszyli, to ci, którzy trwają w grzechu mimo niebezpieczeństwa pójścia na zatracenie" {M.B. VI, 972).

★ ★ ★
Taki jest sen księdza Bosko.
W szaleńczym zamęcie, z roku na rok coraz bardziej wrogim wobec czystości, którą ksiądz Bosko nazywa „cnotą anielską", światłem i bodźcem do walki staje się wizja tajemniczej Pani.
Ksiądz Bosko, stwierdziwszy zniszczenia moralne, dokonane w młodych przez złe obyczaje, „wybucha bolesnym płaczem" i każe nam myśleć o głośnym wołaniu świętego Piotra: „Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia!"
Powodem do refleksji, zwłaszcza dla rodziców, jest to, co ksiądz Bosko mówi o młodych, ofiarach grzechu nieczystości: „Ich chustki były w tak złym stanie, że budziły litość!"

Sen Wąż i różaniec

Do namawiania chłopców, aby umiłowali różaniec, skłaniały go również jego sny. Przytoczymy jeden z nich. Przyśnił mu się on w wigilię Wniebowzięcia, w roku 1862.
Wydawało mu się, że jest w rodzinnym miasteczku - obecnie Colle Don Bosco - w domu brata, ze wszystkimi chłopcami. I oto staje przed nim Ktoś - (jego Przewodniczka ze snów) i zaprasza go na łąkę przylegającą do podwórza; tam pokazuje mu ogromnego i strasznie grubego węża, długiego na 7-8 metrów. Ksiądz Bosko, zdjęty grozą, chce uciekać. Ale Przewodniczka prosi go, aby się nie bał i pozostał. Potem bierze sznur, wraca do księdza Bosko i mówi mu:
Weź ten sznur i trzymaj go mocno; ja wezmę jego drugi koniec i rozciągniemy go nad wężem.
A potem?
A potem spuścimy mu go na kark.
Nie! Na miłość boską! Biada nam, jeśli to uczynimy. Wąż obróci się rozjuszony i nas zagryzie.
„Ale Przewodniczka nalegała - opowiadał ksiądz Bosko. - Zapewniła mnie, że wąż nie uczyni mi żadnej krzywdy i tak długo mnie przekonywała, aż zgodziłem się zrobić tak, jak chciała. Ona tymczasem uniosła sznur i uderzyła nim gada w kark. Wąż podskoczył i odwrócił głowę, chcąc ugryźć to, co go uderzyło, ale został związany jakby w pętlę.
Trzymaj mocno! - zawołała Przewodniczka - Nie wypuszczaj sznura!
I pobiegła przywiązać drugi koniec sznura, który miała w ręku, do pobliskiego kołka; potem przywiązała początek liny, którą trzymałem ja, do kraty w oknie. Tymczasem wąż rzucał się tak wściekle i tak mocno uderzał głową i swymi silnymi splotami o ziemię, że jego ciało zaczęło się rozdzierać, a jego kawałki rozbryzgiwały się daleko.
Po śmierci węża Przewodniczka odwiązała sznur od okna i drzewa, zwinęła go i schowała do skrzynki. Po chwili ją otworzyła. Ku zdumieniu mojemu i chłopców, którzy się zbiegli, zobaczyliśmy, że sznur ułożył się w słowa: Zdrowaś Maryjo!

Przewodniczka wyjaśniła:
Wąż przedstawia demona, a sznur modlitwę Zdrowaś Maryjo, a raczej różaniec, który stanowi kontynuację Zdrowaś. Nim można pokonać, zwyciężyć i zniszczyć wszystkie piekielne demony".
W tej chwili oczom księdza Bosko ukazała się bardzo bolesna scena: zobaczył młodych ludzi, którzy zbierali kawałki wężowego mięsa, jedli je i zatruwali się.
„Nie mogłem się uspokoić - opowiadał ksiądz Bosko - ponieważ pomimo moich ostrzeżeń nie przestawali jeść. Krzyczałem na jednego, krzyczałem na drugiego; biłem ich po twarzy, nie szczędziłem razów, starając się przeszkodzić im w jedzeniu, ale na próżno. Wychodziłem z siebie i wtedy zobaczyłem wokół mnie mnóstwo młodych ludzi, leżących na ziemi w żałosnym stanie.
Ksiądz Bosko zwrócił się do Przewodniczki z pytaniem:
Czy jest jakieś lekarstwo na to zło?
Tak, jest.
Jakie?
Tylko kowadło i młotek.
Jak to? Czy mam kłaść ich na kowadle i bić młotkiem?
Właśnie - odpowiedziała Przewodniczka - młotek oznacza spowiedź, kowadło Komunię: trzeba użyć tych dwóch narzędzi (ALB. VII, 238).

★ ★ ★
Wiejska i niezwykle wyrazista alegoria. Kowale w małych miasteczkach, chcąc nadać żelazu odpowiedni kształt, używali bardzo mocnych środków: ognia, kowadła i młota. Słowa księdza Bosko dowodzą, że nie uważa on spowiedzi za sposób na poprawienie samopoczucia ani Komunii za jakąś pobożną ceremonię. Dla niego te sakramenty były dynamicznymi i skutecznymi narzędziami, dzięki którym Jezus za pośrednictwem kapłana zdecydowanie wprowadza ludzi na drogę dobra, która nie zawsze jest łatwa i wygodna.

* * *
W lutym 1848 roku markiz Roberto d'Azeglio, osobisty przyjaciel Karola Alberta i senator Królestwa, zaszczycił Oratorium księdza Bosko swoją wizytą. Święty oprowadził go po całym domu. Markiz wyraził swoją aprobatę, jakkolwiek z pewnymi zastrzeżeniami. Określił jako zmarnowany czas poświęcony na odmawianie różańca.
Niech ksiądz da spokój z odmawianiem tej staroświeckiej modlitwy pięćdziesięciu Zdrowasiek, recytowanych jedna po drugiej.
A jednak - odpowiedział ksiądz Bosko - bardzo zależy mi na tej praktyce i mógłbym powiedzieć, że legła ona u podstaw mojego instytutu; jestem gotów zostawić wiele innych ważnych spraw, ale nie tę.
I z właściwą sobie odwagą dodał:
A nawet, gdyby było to konieczne, byłbym gotów zrezygnować z Pana cennej przyjaźni, ale nigdy z odmawiania mojego różańca (M.B. III, 294).


Czytania na dziś


Nowości

Nabożeństwo "Droga Światła" w Sanktuarium Maryjnym w Czerwińsku nad Wisłą
24 maja 2017 roku po Mszy Św. o godz. 18.00 serdecznie zapraszamy do sanktuarium maryjnego w Czerwińsku nad Wisłą na Drogę Światła (Via Lucis), jest to popularne nabożeństwo wielkanocne wzorowane na Drodze Krzyżowej. ...
more

Dodano:  18.05.2017 r.  

Nabożeństwa Fatimskie w sanktuarium maryjnym w Czerwińsku nad Wisłą
Serdecznie zapraszamy do sanktuarium maryjnego w Czerwińsku nad Wisłą na nabożeństwa Fatimskie, które będą odprawiane 13-ego dnia miesiąca od maja do października włącznie ! Początek o godz. 17.30 modlimy się Nabożeństwem ...
more

Dodano:  12.05.2017 r.  

Maj 2017
Pon Wto Śro Cz Pią Sob Nie
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Osób on line: 7
Jesteś 57948 naszym gościem.

© Copyright Salezjanie Czerwińsk 2013-2017
© pphem
ww